Partie polityczne to naturalna forma organizacji władców aktualnych czy potencjalnych, rady czy samorządy to naturalna forma organizacji mas.
Leszek Nowak

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Elity pchają się do władzy? Na marginesie OFK

Marek Piekarski
kultura_piramida_2Obywatelskie Forum Kultury (OFK) to kolejny etap dekonstrukcji władzy i milowy krok w kierunku demokracji partycypacyjnej – tak zapewne interpretują ostatnie działania w łonie poznańskiej kultury ich entuzjaści: inteligencja, twórcy, elity. Czy to się jednak rzeczywiście stało? Historia OFK jest krótka, dokonała się zaledwie w kilkanaście miesięcy: przegrany konkurs o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, powołanie Sztabu antykryzysowego na rzecz poznańskiej kultury, Poznański Kongres Kultury, Obywatelskie Forum Kultury, a na finał jeszcze i powołanie Obywatelskiej Rady Kultury. Czym właściwie były te etapy? Jak je można odczytać, dawkując entuzjazm nieco oszczędniej, albo w ogóle bez entuzjazmu? Przyjrzyjmy się im chłodnym okiem.

Zejść na sam dół i ciągnąć wszystko do góry

Dlaczego właściwie mielibyśmy wygrać ESK 2016? Przecież w naszym mieście nie dzieje się w kulturze nic wyjątkowego, ani w kontekście zarządzania, ani w kontekście samej jakości kultury.

Powołanie Sztabu antykryzysowego uważam za burzę w szklance wody. Wystarczy popatrzeć, jak sformułowany był list o kryzysie w poznańskiej kulturze, który poprzedzał powołanie Sztabu i kto go właściwie podpisał? Było to pospolite ruszenie tych, którzy na pytanie „Czy jesteś za kulturą?” odpowiedziało zgodnym chórem: „Tak!”. Gdyby zrobić do tego przypis małym drukiem, wypadałoby dodać: „Tak, tym bardziej, że jadę na tym wózku”.

Popatrzymy też, jak wyglądała praca Sztabu nad jego rekomendacjami i jaki był jej ostateczny efekt czyli Kongres. Radykalnie określił to Mikołaj Iwański: „Otrzymaliśmy słabe, marketingowe opracowanie problemu, utrzymane raczej w ekonomicznej narracji i odwołujące się do zarządzania, nie zaś do humanistycznych idei i szukania nowego języka”. Po Kongresie miała się ziścić najważniejsza część owej rewolucji – Obywatelskie Forum Kultury. Miałem nadzieję na to, że wreszcie zacznie się działanie, które schodzi „na sam dół i ciągnie wszystko do góry”, by móc dzięki temu doświadczeniu dokładnie przeanalizować kryzys i rzeczywiście spróbować z niego wyjść. Forum zaczęło jednak swoje działania nie od próby, eksperymentu, zbudowania egalitarnej struktury, ale od usankcjonowania starych hierarchicznych zasad - wybrania Obywatelskiej Rady Kultury. A jakie są kompetencje tej rady? Rada „reprezentuje forum”, nie jest jego „ciałem wykonawczym”, ani tym bardzie czymś wobec niego „służebnym”. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że moje nadzieje były płonne. Obym się mylił.

kultura_piramida_1

Jaka kulturalna piramida!


Wszak ferment w kulturze, mógłby stanowić piękny początek generalnych zmian, jakie w Poznaniu są konieczne. Niestety, tendencja jest zgoła odmienna. Paradoksalnie, właśnie pod hasłem rewolucji umacnia się bowiem stare zasady, na jakich nasze miasto funkcjonuje. Zasady oparte o centralizm i hierarchizm z ambicjami na reprezentowanie, zamiast systemu opartego o bezpośrednie uczestnictwo, aktywizujące obywateli, odbudowujące demokrację. Dziś mamy prezydenta, vice prezydenta, dyrektora wydział kultury, wydział kultury, przewodniczącego rady miasta, radę miasta, przewodniczącego komisji kultury, komisję kultury. Mamy też powołaną do życia "oddolnie" Komisję Dialogu Obywatelskiego oraz – a jakże! – jej przewodniczącego. Ten system wciąż jednak nie działa. Po co nam zatem Obywatelska Rada Kultury, jeśli w istocie jest ona powieleniem skostniałych zasad rządzenia? Ich struktura przypomina piramidę, gdzie na samej górze zawsze jest jakiś „prezio” - niczym przysłowiowa wisienka na torcie. Ona wieńczy następujące po sobie kolejno warstwy. Każda z tych warstw aspiruję do reprezentowania „wszystkich”, którzy znajdują się w hierarchii niżej niż ona.

Kiedy przypatrzymy się tej piramidzie bliżej, okaże się, że ona wcale nie „wyrasta” ze społeczeństwa, ale lewituje ponad nim, unosi się na chmurce, nie mając z pojedynczym obywatelem niemal żadnego realnego kontaktu. Mało tego, nie jest tym kontaktem zainteresowana. To właśnie jest dla mnie źródło kryzysu: w kulturze i w naszym życiu społecznym. Bardzo mnie zatem interesuje uczciwa odpowiedź na pytanie: Czy OFK chce aspirować do zostania kolejną władzą, czy też rzeczywiście ma zamiar tworzyć do niej alternatywę organizując i wspierając ludzi na samym dole?

Lepiej niech elita nie zakłóca

Sfera kultury to jedno z najbardziej newralgicznych miejsc w sprawowaniu władzy. Kto posiada jej przychylność, kto ma w niej inicjatywę, kto potrafi budować tożsamość, wygrywa z tym, kto jej nie ma. Elity kulturalne są potrzebne władzy do jej legitymizacji. Władza jest w stanie sporo oddać na rzecz spokoju, który mogą „zakłócić” znudzone elity, wszak za nią zwykle ciągną inni - nie tyle niezadowoleni w kwestiach obyczajowych, co ekonomicznych.

W tym kontekście znamienne były słowa Ryszarda Grobelnego na otwarciu Poznańskiego Kongresu Kultury. Prezydent powiedział swoje: „Yes, we can”. Co się za tym kryło? Ja to interpretuję tak: „Wszystko, o czym będziecie tu mówić, to prawda. Pytam jednak: co mam z tymi problemami zrobić? Postawcie się w mojej sytuacji, zrozumcie mnie, wejdźcie w moją skórę. Jeśli tak się stanie, nie tylko wasze – dość skromne - żądania o partycypację i dymisję Sławomira Hinca mogą się spełnić. Oddam w wasze ręce gospodarowanie całą kulturą: pieniędzmi, strukturą, strategią. Oczekuje jedynie wzięcia odpowiedzialności.” Czyż nie piękne? I to się udało! Ludzie kultury zrozumieli prezydenta, a prezydent, na dobry początek, odwołał ze stanowiska swojego zastępcę odpowiedzialnego za kulturę i powołał nowego. Wszystko to wygląda na obopólną korzyść. Co jednak z niej realnie wynika? Gdzie czai się niebezpieczeństwo? Odpowiedzialność, o której mówił prezydent, należy postrzegać jako zgodę na operowanie językiem władzy, na współpracę z nią na jej warunkach. A co będzie dalej?

Nawet gdyby prezydent oddał kulturę we władanie obywateli, jak się to realnie może przełożyć na demokrację partycypacyjna, demokrację uczestniczącą w naszym mieście? Ano tak, jak to dyktuje ekonomia. Na kulturę w mieście wydaje się 3,5% budżetu - to mniej więcej tyle, ile wynoszą roczne odsetki za stadionowy kredyt. Jeśli za taką sumę władze miasta załagodzą burzące się od kilku lat elity, to w rozrachunku końcowym koszt jest żaden. W rękach władzy nadal zostaje 96,5% budżetu, dystrybuowanego w niedemokratyczny, a często i cyniczny sposób. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź władzy jest niezmienna: „Tak poważnych kwestii nie można rozwiązywać inaczej niż w ścisłym, elitarnym gronie ekspertów”.  A przecież jesteśmy połączonym społecznym ekosystemem, gdzie wszyscy podlegamy współzależnościom. W duchu egalitaryzmu i solidarności, ideom tak ponoć bliskim inteligencji, mamy prawo do pełnej partycypacji.

Kultura jako niepotrzebny balastProblemy z kulturą w Poznaniu, w Polsce, wywołały elity, które - na rzecz utrzymania status quo - przestały po 1989 roku brać odpowiedzialność za społeczeństwo, a zaczęły realizować swoje partykularne interesy. W tych interesach nie było miejsca na dyskusje o zasadniczych kwestiach polskiej transformacji: prywatyzowaniu środków produkcji, rozwarstwieniu społeczeństwa, coraz większej biedzie, wykluczeniom i pogłębianiu się różnic klasowych. Nie było na to miejsca, bo elity dobrze się bawiły na bankietach organizowanych przez nowych mecenasów kultury i – świadomie czy nieświadomie – legitymizowały nowy porządek. Tymczasem mecenasi załatwiali w kuluarach swoje interesy kosztem społeczeństwa a – z czasem – także i tych elit, które stawały się coraz bardziej bezużytecznym balastem. Pod koniec lat 90. wyabstrahowały się już tak daleko, że przestały rozumieć zubożałe społeczeństwo, a równolegle nie były już potrzebne uwłaszczonej nomenklaturze, która przestała brać pod uwagę jakiekolwiek głosy w kuluarach. Ludzie kultury, w swojej masie, stali się zwykłymi robotnikami sztuki.

Czyim językiem chcemy mówić?

Teza o podziale społeczeństwa 80/20, czyli 20% tych, którzy korzystają z 80% dóbr świata i 80% wykluczonych, nie mających, głosu dysponujących tylko 1/5 dóbr, obowiązywała w latach 90. Dziś nawet owe 20% stopniało na rzecz poszerzenia się marginesu wykluczonych. W ostatnich światowych protestach ruchu nazwanego Occupy, używano określenia, iż wykluczeni to dziś 99% społeczeństwa. Część elit wyparowała bowiem, spauperyzowała się. Obserwując rewolucje w poznańskiej kulturze, widzę, że większości jej uczestników wcale nie chodzi o przywrócenie prawdziwej demokracji, gdzie 100% społeczeństwa jest sobie równa, ale jedynie o dopuszczenie ich do władzy. O poszerzenie stołu, przy którym liczba miejsc znacznie się ostatnio skurczyła. Czy to się uda?

Nie ma mowy! Tort już został podzielony. Jesteśmy jako społeczeństwo zadłużeni do granic możliwości. Potrzeba kultury obnażającej i walczącej z stanem rzeczy. Nie zaś kultury, która jest tylko narzędziem społecznej nobilitacji elit. Kultura dziś to też głos wykluczonych, objawiająca się przez granie w garażach, malowanie na ścianach, tańczenie na ulicach i wymianie dorobku w Internecie. Jak w tej sytuacji odnajdzie się Otwarte Forum Kultury, stanie się też jego wartością. Co będzie dalej? Zobaczymy. Nowych warunków nie będzie jednak dyktować liberalna władza, ale bliżej nieokreślony byt wywodzący się z ulicy. OFK cały czas ma szanse zrozumieć tę ulicę, a z czasem stać się jej rzecznikiem. W tym celu trzeba jednak odrzucić język eksperckiej władzy, skupionej na autorytetach, a usłyszeć język społeczeństwa. To jest przyczyna i droga wyjścia z kryzysu.

Zachęcić ludzi do tego, żeby zabrali głos w swoich sprawach. Dotychczasowa polityka spowodowała w społeczeństwie gigantyczne przepaści, a to odbija się na jego wierze w możliwość dokonania realnych zmian i chęci do działania.

Eksmisja zamiast solidarności


Ta powszechna apatia wynika z tego, że ludzie nie mają poczucia bezpieczeństwa, społecznej solidarności. Niech za przykład posłuży historia z kamienicy, w której za chwile mamy nadzieje otworzyć naszą księgarnię. Poznaliśmy tam pewna kobietę. Urodziła się i wychowała w tej kamienicy, ale rodzice wyrzucili ją z domu. Zamieszkała więc w piwnicy. Pewnego dnia przyszła do nas delegacja z petycją w tej sprawie. Okazało się, że mieszkańcy chcą usunięcie piwnicznej lokatorki. Nie podpisaliśmy! Długo trzeba było tłumaczyć, że problemem nie są sąsiedzi mieszkający w piwnicy, a władza, która do tego dopuszcza. W ramach solidarności i zwykłej ludzkiej pomocy, petycja powinna być żądaniem o przydział lokalu socjalnego dla sąsiadów, nie zaś wołaniem o ich eksmisje.

Powyższa historia jest konsekwencją logiki, jaką serwują nam elity. Brak reakcji w kwestiach zasadniczych, takich jak polityka socjalna władz miasta, pogłębia patologie na samym dole.

Człowiek kulturalny budował kiedyś swój status w oparciu o społeczność. Dziś człowieka kulturalnego wyróżnia to, że stać go na wzięcie kredytu na 40 lat, by odciąć się od biedy i odpowiedzialności rozumianej zupełnie inaczej niż ta, o której mówił na Poznańskim Kongresie Kultury prezydent Grobelny. Elita zamyka się w osiedlach obwarowanych kamerami i zasiekami. Ci, których na to nie stać, gniją w rozsypujących się czynszówkach, Końcem tego łańcucha jest kontener na ulicy Średzkiej. To jest właśnie dzisiaj dominująca kultura. Jako OFK, podaliśmy rękę prezydentowi. Czas podać ją indywidualnie zapijającemu się na śmierć z braku perspektyw sąsiadowi. Nie tylko w kurtuazyjnym geście.

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze poznańskiego IKSa

Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian