Sądzę, że niesprawiedliwie ocenia się większość tzw. zwykłych ludzi. Nie widzę niczego co mogłoby wskazywać, że są oni bardziej podatni na wpływ propagandy niż elita intelektualna. Za to mam pewne powody podejrzewać, że może być właśnie odwrotnie.
Noam Chomsky

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Dzieciństwo (1)

Piotr Kropotkin
kropotkin_02
Moskwa rozrastała się powoli. Wskutek tego różne jej części dziś jeszcze nad podziw dokładnie zachowały charakterystyczne cechy, wyciśnięte przez kolejne okresy historycznego rozwoju miasta. Dzielnica za rzeką (tzw. Zamoskworeczje) ze swymi szerokimi, sennymi ulicami i jednostajnymi, szarymi, niskimi domami, o bramach na głucho zamkniętych dniem i nocą, była zawsze ulubioną siedzibą kupiectwa i warownią surowych, despotycznych starowierców, zakrzepłych w sztywnym formalizmie. Kreml i dziś jeszcze jest warownią państwa i cerkwi. Ogromny plac przed nim, zabudowany tysiącami sklepów i składów, stanowił od niepamiętnych czasów istne targowisko i dotąd pozostaje ośrodkiem wewnętrznego handlu rozległego imperium. Przy ulicy Twerskiej i Moście Kuźnieckim ześrodkowały się od dawna największe modne magazyny, podczas gdy zamieszkała przez lud rzemieślniczy Pluszczycha i Dorogomiłowo zachowały te same cechy, które wyróżniały niegdyś ich porywczą ludność za czasów carów moskiewskich. Każda dzielnica tworzy swój oddzielny światek — z właściwym sobie charakterystycznym wyglądem, i żyje swoim własnym, odrębnym życiem. Nawet składy i warsztaty, ciężko naładowane wagony i parowozy kolei żelaznej, gdy te ostatnie wtargnęły do starodawnej stolicy — również zgrupowały się oddzielnie, w osobnych centrach, na krańcach starego miasta.

Ze wszystkich zaś moskiewskich dzielnic żadna może nie jest równie typowa, jak labirynt czystych, spokojnych, krętych ulic i zaułków, rozrzuconych za Kremlem, między Arbatem i Preczystienką, znany pod nazwą Starej Koniuszennej.

Około pół wieku temu żyła tu i powoli wymierała stara moskiewska szlachta, której nazwiska wspominane są często w historii Rosji aż do czasów Piotra I. Nazwiska te znikały stopniowo, ustępując miejsca nazwiskom nowych ludzi z "nieszlachty", powołanych do służby rządowej przez założyciela rosyjskiego imperium. Zepchnięta na drugi plan na dworze petersburskim, szlachta rodowa usunęła się w zacisze domowe na Starej Koniuszennej albo do swych malowniczych posiadłości pod Moskwą. Stąd spoglądała z niejaką pogardą i tajoną zawiścią na różnorodną, pstrą gawiedź, która pozajmowała prawie wszystkie wyższe urzędy państwowe w nowej stolicy nad brzegami Newy.

W młodych siwych latach wielu ze szlachty próbowało także szczęścia w rządowej, po większej części — wojskowej służbie, ale dla tych lub innych przyczyn wkrótce porzucało ją, nie dobiwszy się nawet wyższych stanowisk. Najszczęśliwsi (mój ojciec był w ich liczbie) otrzymywali jakąś spokojną, zaszczytną posadę w rodzinnym mieście; większość zaś po prostu podawała się do dymisji. Ale choć w najdalszy kąt Rosji rzucona obowiązkiem służby, szlachta rodowa umiała zawsze z dziwną zręcznością wracać na stare lata do własnego domu na Starej Koniuszennej; ludzie ci pragnęli umrzeć w pobliżu tej samej cerkwi, gdzie ich chrzczono i gdzie odmawiano ostatnie modlitwy przy trumnie ich rodziców. W tej części Moskwy jest bardzo dużo cerkwi: wszystkie mają mnóstwo kopułek, nieodmiennie zakończonych półksiężycem, nad którym unosi się zwycięski krzyż. Niektóre z tych świątyń pomalowane są na czerwono, inne — na żółto, jeszcze inne — na biało lub brązowo, i każdego ciągnęło do tej swojej właśnie, żółtej lub zielonej, cerkwi. Starzy ludzie lubili powtarzać: "Tu mnie chrzczono, tu odprawiano egzekwie przy trumnie matki. Niechże się tutaj i za mnie pomodlą."

Stare korzenie wypuszczały nowe pędy. Niektórzy spośród młodego pokolenia odznaczyli się — mniej lub więcej — na rozmaitych krańcach Rosji; niektórzy nabywali wspanialsze, w nowym stylu, domy w innych dzielnicach Moskwy lub w Petersburgu; ale za prawdziwą reprezentantkę rodu uważano zawsze tę gałąź, niezależnie od jej sytuacji w drzewie genealogicznym, która mieszkała w pobliżu zielonej, żółtej, różowej albo brązowej cerkwi, którą wydarzenia rodzinne uczyniły drogą sercu. Wobec staroświeckiego przedstawiciela rodu zachowywano się z wielkim szacunkiem, choć — muszę wyznać — nie bez pewnej domieszki lekkiej ironii, nawet ci młodzi członkowie rodu, którzy 'opuścili swoje miasto rodzinne i zrobili świetną karierę w gwardii lub na dworze: starzec bowiem pozostawał zawsze dla młodych uosobieniem starożytności rodu i jego tradycji.

Na tych cichych ulicach, położonych na uboczu, z dala od wrzawy i krzątaniny Moskwy handlowej, wszystkie domy były bardzo podobne do siebie. Po większej części były to domy drewniane, z jaskrawozielonymi, blaszanymi dachami; wszystkie miały front ozdobiony kolumnami i tynki o jasnych, wesołych barwach. Prawie wszystkie parterowe, o siedmiu lub dziewięciu dużych, wychodzących na ulicę jasnych oknach. Amfilada paradnych pokojów znajdowała się zawsze od frontu. Duży salon, pusty i zimny, miał dwa lub trzy okna od ulicy i cztery od podwórza; pod ścianami stały rzędy krzeseł, w rogach — lampy na wysokich postumentach i kandelabry, z boku — wielki fortepian. Tu odbywały się tańce, wystawne obiady, tu też grano w karty.

Dalej była bawialnia, również o trzech oknach frontowych, z okrągłym stołem w głębi i obowiązkową kanapą, nad którą wisiało duże lustro. Po obu stronach kanapy stały fotele, kozetki, stoliki, między oknami — małe stoliki z wąskimi zwierciadłami aż do sufitu; wszystkie meble były orzechowe, o jedwabnych obiciach, zawsze okryte pokrowcami.

Później nawet na Starej Koniuszennej zaczęły się zjawiać rozmaite wymyślne "trelaże", zaczęto tolerować pewną fantazję w dekoracji salonów. Lecz w czasach naszego dzieciństwa żadnych nowinek nie uznawano i wszystkie salony były urządzone jednakowo. Za dużym salonem mieścił się salonik z barwną amplą pod sufitem, damskim biureczkiem, przy którym nikt nigdy nic nie pisał, natomiast znajdowało się na nim mnóstwo różnych porcelanowych cacek. Za salonikiem mieściła się garderoba, narożny pokój z wielkim zwierciadłem, przed którym panie ubierały się, gdy miały jechać na bal. To tremo w głębi amfilady musiał ujrzeć każdy, kto wchodził do salonu. Wszystkie domy urządzone były jednakowo, jedyny dopuszczalny wyjątek to spotykane niekiedy połączenie "małego salonu" z garderobą, tworzących wtedy jeden pokój. Za garderobą, pod kątem prostym, znajdowała się sypialnia, a dalej zaczynał się szereg niziutkich pokoi: były tu pomieszczenia dla służby kobiecej, pokój stołowy i gabinet. Pierwsze piętro dopuszczalne było tylko w postaci mansardy, wychodzącej na obszerny dziedziniec z licznymi gospodarskimi zabudowaniami, mianowicie: kuchniami, stajniami, wozowniami, szopami, piwnicami i izbami czeladnymi, tzw. "ludzkimi". Na dziedziniec wiodły szerokie wrota, a na mosiężnej tablicy ponad furtką znajdował się zwykle napis: "Dom porucznika albo sztabsrotmistrza i kawalera takiego a takiego". Rzadko można było ujrzeć napis: "generał-majora", albo odpowiedni stopień cywilny. Ale jeśli przypadkiem zobaczyło się dom bardziej elegancki, otoczony pozłacanymi sztachetami z żelazną bramą, to na tablicy z pewnością widniał napis: "radca handlowy" albo "honorowy obywatel taki a taki". Był to intruz, który się wcisnął do dzielnicy nieproszony, i dlatego nie uznawany przez sąsiadów.

W tych cichych ulicach sklepy nie były tolerowane, wyjąwszy chyba mały kramik owocowy lub spożywczy, który znajdował przytułek w drewnianym domku należącym do cerkwi parafialnej. Za to na rogu z pewnością znajdowała się budka policyjna, u której drzwi we dnie ukazywał się sam wartownik z halabardą w ręku, pilnie oddając tą naiwną bronią należne honory wojskowe przechodzącym oficerom. Gdy zmierzch wieczorny zapadał, zamykał się on znowu w swej ciemnej budce, gdzie zajmował się albo łataniem butów, albo przyrządzaniem jakiejś wyjątkowo mocnej tabaki do zażywania, która cieszyła się wielkim wzięciem wśród starszych sług z sąsiednich domów.

Życie w tym moskiewskim przedmieściu Saint-Germain płynęło cicho i spokojnie, przynajmniej dla postronnego oka. Z rana nikogo nie spotykało się na ulicach. W południe zjawiały się dzieci, które pod opieką guwernerów Francuzów albo nianiek Niemek odbywały spacer po zasypanych śniegiem bulwarach. Trochę później można było widzieć panie w saniach w parę koni, z lokajami na tylnych stopniach, albo też w staromodnych, wielkich i przestronnych karetach, zaprzężonych w czwórkę koni, o wysokich, wiszących resorach, z forysiem na przedzie i dwoma lokajami z tyłu. Wieczorem większość domów była rzęsiście oświetlona, a ponieważ nie zamykano okiennic, przechodnie mogli podziwiać do woli grających w karty lub tańczących panów i panie. W tych czasach "idee" nie były jeszcze w obiegu; jeszcze nie przyszła pora, gdy w każdym z tych domów zawrzała walka między "ojcami i dziećmi", walka kończąca się albo tragedią rodzinną, albo nocną wizytą żandarmów. Pięćdziesiąt lat temu (pisane w 1897 roku) nikt nie myślał o podobnych rzeczach. Wszędzie było cicho i spokojnie, przynajmniej na powierzchni.

Na tej Starej Koniuszennej urodziłem się w roku 1842; tu spędziłem pierwsze piętnaście lat mego życia. Ojciec sprzedał dom, w którym się urodziłem i gdzie umarła nasza matka, i kupił drugi; potem sprzedał i ten, i kilka zim mieszkaliśmy w wynajmowanych domach, póki ojciec nie znalazł trzeciego — wedle swego gustu, o kilka kroków od cerkwi, w której go ochrzczono i gdzie odprawiono nabożeństwo żałobne przy trumnie jego matki. I wszystko to było na Starej Koniuszennej. Opuszczaliśmy ją tylko po to, by spędzić lato w naszej wsi.

II
Wysoka, obszerna izba narożna w naszym domu. W niej biało usłane łoże, na którym leży matka. Nasze dziecinne stoliki i krzesełka są przysunięte blisko do łóżka. Pięknie nakryte stoliki zastawione są cukierkami i ładniutkimi słoikami szklanymi z galaretą; i do tej izby nas, dzieci, wprowadzono w porze niezwykłej — takie są moje pierwsze, mgliste wspomnienia. Nasza matka umarła na suchoty. Miała zaledwie trzydzieści pięć lat. Zanim opuściła nas na wieki, zapragnęła zobaczyć nas koło siebie, popieścić, na jedno mgnienie i być szczęśliwą naszą uciechą; obmyśliła więc ten mały poczęstunek u swego łóżka, z którego już nie miała powstać. Przypominam sobie jej bladą, wychudłą twarz, jej wielkie, ciemnobrązowe oczy. Patrzy na nas i czule, serdecznie zaprasza nas do jedzenia, pozwala wdrapywać się na swoje łóżko — i nagle zaczyna kasłać i zalewa się łzami... Wyprowadzają nas. Wkrótce potem nas, dzieci, to jest mnie i brata Aleksandra, przeniesiono z dużego domu do małej oficyny w podwórzu. Niewielki pokoik tonie w promieniach kwietniowego słońca, ale bona Niemka, pani Burman, i niania Uliana każą nam kłaść się do łóżek. Twarze ich mokre są od łez. Szyją nam czarne bluzki z szerokimi białymi szlakami. Nie możemy spać. Niepewność przeraża nas; przysłuchujemy się cichej rozmowie nianiek. Mówią coś o naszej matce, coś, czego nie możemy zrozumieć. Wyskakujemy wreszcie z łóżeczek i pytamy:

— Gdzie mama? Gdzie mama?

Obie kobiety zaczynają łkać głośno, głaszczą nasze kędzierzawe główki, nazywają nas biednymi sierotami. Uliana nie może już dłużej ukrywać prawdy i mówi:

— Wasza mama uleciała tam, do nieba, do aniołków.

— Jak to do nieba? Po co? — Nasza dziecinna wyobraźnia daremnie sili się odpowiedzieć na te pytania.

Było to w kwietniu 1846 roku. Miałem zaledwie półczwarta roku, a brat Aleksander nie skończył jeszcze pięciu lat. Nie wiem, gdzie byli Wtedy starszy brat i siostra — Mikołaj i Helena; prawdopodobnie wyjechali już do szkół. Mikołaj miał dwunasty, a Helena jedenasty rok. Zawsze przebywali z sobą razem i znaliśmy ich bardzo mało. Tym sposobem ja i Aleksander zostaliśmy w oficynie pod opieką pani Burman i Uliany. Dobra stara Niemka, nie mająca ani własnego kąta, ani bliskiego człowieka, zastąpiła nam matkę. Wychowała nas, jak umiała; od czasu do czasu kupowała nam proste, niewymyślne zabawki i opychała pierniczkami, którymi handlował zachodzący czasem do nas inny stary Niemiec, zapewne taki sam samotny biedak jak i pani Burman. Rzadko widywaliśmy ojca. Dwa następne lata przeszły nie pozostawiwszy żadnego wspomnienia w mojej pamięci.

III
Ojciec mój bardzo szczycił się ze swego rodu i z niezwykle uroczystą powagą wskazywał pergamin wiszący na ścianie w gabinecie. W pergaminie tym, ozdobionym naszym herbem (herbem księstwa smoleńskiego), w którym widniał płaszcz gronostajowy, a całość uwieńczona było czapką Monomacha (1), zaświadczało się i stwierdzało imieniem Departamentu Heroldii, że ród nasz wiedzie swój początek od Rościsława Mścisławowicza Śmiałego (2) i że przodkowie nasi byli wielkimi książętami smoleńskimi.

— Za pergamin ten zapłaciłem trzysta rubli — mawiał nam często ojciec.

Jak większość ludzi jego pokolenia, nie był on zbyt mocny w historii rosyjskiej i cenił swój pergamin głównie dla jego pieniężnej wartości, nie dla historycznych wspomnień.

Nasz ród w rzeczy samej był bardzo stary, ale jak wiele innych rodów, pochodzących od Ruryka, zeszedł z widowni, gdy skończył się okres księstw udzielnych, a na tron Wstąpili Romanowowie i rozpoczęli dzieło zjednoczenia Rosji. (3) Lecz pomimo starożytności rodu, nie wyróżnił się on w dziejach niczym szczególnym. Przeczytałem gdzieś w "Historii" Sołowiewa, iż pewien Iwan Kropotkin piastował urząd wojewody w Narwie, a później za Groźnego skazany został bodaj na batogi. Inny Kropotkin wyruszył z tak zwanym "oszustem Tuszyńskim", a właściwie z buntowniczym pospólstwem, przeciwko bojarom moskiewskim, i z tego przypuszczalnie powodu ród Kropotkinów był w niełasce u Romanowów i zbliżonych do dworu bojarów, tak że za Aleksego Michajłowicza o jednym z Kropotkinów wspomina się jedynie dlatego, że był sprawcą jakiejś "awantury na ganku carskim", gdzie co rano schodzili się poszukujący różnych stanowisk petenci.

W ostatnich czasach nikt z Kropotkinów, jak się zdaje, nie żywił szczególnej chęci do służby państwowej. Mój pradziad i dziad początkowo służyli w wojsku, ale podali się do dymisji, będąc jeszcze całkiem młodymi ludźmi, i spiesznie Usunęli się do swych rodowych posiadłości. Trzeba zresztą dodać, że jedna z nich, Urusowo, znajdująca się w guberni riazańskiej i położona na wysokim wzgórzu, wśród pól czarownych, znęciłaby każdego urokiem swych cienistych lasów i bezkresnych łąk, przerżniętych wstęgą krętej rzeczki. Mój dziad, wziąwszy dymisję w randze porucznika, osiedlił się w Urusowie, gdzie zajął się gospodarstwem i począł skupować majątki w sąsiednich guberniach.

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa i nasze pokolenie zrobiłoby to samo; ale nasz dziad ożenił się z księżną Gagarin (4), pochodzącą z zupełnie innego rodu. Brat jej był znany jako namiętny miłośnik sceny. Urządził sobie własny teatr i ku wielkiemu przerażeniu całej rodziny ożenił się nawet z poddaną, wielką aktorką Siemionową, pierwszą twórczynią realistycznej szkoły dramatycznej w Rosji. Niewątpliwie i ze względu na swój charakter Siemionową była jedną z najbardziej czarujących osobistości świata teatralnego. Ku zgorszeniu "całej Moskwy" Siemionową i po zamążpójściu nadal występowała na scenie. (5)

Nie wiem, czy moja babka posiadała te same artystyczne i literackie upodobania, co jej brat. Pamiętam ją tylko z lat, gdy była już bezwładną wskutek paraliżu i mogła mówić zaledwie szeptem. Nie ulega jednakże wątpliwości, że następne pokolenie w naszej rodzinie okazywało skłonności literackie. Brat ojca, Dymitr Pietrowicz Kropotkin, pisywał już wiersze, z których kilka zostało nawet umieszczonych w wydanym przez Smirdina zbiorze "Stu literatów rosyjskich". Stryj wydał swe wiersze w osobnej książce — fakt, o którym ojciec mój wstydził się nawet wspominać. Moi stryjeczni bracia, mój brat i ja sam w mniejszym lub większym stopniu braliśmy udział w literackim ruchu naszych czasów.

Ojciec mój był typowym oficerem mikołajowskim. Uczęszczał do szkoły podchorążych gwardii, znalazł się później już jako oficer w pułku Siemionowskim akurat w pierwszym roku panowania Mikołaja I, i życie jego potoczyło się zwykłą koleją losu oficera gwardii. Po dwóch latach rozgorzała wojna z Turkami i ojciec znalazł się na niej razem ze swoim służącym, chłopem pańszczyźnianym Frołem. Trafił na wojnę nie dlatego, że był obdarzony wyjątkowo wojowniczym duchem albo znajdował szczególne upodobanie w życiu Obozowym; wątpię nawet, czy spędził choć jedną noc przy ognisku obozowym lub czy uczestniczył choć w jednej bitwie — ale za Mikołaja miało to podrzędne znaczenie. Prawdziwym wojskowym w owych czasach był ten, kto uwielbiał mundur i pogardzał cywilnym strojem, a jego żołnierze byli tak wymusztrowani, że mogli wykonywać niewiarygodne prawie obroty, tak zwane "sztuki", nogami i bronią (jedną ze słynnych "sztuk" było np. złamanie kolby przy prezentowaniu broni), kto na paradzie wojskowej mógł wystawić tak prawidłowy i nieruchomy szereg żołnierzy, jak gdyby to byli nie żywi ludzie, lecz ołowiane żołnierzyki.

— Bardzo dobrze — powiedział raz wielki książę Michał, przetrzymawszy całe pół godziny pułk na nogach, z bronią na ramieniu — ale oni oddychają!

Ideałem mojego ojca było — naturalnie — stać się jak najbardziej podobnym do typu wojskowego owych czasów.

Brał on istotnie udział w wojnie tureckiej 1828 roku, ale udało mu się tak urządzić, że cały czas wojny spędził w różnych sztabach. I kiedy my, dzieci, korzystając ze sposobnej chwili, gdy ojciec znajdował się w wyjątkowo dobrym humorze, prosiliśmy go, by nam opowiedział coś o wojnie — mógł popisać się przed nami tylko jedną przygodą. Mianowicie, pewnego razu ojciec i jego wierny sługa Froł zostali w przejeździe przez jakąś wieś opadnięci przez całą sforę rozwścieczonych psów. Ojciec i Froł musieli użyć szabel, by się opędzić od zgłodniałych zwierząt. Bez wątpienia — wolelibyśmy usłyszeć, że to był oddział Turków, ale od biedy zgadzaliśmy się i na psy, lecz kiedy — po długich naleganiach — udało się nam skłonić ojca do opowiedzenia, za co otrzymał Annę z mieczami i złotą szablę, byliśmy już całkiem rozczarowani. Historia okazała się nad wyraz prozaiczna. We wsi tureckiej, w której kwaterowali oficerowie sztabowi, wybuchł pożar. W mgnieniu oka płomień ogarnął domy, a w jednym z nich pozostało małe dziecko. Matka szlochała w rozpaczy. Froł, nieodstępnie towarzyszący ojcu, rzucił się w ogień i uratował dziecko. Głównodowodzący, świadek tego czynu, zaraz na miejscu wynagrodził ojca krzyżem za męstwo.

— Ależ, papo — wołaliśmy — przecież to Froł uratował dziecko!

— No, więc cóż — odpowiadał ojciec najnaiwniej w świecie — alboż on nie mój poddany? Wszak to wszystko jedno.

Ojciec mój uczestniczył także w wojnie z Polakami w czasie rewolucji 1831 roku. W Warszawie poznał młodszą córkę komendanta korpusu, generała Sulimy, i zakochał się w niej. Ślub odbył się bardzo uroczyście w pałacu Łazienkowskim. "Ojcem weselnym" ze strony narzeczonej był Paskiewicz.

— Ale wasza matka — dodawał zawsze ojciec — nic mi nie wniosła w posagu. Dziadek wasz, stary Sulima, obiecywał mi złote góry w postaci świetnej kariery wojskowej, tymczasem wkrótce sam pojechał na Syberię, ja zaś osiadłem na lodzie.

Było to niezaprzeczoną prawdą. Ojciec matki, Mikołaj Siemionowicz Sulima, nie umiał zrobić kariery ani majątku. Zapewne w żyłach jego płynęło zbyt wiele krwi Zaporożców, którzy umieli walczyć z świetnie uzbrojonymi, walecznymi Polakami i z trzykroć liczniejszymi armiami tureckimi, ale nie umieli ustrzec się misternych sieci moskiewskiej dyplomacji. Wiadomo, że po strasznym powstaniu 1648 roku*, które było początkiem końca Rzeczypospolitej Polskiej i krwawej wojny z Polakami, Kozacy wpadli pod jarzmo rosyjskich carów i stracili wszystkie swe swobody. Jeden z Sulimów został wtedy ujęty przez Polaków i zamęczony na śmierć w Warszawie; ale pozostali pułkownicy równego mu hartu walczyli jeszcze bardziej zawzięcie, i Polska utraciła Małorosję.

Co się tyczy mojego dziada, to potrafił on w 1812 roku na czele pułku kirasjerów wedrzeć się w czworobok wojsk francuskich bez względu na las najeżonych bagnetów i, pozostawiony jako zabity na polu walki, zdołał jednakże przyjść do siebie i wrócić do zdrowia, wyniósłszy tylko głęboką szramę na głowie; ale zostać lokajem wszechpotężnego Arakczejewa (6) nie zechciał, więc zesłano go — jako na swego rodzaju honorowe wygnanie — z nominacją na generał-gubernatora zrazu do Zachodniej Syberii, a potem do Wschodniej. Stanowisko podobne uważano w tych czasach za bardziej dochodowe niż kopalnia złota; ale mój dziad powrócił z Syberii jako człowiek równie niezamożny, jak wyjechał. Pozostawił też trzem swoim synom i trzem córkom tylko bardzo niewielki spadek. Kiedy w 1862 roku byłem na Syberii, często słyszałem, imię jego, wspominane z wielkim szacunkiem. Potworne złodziejstwa, panujące wówczas na Syberii, z którymi dziad mój nie miał siły walczyć, doprowadzały go do rozpaczy.

Nie umiałbym powiedzieć, gdzie i jak odbywał ojciec służbę po wzięciu udziału w walce przeciwko Polakom w okresie rewolucji 1831 roku, wiem tylko, że mieszkał stale w Moskwie, gdzie namiętnie grał w karty zarówno za życia matki, jak zwłaszcza po jej śmierci. Zawsze przegrywał. Gdy tylko gra przeciągała się do późniejszej godziny, zwykł zapadać w lekką drzemkę i w półśnie przegrywał wszystko. Hołdował tej namiętności nawet w podeszłym wieku, aczkolwiek nasza macocha na wszelkie sposoby odciągała go od kart. W Moskwie jeszcze jej się to udawało, lecz gdy jeździł zimą do swego tambowskiego majątku, by sprzedać zboże, i po sprzedaży wracał przez Tambow, oczekiwała go już cała banda miejscowych szulerów i obywateli ziemskich i bezlitośnie ogrywała do suchej nitki.

— Wspaniałe to były czasy — powiedział mi pewnego razu jeden z tych tamibowskich bohaterów karcianych, gdy był trochę wstawiony — kiedyśmy szli w zawody z pańskim ojczulkiem. Bywało, że sprzeda zboże, przyjedzie, no i zostawi tu wszystkie pieniążki. Wykorzystywano bardzo jego dobroduszność, zwłaszcza gdy tak na siedząco zdrzemnął się przy kartach.

Pozostała mi w pamięci jakaś świeca z wielkim, wypalonym, obwisłym knotem, którą po śmierci matki potajemnie oglądano w garderobie pokojówek. Ojciec tego wieczoru zgrał się w karty. Grano "na kredę" i pod koniec gry naliczono mu przegranych trzydzieści pięć tysięcy rubli — olbrzymią sumę na owe czasy. Zażądano od ojca, aby natychmiast zapłacił albo podpisał skrypt dłużny. Ojciec się uparł, nie chciał wystawić rewersu, ale go zmuszono. "Zamknęli drzwi na klucz i przystąpili do mnie z pistoletami" — powiedział mi kiedyś w chwili szczerości. Po podpisaniu rewersu wrócił do domu, zapalił świecę na biurku w swoimm gabinecie i usiadł, jak zwykle, w fotelu przed biurkiem. Nad ranem zasnął, świeca paliła się dalej; nadpalony knot spadł na biurko, płomień objął leżące tam papiery. Bodaj po tej właśnie przegranej próbował, jak się zdaje, popełnić samobójstwo, lecz wierny Froł udaremnił ten zamiar, za co otrzymał godność ochmistrza. Od tego czasu zaczęto go też nazywać Frołem Fadieiczem.

Czy ojciec kochał naszą matkę? Nie wiem. Jeśli nawet kochał, to na swój sposób. Wiem tylko, że nie zaznała z mężem szczęścia; w dziennikach, prowadzonych przez nią w Niemczech, dokąd będąc już chora na gruźlicę jeździła leczyć się do wód, wiele wierszy przepojonych smutkiem daje świadectwo jej boleści. Matka moja była — jak na swą epokę — bez wątpienia kobietą niepospolitą. W wiele lat po jej śmierci znalazłem w naszym wiejskim domu, w kąciku spiżarni, stos zeszytów zapisanych jej wyraźnym, ładnym pismem. Były to jej dzienniki, w których opisywała piękno przyrody w Niemczech, mówiła o swych smutkach i marzeniach o szczęściu. Tu znajdowały się także zeszyty z zakazanymi wierszami rosyjskimi, między innymi były tu na przykład "Dumy" Rylejewa (7). Inne zawierały nuty, dramaty francuskie, wiersze Lamartine'a i poematy Byrona. Kochała muzykę i, jak się zdaje, dobrze się na niej znała. Znalazłem także dużo akwarel malowanych ręką mojej matki. Gdy ojciec umyślił budować cerkiew we wsi Pietrowskoje, matka namalowała dla tej cerkwi obrazy święte. Gdy bawiłem w Pietrowskiem, chłopi z wielkim wzruszeniem wskazali mi jeden z tych obrazów, przedstawiający Aleksego, człowieka bożego.

Wysoka, smukła, z falą pysznych, ciemnokasztanowatych włosów nad czołem, o głębokich ciemnych oczach i małych ustach, spogląda ona, jak żywa, z olejnego portretu, wykonanego z widocznym zamiłowaniem przez utalentowanego malarza. Była zawsze wesoła, swobodna i namiętnie lubiła tańce. Wieśniaczki we wsi Nikolskie opowiadały nam często, jak zwykła z upodobaniem przypatrywać się z balkonu ich tanecznym korowodom — i po niejakim czasie, porwana ogólną wesołością, nie mogąc powstrzymać się dłużej, sama się do nich przyłączała. Była to natura artystyczna. Przeziębiwszy się na balu, matka moja dostała zapalenia płuc, a w następstwie suchot, które ją przywiodły do grobu.

Wszyscy, którzy ją znali, kochali ją. Słudzy ubóstwiali jej pamięć. Dla niej pani Burman podjęła się opieki nad nami. Przez pamięć o niej tak nas kochała Uliana. Nieraz — czesząc nas rano lub kreśląc na naszych czołach znak krzyża przed snem mawiała:

— Biedne sierotki! Teraz wasza matka patrzy na was z nieba i płacze nad wami.

Całe moje dzieciństwo pełne jest wspomnień o niej. Jakże często gdzie bądź w ciemnym korytarzu ręka sługi pieszczotliwie dotykała mnie i brata Aleksandra, jakże często wieśniaczka spotka wszy nas w polu pytała:

— Czy wyrośniecie na tak dobrych ludzi jak wasza matka? Ona litowała się nad nami i żałowała nas, a wy — czy też będziecie nas żałować?

To "nas" oznaczało, naturalnie, pańszczyźnianych chłopów. Nie wiem, co by się z nami istało, gdybyśmy nie znaleźli w naszym domu, wśród dworskiej służby, tej atmosfery miłości, którą dzieci powinny być otoczone. Byliśmy dziećmi naszej matki; byliśmy podobni do niej — i wskutek tego nasi poddani chłopi otaczali nas staraniami, czasem, jak się okaże dalej, w dziwnie wzruszający sposób. Nie znaliśmy swojej matki. Opuściła nas wcześnie, ale pamięć o niej towarzyszyła naszemu dzieciństwu i opromieniała je ciepłem. Nie było jej z nami, ale pamięć o niej trwała w naszym domu. I gdy teraz oglądam się na swoje dzieciństwo, spostrzegam, że jej zawdzięczam te ziarenka dobra, które zapadły w moje dziecięce serce.

Ludzie pożądają nieśmiertelności; ale często zapominają o tym, że pamięć o naprawdę dobrych ludziach żyje wiecznie. Wyciska ona ślad na następnym pokoleniu i przechodzi znowu na dzieci. Czyż mało ludziom takiej nieśmiertelności?

IV
W dwa lata po śmierci matki ojciec mój ożenił się po raz drugi. Upatrzył już był sobie piękną narzeczoną z bogatej rodziny, lecz wtem losy jego rozstrzygnęły się inaczej. Pewnego poranku, gdy ojciec siedział jeszcze w szlafroku, wbiegli nagle przerażeni słudzy z doniesieniem o przybyciu generała Timofierjewa, dowódcy szóstego liniowego korpusu, w którym ojciec służył. Ulubieniec Mikołaja I był strasznym człowiekiem. Za pomyłkę na paradzie wojskowej zdolny był kazać zaćwiczyć żołnierza rózgami prawie na śmierć. Mógł zdegradować oficera i zesłać na Sybir, jeżeli go spotkał na ulicy z rozpiętymi haftkami wysokiego, sztywnego kołnierza. Słowo generała Timofiejewa znaczyło wszystko u Mikołaja. Tego rana generał, który nigdy przedtem u nas nie bywał, zjawił się osobiście, aby swatać ojca z siostrzenicą swej żony, panną Elżbietą Markowną Karandino, jedną z córek admirała floty czarnomorskiej, młodą osobą — wówczas, jak mówiono, bardzo piękną — o regularnym greckim profilu. Ojciec zgodził się, i drugie wesele, jak i pierwsze, odbyło się bardzo uroczyście.

— Wy, młodzież, nic się nie rozumiecie na podobnych sprawach — kończył zwykle ojciec, gdy z subtelnym, trudnym do oddania humorem opowiadał mi następnie tę historię. — A czy wiesz, co wtedy znaczył dowódca korpusu? I przecież on sam, czart jednooki, zjawił się jako swat! Naturalnie, cały posag składał się z jednego dużego kufra, wypchanego babskimi szmatami, na którym siedziała jedyna poddana dziewka narzeczonej, Marfa, czarna jak Cyganka.

Nic już dziś nie pamiętam z całego tego wydarzenia. Przypominam sobie tylko duży salon, bogato umeblowany, w salonie tym młodą, powabną damę, o zbyt wyrazistych oczach, zdradzających jej południowe pochodzenie. Dama ta bawi się z nami i powtarza:

— Widzicie, jaką wesołą mamę będziecie mieli! Na to ja i Sasza odpowiadamy zachmurzeni:

— Nasza mama uleciała do nieba.

Trochę podejrzane wydało nam się to zbytnie ożywienie.

Zanim ojciec się ożenił, mieszkaliśmy w oficynie naszego domu, pod opieką pani Burman. Ale zaraz po ślubie, który odbył się też w jakiejś arystokratycznej cerkwi, z dowódcą korpusu jako "ojcem weselnym", wszystko się w domu zmieniło i dla nas zaczęło się nowe życie. Ojciec sprzedał stary dom i kupił drugi, umeblowawszy go przy tym całkiem na nowo. Zniknęło wszystko, co mogłoby przypominać naszą matkę: jej portrety, rysunki, robótki na kanwie. Daremnie błagała pani Burman, żeby ją pozostawiono w domu, obiecując poświęcić się całkiem dziecku, którego oczekiwała macocha — odprawiono ją.

— Nie chcę mieć u siebie nikogo z domu Sulimy — powtarzała macocha. Zerwała wszelkie stosunki z całą naszą rodziną, z naszymi wujami, ciotkami i babką. Uliana została klucznicą i wydano ją za Froła, którego mianowano "ochmistrzem" domu. Mój starszy brat, Kola, uczył się w Moskwie w Korpusie Kadetów, gdzie też mieszkał. Mógłby każdej soboty przyjeżdżać do domu, ale wykombinowano tak, że brano go do domu tylko na okres dłuższych świąt — Bożego Narodzenia i Wielkanocy, lato zaś spędzał w obozach. Starsza siostra, Lena, o rok tylko młodsza od Koli, ale o sześć lat starsza od Saszy, była w Instytucie dla Szlachcianek. Zgodnie z ówczesnym regulaminem instytutu pozwalano jej na odwiedziny domu jedynie w jakimś naprawdę nadzwyczajnym wypadku, na przykład z powodu śmierci babki, a nawet wtedy mogła przyjść tylko na parę godzin w towarzystwie opiekunki klasy.

Toteż pozostaliśmy w domu we dwóch: brat Sasza (8), starszy ode mnie tylko o szesnaście miesięcy, i ja. Chowaliśmy się razem i przylgnęli do siebie. Trzymaliśmy się razem i później, aż do czasu, kiedy los rzucił nas w różne strony do więzień i na zesłanie. Pomyślano o naszym wykształceniu: przyjęto drugiego guwernera Francuza, monsieur Poulain, i za tanie pieniądze — rosyjskiego studenta Smirnowa. W wielu domach w Moskwie znajdowali się wówczas guwernerzy Francuzi, rozbitki wielkiej armii napoleońskiej. Poulain także do nich należał. Dopiero co właśnie ukończył on wychowywanie młodszego syna powieściopisarza Zagoskina (9). Sierioża Zagoskin uchodził na Starej Koniuszennej za tak dobrze wychowanego młodzieńca, że ojciec mój bez wahania umówił pana Poulain za wysoką, jak na owe czasy, cenę sześciuset rubli rocznie.

Poulain zjawił się ze swym myśliwskim psem Trezorem, z imbrykiem do kawy z czasów Napoleona, z francuskimi podręcznikami, i zaczął rządzić nami i Matwiejem, pańszczyźnianym chłopem, przeznaczonym do naszych usług. Plan wychowawczy był bardzo prosty. Rano, zbudziwszy nas, sam przyrządzał sobie kawę, którą pił w swoim pokoju. Podczas gdyśmy odrabiali lekcje, zajmował się bardzo pilnie swą toaletą: zaczesywał siwe włosy tak, aby ukryć coraz dalej rozpełzającą się łysinę, nakładał frak, spryskiwał się i nacierał wodą kolońską, a po tym wszystkim prowadził nas na dół, abyśmy powiedzieli "dzień dobry" rodzicom. Ojca i macochę zastawaliśmy zwykle przy rannej kawie. Zbliżywszy się do nich, powtarzaliśmy urzędowym tonem:

— Bonjour, mon cher papa! [Dzień dobry, drogi papo!]

— Bonjour, ma chere maman! [Dzień dobry, droga mamo!] — a następnie całowaliśmy oboje w rękę. Pan Poulain uczenie i z elegancją wykręcał się na pięcie, mówiąc:

— Bonjour, monsieur le prince! [Dzień dobry, mości książę!]

— Bonjour, madame la princesse! [Dzień dobry, mościa księżno! Po czym natychmiast wracaliśmy do siebie na górę. Ta ceremonia powtarzała się każdego dnia.

Następnie rozpoczynała się nauka. Monsieur Poulain zamiast fraka oblekał się w szlafrok, przykrywał głowę skórzaną czapeczką, zagłębiał się w fotelu i mówił:

— No, mówcie zadaną lekcję.

Mówiliśmy na pamięć — od jednego miejsca, zaznaczonego paznokciem, do drugiego. Pan Poulain przyniósł z sobą — pamiętną niejednemu pokoleniu rosyjskich chłopców i dziewcząt — gramatykę Noela i Chapsala, tomik francuskich wokabuł, historię powszechną w jednym tomie i geografię powszechną, także w jednym. Musieliśmy wykuć gramatykę, słówka, historię i geografię. Z gramatyką, zaczynającą się słynnym zdaniem: "Co to jest gramatyka?" — "Sztuka poprawnego mówienia i pisania" — z gramatyką, powiadam, rzecz kończyła się pomyślnie. Ale, na nieszczęście, historia zaczynała się od wstępu, w którym wyliczano wszystkie korzyści wypływające ze znajomości tej nauki. Pierwsze zdania szły dosyć gładko. Powtarzaliśmy: "Panujący znajduje w historii przykłady wspaniałomyślności, aby je naśladował rządząc ludem; dowódca uczy się z niej szlachetnej sztuki wojskowej..." Ale gdyśmy tylko dochodzili do prawodawstwa, wszystko się psuło. "Prawodawca znajduje w historii...", ale co właściwie znajduje, tego nie zdołaliśmy się dowiedzieć. Trudne słowo juris-consulte psuło wszystko. Ledwieśmy dobrnęli doń, wnet utykaliśmy.

— Na kolana, gros pouff! [grubasie] — to do mnie — wołał Poulain. — Na kolana, grand dada! [dryblasie] — to pod adresem brata.

I posłusznie klęczeliśmy, zalewając się łzami i daremnie siląc się zrozumieć, co znajduje prawodawca w historii.

Wstęp ten drogo nas kosztował! Uczyliśmy się już o Rzymianach. Rzucaliśmy, jak Brennus, nasze kije na szalki wagi Uliany, gdy ważyła na nich ryż. Za przykładem Kurcjusza dla zbawienia ojczyzny skakaliśmy w przepaść ze stołu; (10) ale monsieur Poulain wciąż jeszcze od czasu do czasu powracał do wstępu, i znów musieliśmy klęczeć, zawsze z łaski tego nieszczęsnego jurisconsulte'a. Cóż dziwnego, że zarówno ja, jak i mój brat powzięliśmy nieprzezwyciężony wstręt ku wszelkiemu prawoznawstwu.

Nie wiem, co by było z geografią, gdyby książka monsieur Poulama zawierała także jakiś wstęp. Na szczęście ktoś wyrwał pierwsze dwadzieścia stronic (domyślam się, że tę nieocenioną przysługę zawdzięczaliśmy Sierioży Zagoskinowi). Dzięki temu nasze lekcje geografii zaczynały się wprost od dwudziestej pierwszej stronicy, od słów: "spośród rzek opływających Francję"...

Muszę wyznać, że nie zawsze kończyło się na klęczeniu. W klasie znajdowała się jeszcze rózga, którą chwytał monsieur Poulain, gdy postępy nasze we wstępie i w Dialogach o cnocie i przyzwoitości nie rokowały żadnej nadziei. W takich wypadkach monsieur Poulain sięgał po rózgę, która leżała na wysokiej szafie, chwytał któregokolwiek z nas, rozpinał spodenki i przycisnąwszy głowę lewą ręką, zaczynał ćwiczyć nas tą rózgą. Usiłowaliśmy oczywiście wymknąć się spod jego razów i w pokoju rozpoczynał się wtedy desperacki walc przy akompaniamencie rytmicznego świstu rózgi.

Te walce do rozpaczy wprost doprowadzały naszą siostrę Lenę, która niedawno powróciła z Instytutu dla Szlachcianek imienia cesarzowej Katarzyny i zajmowała pokój pod naszą klasą. Pewnego razu nie mogła dłużej tego znieść. Usłyszawszy nasz płacz wbiegła gwałtownie, zalana łzami, do gabinetu ojca i zaczęła mu gorzko wyrzucać, że powierzył nas całkowicie macosze, która zdała nas na łaskę i niełaskę "dymisjonowanemu francuskiemu doboszowi".

— Ma się rozumieć — wołała wśród łez — tu nikt się nie ujmie za nimi, ale ja nie mogę patrzeć spokojnie, jak ten dobosz obchodzi się z moimi braćmi!

Ojciec, zaskoczony, zmieszał się zrazu i złajał siostrę, ale w końcu pochwalił jej miłość siostrzaną. Po tym wypadku walc odbywał się o wiele rzadziej, lecz pęk rózeg przez długi jeszcze czas przechowywano na dużej szafie, aczkolwiek Poulain poprzestawał na tym, iż niekiedy zdejmował go i podsuwając nam pod nos, wykrzykiwał: "Niuchaj!" Wkrótce rózga służyła już tylko do wpajania Trezoirowi zasad dobrego wychowania.

Załatwiwszy się z ciężkimi obowiązkami nauczycielskimi monsieur Poulain błyskawicznie się przeobrażał: mieliśmy już przed sobą nie srogiego pedagoga, lecz wesołego, miłego towarzysza. Po śniadaniu szedł z nami na przechadzkę i niezmordowanie bawił nas swymi opowiadaniami. Ćwierkaliśmy niczym ptaki. Mimo że nie posunęliśmy się z panem Poulain poza pierwsze stronice składni, prędko nauczyliśmy się "mówić poprawnie", więcej, nauczyliśmy się myśleć po francusku. A gdy przedyktował nam pół książki z dziedziny mitologii (poprawiał błędy z książki i nigdy nie starał się nawet objaśnić, dlaczego dane słowo powinno się pisać tak, a nie inaczej), to pojęliśmy także, jak "pisać poprawnie" po francusku.

Po obiedzie pracowaliśmy z nauczycielem języka rosyjskiego, studentem wydziału prawa Uniwersytetu Moskiewskiego. Uczył on wszystkich "rosyjskich" przedmiotów: gramatyki, arytmetyki itp. W tych latach nauka poważna jeszcze się nie zaczynała. Równocześnie dyktował nam, codziennie jedną stronicę z historii rosyjskiej, i tym praktycznym sposobem nauczyliśmy się wkrótce całkiem poprawnie pisać po rosyjsku.

Najlepsze dla nas chwile bywały w niedzielę, gdy wszyscy oprócz dzieci udawali się na obiad do generałowej Timofiejewej. Czasem zdarzało się, że pan Poulain i Mikołaj Pawłowicz Smirnow także otrzymywali tego dnia urlop. W tym wypadku zostawaliśmy na opiece Uliany. Pośpiesznie zjadłszy obiad, udawaliśmy się do sali bawialnej, gdzie wkrótce zjawiały się również co młodsze pokojowe. Rozpoczynały się przeróżne gry: w ciuciubabkę, w jastrzębia i tak dalej. Potem majster do wszystkiego, Tichon, zjawiał się ze skrzypcami. Następowały tańce; nie modne, miarowe tańce, pod kierunkiem tanomistrza Francuza na "nóżkach z gumy" (tańce wchodziły do programu naszego wychowania), ale żywy taniec, nie lekcja. Dwadzieścia par kręciło się w różne strony, lecz był to tylko wstęp do jeszcze bardziej ożywionego kozaczka. Tichon wręczał wtedy skrzypce komuś ze starszych i zaczynał wywijać nogami takie dziwne figury, że w drzwiach ukazywali się kucharze, a nawet furmani, chcąc przyjrzeć się miłemu ich sercu tańcowi.

O dziewiątej posyłało się po rodziców dużą karetę. Tichon, uzbroiwszy się w szczotkę, froterował z zapałem posadzkę, żeby na nowo przywrócić jej dziewiczy połysk. W domu zapanowywał wzorowy porządek. I jeśliby na drugi dzień poddano mnie i brata najsurowszemu badaniu, nie zdradzilibyśmy się ani słówkiem na temat rozrywek poprzedniego wieczoru. Za nic w świecie nie wydalibyśmy nikogo ze służby — tak samo, jak żaden z nich nie wydałby nas.

Pewnej niedzieli ja i brat bawiliśmy się sami w wielkiej sali i w biegu zawadziliśmy o postument podtrzymujący cenną lampę. Lampa rozbiła się na drobne kawałki. Natychmiast służba urządziła naradę. Nikt nie czynił nam wymówek. Postanowiono, że nazajutrz rano Tichon na własną odpowiedzialność wykradnie się cichutko z domu, pobiegnie na Kuźniecki Most i kupi taką samą lampę. Kosztowała piętnaście rubli — dla służby suma ogromna. Ale lampę kupiono, a nam nie wypomniał tego nikt nawet słówkiem.

Kiedy myślę teraz o przeszłości i w pamięci mojej wstają wszystkie te sceny, przypominam sobie jeszcze, że w czasie tych zabaw nie słyszeliśmy nigdy nieprzystępnych słów, nie widzieliśmy także w tańcach nic takiego, czym teraz bawią nawet dzieci w pantominach. W czeladnej, między sobą, słudzy naturalnie często używali wyrażeń nieprzyzwoitych. Ale my byliśmy dziećmi, jej dziećmi, i to chroniło nas od wszystkiego złego.

W tych czasach dzieci nie zarzucano taką masą zabawek, jak obecnie. Właściwie mówiąc, nie mieliśmy ich prawie wcale i zmuszeni byliśmy radzić sobie własną pomysłowością. Z drugiej strony ja i brat wcześnie nabraliśmy zamiłowania do teatru. Wrażenie, jakie wywarły na nas karnawałowe "bałagany"*, przedstawiające bitwy i rozbójników, trwało krótko: my sami aż nadto dobrze bawiliśmy się w kozaków i rozbójników. Ale przybyła do Moskwy baletowa gwiazda pierwszej wielkości, Fanny Elssler (11), i zobaczyliśmy ją. Kiedy ojciec kupował bilet do teatru, brał zawsze najlepszą lożę, nie żałując pieniędzy, ale za to chciał, żeby za te pieniądze bawiła się cała rodzina. Wzięto i mnie, mimo że byłem jeszcze wtedy bardzo mały. Fanny Elssler wywarta na mnie tak głębokie wrażenie swym wdziękiem, powiewnością i wykwintem każdego poruszenia, że odtąd zwykłe tańce, należące raczej do dziedziny ćwiczeń gimnastycznych aniżeli sztuki, nigdy już mnie nie zajmowały.

Nie trzeba dodawać, że "Gitanę, Cyganką hiszpańską", balet, w którym występowała Elssler, postanowiliśmy wystawić w domu, to jest treść baletu, a nie tańce. Mieliśmy gotową scenę: drzwi z sypialni do klasy zasłaniało się firanką. Kilka krzeseł ustawionych w półkole i fotel dla monsieur Poulain tworzyły parter i lożę cesarską. Publiczność prędko zebraliśmy: składała się na nią Uliana, nauczyciel rosyjskiego i dwie czy trzy pokojówki. Postanowiliśmy koniecznie wystawić dwie sceny: tę, w której Cyganie przywożą do taboru małą Gitanę w taczce, i tę, w której Gitana po raz pierwszy zjawia się na scenie, zbiega z pagórka i przechodzi przez mostek nad strumykiem, odbijającym jej postać. Widzowie zaczęli wówczas wściekle klaskać i orzekliśmy, że oklaski wywołane były tym odbiciem w strumieniu.

Do roli Gitany wybraliśmy jedną z najmniejszych dziewczynek z garderoby. Jej podarta perkalowa sukienka nie stanowiła przeszkody. Przewrócony stół całkowicie zastąpił taczkę. Ale strumień! Z dwóch foteli i deski do prasowania krawca Andrzeja urządziliśmy most, a z kawałka niebieskiego jedwabiu — strumień. Dla otrzymania odbicia użyliśmy małego okrągłego zwierciadła, przed którym golił się monsieur Poulain; ale mimo wszelkich wysiłków nie mogliśmy osiągnąć odbicia naturalnej wielkości. Po wielu nieudanych próbach musieliśmy zaniechać doświadczeń ze zwierciadłem. Uprosiliśmy tylko Ulianę, aby zachowywała się tak, jak gdyby widziała odbicie w strumieniu, i klaskała głośno. Tym sposobem sami w końcu zaczynaliśmy wierzyć, że kto wie, może istotnie coś widać.

"Fedra" Racine'a, a przynajmniej ostatni akt tragedii udawał się także wcale nieźle. Mianowicie, Sasza prześlicznie deklamował dźwięczne wiersze:

A peine nous sortions des portes de Trezene...
[Zaledwie wyszliśmy poza bramy Trezeny...]

a ja siedziałem całkiem nieruchomo podczas całego tragicznego monologu, oznajmiającego o śmierci syna, aż do chwili, gdy zgodnie z książką powinienem był odpowiedzieć westchnieniem: Oh, dieux [O bogowie!]

Ale w cokolwiek bawiliśmy się, wszystkie nasze przedstawienia nieodmiennie kończyły się piekłem. Gasiliśmy wszystkie świece oprócz jednej, którą stawialiśmy za przezroczystym ekranem wysmarowanym minią, co miało wyobrażać płomienie. Potem chowaliśmy się obaj i zaczynaliśmy rozpaczliwie wyć, niby jako potępieni grzesznicy. Uliana nie lubiła wspominać diabła przed nocą i bała się, ja zaś zadaję sobie pytanie, czy to aż nadto dotykalne wyobrażenie piekła — przy pomocy łojowej świeczki i arkusza papieru — nie przyczyniło się do tego, że brat i ja od wczesnych lat pozbyliśmy się lęku przed gehenną ognistą? Nasze widowisko było zbyt realne, aby nie miało obudzić sceptycyzmu. Prawdopodobnie byłem bardzo mały, kiedy zobaczyłem słynnych moskiewskich aktorów: Szczepkina, Sadowskiego i Szumskiego (12) w "Rewizorze" i w "Małżeństwie Kreczyńskiego" (13). Ale mimo to żywo pamiętam nie tylko wszystkie wybitniejsze sceny w obu komediach, ale nawet intonację naszych wielkich aktorów szkoły realistycznej: gra ich tak silnie wraziła się w moją pamięć, że gdy następnie widziałem te same sztuki w Petersburgu w wykonaniu aktorów francuskiej szkoły deklamatorskiej, nie mogłem na nie patrzeć. Porównywałem tych aktorów ze Szezepkinem i Sadowskim, którzy wyrobili mój smak w sztuce dramatycznej. To, nawiasem mówiąc, nasuwa mi myśl, że rodzice chcący wykształcić w swych dzieciach smak artystyczny powinni brać je od czasu do czasu do teatru, aby im pokazać dobrych aktorów w dobrych sztukach, nie zaś na tak zwane "pantominy dziecięce".

V
Liczyłem ósmy rok życia, gdy zaszło wydarzenie, które rozstrzygnęło o dalszych kolejach mego wychowania. Nie wiem dokładnie, wskutek jakiej okoliczności, ale zdaje mi się, że z powodu dwudziestopięciolecia wstąpienia na tron Mikołaja I przygotowywano w Moskwie wspaniały bal. Dwór miał przybyć do starej stolicy i moskiewska szlachta postanowiła upamiętnić ten wypadek balem kostiumowym, w którym dzieci miały wziąć wybitny udział. Ustalono, że witać cesarza będą rozliczne narodowości, wchodzące w skład imperium. I u nas, i u sąsiadów naszych robiono wielkie przygotowania. Dla naszej macochy zamówiono wspaniały rosyjski kostium narodowy. Ojciec, jako wojskowy, powinien był naturalnie wystąpić w mundurze, ale ci z naszych krewnych, którzy nie byli w służbie wojskowej, niemniej od pań zajęci byli przygotowaniem rosyjskich, greckich, kaukaskich, mongolskich i innych kostiumów. Kiedy szlachta moskiewska wydaje bal dla cesarza, wieczór musi wyróżniać się niebywałym przepychem. Mnie i brata uważano za zbyt małych, abyśmy mogli wziąć udział w uroczystości.

Jednakże w końcu dostałem się przecie na bal. Matka nasza była w wielkiej przyjaźni z Nazimową, żoną generała (14), późniejszego gubernatora wileńskiego. Nazimową, bardzo piękna kobieta, miała wystąpić w towarzystwie ośmioletniego syna, we wspaniałym stroju królowej perskiej. Odpowiednio do tego i syn miał być w bardzo bogatym kostiumie, przepasanym pasem ozdobionym drogimi kamieniami. Ale chłopczyk zachorował przed samym balem, i Nazimową postanowiła, że jeden z synów jej najlepszej przyjaciółki zastąpi chorego. Zabrano więc mnie i Saszę do Nazimowej dla przymierzenia kostiumu. Okazał się za krótki dla Aleksandra, który znacznie przewyższał mnie wzrostem, ale dla mnie był w sam raz. Z tej racji postanowiono, że ja wystąpię w roli królewicza perskiego.

Olbrzymia sala moskiewskiej Resursy Szlacheckiej zapełniona była gośćmi. Każde dziecko otrzymało berło z herbem jednej z sześćdziesięciu guberni cesarstwa rosyjskiego. Na moim berle wyobrażony był orzeł szybujący ponad błękitnym morzem, co, jak dowiedziałem się później, przedstawiało herb guberni astrachańskiej. Ustawiono nas w końcu olbrzymiej sali, potem parami podchodziliśmy do wzniesienia, gdzie znajdował się cesarz z rodziną. Po zbliżeniu się do tego miejsca rozstępowaliśmy się na prawo i na lewo, ustawiając się tym sposobem w jednym szeregu przed wzniesieniem. Wtedy, stosownie do otrzymanego rozkazu, pochyliliśmy wszystkie berła z herbami przed Mikołajem. Apoteoza samowładztwa wypadła bardzo efektownie. Mikołaj był zachwycony. Wszystkie prowincje oddawały hołd najwyższemu władcy. Po czym dzieci zaczęły powoli ustępować w głąb sali.

Ale tu nastąpiło małe zamieszanie. Szambelani w haftowanych złotem mundurach podbiegli ku nam, i wyprowadzono mnie z szeregów. Mój wuj, książę Gagarin, przebrany za Tunguza (nie mogłem się napatrzyć na jego kaftan z cienkiej zamszowej skórki, na jego łuk i kołczan, pełen strzał), wziął mnie na ręce i postawił na wzniesieniu przed cesarzem.

Nie wiem, czy dlatego, że byłem najmniejszy w całej procesji, czy że moja okrągła twarzyczka z puklami włosów wydawała się szczególnie zabawna pod wysoką barankową czapką, dość, że Mikołaj życzył sobie widzieć mnie na wzniesieniu. Powiedziano mi potem, że Mikołaj, lubiący zawsze koszarowe dowcipy, wziąwszy mnie za rękę, podprowadził do Marii Aleksandrowny (żony następcy tronu), która była wtedy w oczekiwaniu trzeciego dziecka, i po żołniersku powiedział: "Oto jakich zuchów mi potrzeba." Ten żart wywołał naturalnie rumieniec na twarzy Marii Aleksandrowny. W każdym razie bardzo dobrze pamiętam, jak Mikołaj zapytał, czy chcę cukierków, na co odpowiedziałem, że chciałbym mieć rogaliki, jakie nam podawano do herbaty przy uroczystych okazjach. Mikołaj skinął na lokaja i wysypał całą tacę rogalików do mojej wysokiej czapki.

— Zaniosę je Saszy — powiedziałem Mikołajowi.

W końcu jednakże brat Mikołaja, Michał, o wyglądzie feldfebla, uchodzący za dowcipnisia, potrafił doprowadzić mnie do płaczu.

— Kiedy jesteś cacy-dziecko, to cię pieszczą ot tak — powiedział i przesunął swoją dużą rękę po mojej twarzy z góry do dołu. — A kiedy dokazujesz, to głaszczą cię ot tak — przesunął rękę w górę naciskając silnie nos, który i sam przez się zdradzał skłonność do rośnięcia. w górę.

W oczach moich ukazały się łzy, które nadaremnie starałem się powstrzymać. Damy zresztą ujęły się za mną. Dobra Maria Aleksandrowna wzięła mnie pod swoją opiekę i posadziła obok siebie na wysokim aksamitnym krześle z pozłacanym oparciem. Mówiono mi potem, że prędko zasnąłem, położywszy głowę na jej kolanach, a ona nie wstawała z miejsca w ciągu całego balu. Pamiętam także, że krewni, podczas gdyśmy oczekiwali na karetę, głaskali mnie po głowie, całowali i mówili:

— Piotrusiu, zostałeś mianowany paziem! — na co odpowiedziałem:

— Ja nie jestem paź, jak chcę do domu — i byłem bardzo zajęty swą czapką, w której leżały przeznaczone dla Saszy rogaliki.

Nie wiem, czy Sasza dostał ich wiele, ale pamiętam, że mnie serdecznie uściskał, gdy mu powiedziano, jak niepokoiłem się o czapkę.

Zapisanie na listę kandydatów do Korpusu Paziów uważano wtedy za wielką łaskę. Mikołaj rzadko ją okazywał szlachcie moskiewskiej. Ojciec mój był zachwycony i marzył już o świetnej karierze, która czeka syna przy dworze, macocha zaś, opowiadając o tym wydarzeniu, nigdy nie omieszkała dodać:

— A to wszystko dlatego, że go pobłogosławiłam przed balem. Nazimowa była też zachwycona i zamówiła portret akwarelą, na którym przedstawiona była w perskim kostiumie, ja zaś stałem obok niej.

W rok potem rozstrzygnął się też los Aleksandra. Obchodzono wówczas w Petersburgu jubileusz Izmajłowskiego pułku, w którym ojciec mój służył w młodości. Raz nocą, gdy wszyscy w domu byli pogrążeni w głębokim śnie, zatrzymała się u bramy, brzęcząc dzwoneczkami, "trojka". Z kibitki wyskoczył feldjeger i głośno krzyknął:

— Otwórzcie! Rozkaz od Jego Cesarskiej Mości!... Nietrudno sobie wyobrazić, jakim strachem przejęły cały dom te nocne odwiedziny. Ojciec drżąc narzucił szlafrok i zeszedł do gabinetu. "Sąd wojenny! Degradacja na prostego żołnierza!" — zwidywało się wówczas każdemu oficerowi. To były przecież straszne czasy! Okazało się jednak, że Mikołaj zapragnął po prostu mieć imiona wszystkich synów oficerów, którzy kiedy bądź służyli w pułku Izmajłowskim, żeby porozmieszczać chłopców w wojskowych zakładach naukowych, jeżeli to jeszcze nie było zrobione. W tym celu posiano z Petersburga do Moskwy kuriera, który dniem i nocą dobijał się do domów wszystkich byłych oficerów pułku Izmajłowskiego.

Drżącą ręką ojciec napisał, że jego starszy syn, Mikołaj, uczy się już w I Moskiewskim Korpusie Kadetów, że najmłodszy syn, Piotr, jest kandydatem do Korpusu Paziów i że pozostaje tylko średni, Aleksander, który jeszcze nie wstąpił do żadnego wojskowego zakładu naukowego. W kilka tygodni potem przyszedł papier, oznajmujący ojcu o "monarszej łasce". Aleksandra kazano umieścić w orłowisikim Korpusie Kadetów. Niemało starań, i pieniędzy kosztowało ojca, żeby uzyskać pozwolenie umieszczenia Aleksandra w moskiewskim Korpusie Kadetów. Nową łaskę okazano tylko dlatego, że starszy syn już się uczył w tym korpusie.

Tym sposobem z woli Mikołaja I mieliśmy obaj otrzymać wychowanie wojskowe, choć w kilka lat potem znienawidziliśmy służbę wojskową za jej bezmyślność. Ale Mikołaj pilnie przestrzegał, aby wszyscy synowie szlachty, wyjąwszy słabowitych, obierali karierę wojskową. I dzięki temu, ku wielkiemu uradowaniu ojca, wszyscy trzej mieliśmy zostać oficerami.



1) Czapka Monomacha — symbol władzy carskiej w Rosji, czapka ozdobiona złotem, drogocennymi kamieniami, obramowana futrem sobolim, którą według legendy otrzymał Włodzimierz Monomach (1053— 1125), książę kijowski, od cesarza Bizancjum Konstantego.

2) Rościsław Mścisławowicz Śmiały — wnuk Włodzimierza Monomacha, książę smoleński.

3) Ruryk — wódz drużyny Waregów, którego według legendy, zapisanej w kronice rosyjskiej "Powiest' wriemiennych let", przywołali mieszkańcy Nowogrodu (862 r.) w momencie walk wewnętrznych w mieście i który uzurpował sobie władzę w Nowogrodzie. Synem legendarnego Ruryka był Oleg, który zjednoczył księstwa nowogrodzkie i kijowskie. Dynastia Rurykowiczów — książąt, a następnie carów moskiewskich, panowała w Rosji do roku 1598. Następna dynastia carów rosyjskich Romanowów panowała w Rosji od 1613 do 1917 roku.

4) Praskowia Gagarina, księżna (1770—1850) — babka Piotra Kropotkina.

5) Katarzyna Siemionowa (1786—1849) — słynna aktorka rosyjska, chłopka pańszczyźniana księcia Puciaty. Do wielbicieli talentu Siemionowej należeli m. in. Puszkin, Aksakow i słynni literaci owego czasu, którzy po zamążpójściu aktorki odwiedzali w Moskwie dom jej jako księżnej Gagarin.

6) Aleksy Arakczejew, hrabia (1769—1834) — reakcjonista, najbliższy doradca Aleksandra I, zajmował kolejno wysokie stanowiska w rosyjskim aparacie państwowym: w roku 1808 był ministrem wojny, w roku 1810 — przewodniczącym departamentu wojny w Radzie Państwa, w roku 1817 — głównodowodzącym osiedli wojskowych, w których chłopi równocześnie pełnili służbę wojskową i wykonywali prace w polu. Od nazwiska Arakczejewa powstał termin "arakczejewszczyzna", symbolizujący rządy terroru i ciemnoty.

7) Kondratij Rylejew (1795—1826) — poeta-dekabrysta, powieszony na mocy wyroku sądu carskiego za przygotowanie i udział w powstaniu 14 grudnia 1825 roku w Petersburgu. Autor cyklu historycznego pt. Dumy, powstałego, jak pisał sam poeta, w dużym stopniu pod wpływem Śpiewów historycznych Juliana Ursyna Niemcewicza, któremu Rylejew dedykował swoje Dumy.

8) Aleksander Kropotkin (1841—1881) — brat Piotra Kropotkina. Ukończył Korpus Kadetów w Moskwie, następnie wbrew woli ojca studiował na Uniwersytecie Moskiewskim. Uczestniczył w zaburzeniach studenckich 1861 roku i został wydalony z uniwersytetu. W latach 1872—1874 mieszkał w Szwajcarii, brał udział w pracach rewolucyjnych kółek na emigracji, grupujących się wokół osoby Piotra Ławrowa. W roku 1874 na wieść o aresztowaniu brata wrócił do Rosji. Został aresztowany i wysłany na osiedlenie do Minusińska. Na Syberii pisał artykuły do czasopism syberyjskich i zajmował się badaniami astronomicznymi. Zastrzelił się w Tomsku.

9) Michał Zagoskin (1789—1852) — pisarz rosyjski, autor wielu powieści historycznych oraz dramatów.

10) Brennus — wódz Gallów, wtargnął do Etrurii w roku 390 p.n.e., rozbił Rzymian w bitwie nad rzeką Allią, zajął i zniszczył Rzym, oblegał Kapitol i po siedmiomiesięcznym oblężeniu zgodził się na opuszczenie miasta w zamian za 1000 funtów złota. Podczas gdy ważono złoto, dorzucił na szalę własny miecz, wykrzykując Vae victis! [Biada zwyciężonym!]
Marek Kurcjusz (Curtius) — młody Rzymianin, bohater następującej legendy: W 362 roku p.n.e. na środku forum rzymskiego powstała głęboka szczelina, której nie można było zapełnić. Wróżbici przepowiadali, że miasto znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie, jeżeli przepaść nie zostanie zapełniona, i to czymś najcenniejszym w Rzymie. Wówczas Kurcjusz ze słowami: "Nie ma nic cenniejszego w Rzymie nad broń i męstwo", dosiadł konia i w pełnym rynsztunku rzucił się w przepaść, która się za nim zamknęła.

11) Fanny Elssler (1810—1888) — znana tancerka austriacka. Słynęła z niezwykłej urody i znakomitej mimiki.

12) Michał Szczepkin (1788—1863) — znakomity aktor moskiewskiego Teatru Małego, syn chłopa pańszczyźnianego, otrzymał wolność osobistą dopiero w roku 1821, będąc już sławnym aktorem. Do najsłynniejszych jego ról należały: rola Famusowa w sztuce "Mądremu biada" Gribojedowa i rola Horodniczego w "Rewizorze" Gogola. Przyjaźnił się z Aleksandrem Hercenem, Wissarionem Bielińskim, Tarasem Szewczenką. Pozostawił niezmiernie interesujące wspomnienia.
Prow Sadowski (1818—1872) — wybitny aktor moskiewskiego Teatru Małego. Wsławił się jako odtwórca szeregu ról w sztukach Ostrowskiego, W "Małżeństwie Kreczyńskiego" A. Suchowo-Kobylina grał rolę Rasplujewa.
Sergiusz Szumski (1821—1878) — syn moskiewskiego mieszczanina Czesnokowa. W dzieciństwie został oddany do szkoły teatralnej, gdzie zwrócił na siebie uwagę dyrektora szkoły Kokoszkina interpretacją roli Szumskiego w wodewilu Chmielnickiego "Pierwszy debiut aktorki Trojepolskiej". Przybrał wówczas nazwisko Szumskiego. Na scenie Teatru Małego zasłynął jako odtwórca ról Chlestakowa w "Rewizorze" i Koczariewa w "Ożenku" Gogola. Znakomicie grał role komiczne w sztukach Turgieniewa, Moliera, w "Małżeństwie Kreczyńskiego".

13) Małżeństwo Kreczyńskiego — sztuka Aleksandra Suchowo-Kobylina (1817—1903) — pierwsza część trylogii dramatycznej piętnującej ostro rosyjską biurokrację, sprzedajność sądów, łapownictwo, władzę pieniądza. ("Małżeństwo Kreczyńskiego", "Sprawa", "Śmierć Tariełkina".) Po raz pierwszy Małżeństwo Kreczyńskiego wystawiono w roku 1855. Istnieje polskie tłumaczenie tej sztuki, wydane w roku 1955.

14) Włodzimierz Nazimow (1802—1874) — generał-adiutant, kurator moskiewskiego okręgu szkolnego w latach 1853—1855, wileński generał-gubemator w latach 1855—1863, członek Rady Państwa.


Wspomnienia rewolucjonisty - Przedmowa

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian