Anarchia, tak jak ja ją rozumiem, to skłonność do takiego myślenia i działania, które próbuje rozpoznać struktury władzy i dominacji, domaga się, by wykazały swoją prawomocność, a jeśli nie może tego zrobić, stara się władzę ominąć.
Noam Chomsky

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Dzieciństwo (3)

Piotr Kropotkin
matka-kropotkinaMatka Kropotkina
 W jesieni 1852 roku Aleksander wstąpił do Korpusu Kadetów i odtąd widywaliśmy się tylko w święta albo w niedzielę. Od naszego domu do korpusu było około siedmiu wiorst — ale chociaż trzymaliśmy z dziesiątek koni, zawsze jakoś tak wypadało, że gdy trzeba było posłać sanie po brata, wszystkie konie znajdowały się w drodze. Mikołaj przyjeżdżał do domu bardzo rzadko. Dzięki względnej swobodzie, z jakiej Aleksander korzystał w szkole wojskowej, i wpływowi dwóch profesorów literatury rozwijał się on bardzo szybko. Dalej jeszcze będę mówił o dobroczynnym wpływie, jaki wywarł on na mój rozwój. Przypadło mi w udziale wielkie szczęście mieć kochającego, inteligentnego starszego brata.

Ja tymczasem zostawałem w domu. Trzeba było czekać, aż przyjdzie moja kolej wstąpienia do Korpusu Paziów, a przyszła ona, gdy miałem już prawie piętnaście lat. Poulain został oddalony już w roku 1853, a na jego miejsce przyjęto nauczyciela Niemca, Karła Iwanowicza, jednego z tych idealistów, których często spotkać można wśród Niemców. Zwłaszcza pamiętam, jak czytał Schillera; naiwna jego deklamacja wprawiała mnie w prawdziwy zachwyt. Przebył on u nas tylko jedną zimę.

Następnie oddano mnie do I Moskiewskiego Gimnazjum i zostałem ostatecznie powierzony opiece Smirnowa, który udzielał mi lekcji w domu. Gimnazjum mieściło się wtedy przy ulicy Preczistienka, prawie obok naszego domu. Przyjęto mnie do trzeciej klasy, miałem zaledwie jedenaście lat, i wiele rzeczy, które wchodziły w zakres programu, były ponad moją dziecięcą możliwość pojmowania. Wszystkie przedmioty szkolne wykładano w najbardziej bezmyślny sposób. Geometrii uczył nas niejaki pan Niewęgłowski, który do uczniów miał stosunek jednocześnie żartobliwy i prostacki. Większość chłopców nic nie rozumiała z tych mądrości, które nauczyciel kreślił na tablicy szkolnej, toteż wkuwaliśmy na pamięć z książki zawiłe twierdzenia Euklidesa. Mnie Niewęgłowski dawał piątki, ale naprawdę nie wiem za co. W czasie mego pobytu w gimnazjum absolutnie niczego się nie nauczyłem z geometrii i gdy po czterech latach znów zacząłem w Korpusie Paziów naukę tego przedmiotu, wszystko, poczynając od najprostszych definicji, było dla mnie całkiem nowe. Umiałem dobrze jedynie cztery działania arytmetyczne.

Najlepiej stałem z języka rosyjskiego. Pod dyktando pisałem zupełnie prawidłowo, wypracowania zaś na zadany temat zadowalały w zupełności profesora Magnickiego, który był postrachem całej klasy, mnie zaś zawsze stawiał piątki, aż do egzaminu, na którym haniebnie się obciąłem z powodu jakichś imiesłowów nieodmiennych, za co dostałem dwójkę.

Co się tyczy historii, to moje sprawy stały bardzo źle. Historię wykładano u nas w następujący sposób: przynoszono do klasy poliniowaną w kwadraciki tablicę; każde sto kwadracików odpowiadało stuleciu, każdy zaś kwadracik oznaczał rok. Po ustawieniu tablicy zaczynały się tortury. We wszystkich kwadracikach narysowane były różne znaki i kółka, kreseczki, krzyżyki. Nauczyciel brał kijek i dotykał nim bądź kreski, która oznaczała wstąpienie na tron jakiegoś cara, bądź kółka symbolizującego jakąś wojnę, i pytał z groźną miną: "Grigoriew, co to oznacza? Nikołajew, a to co jest?", itd.

Wszyscy zaczynali się denerwować. Trzeba było odpowiedzieć od razu. Aczkolwiek kółko lub kreska już z racji swego miejsca oznaczały rok i to, że w roku tym odbyła się jakaś wojna, lecz w pośpiechu każdy z nas odpowiadał błędnie, o wiek wcześniej lub później. Plątaliśmy wojny i "wstąpienia na tron", toteż jedynki i dwójki zapełniały dziennik klasowy. Z historii przy moim nazwisku niezmiennie figurowała dwójka aż da egzaminów. Gdy mnie wywołano, dostałem pytanie dotyczące panowania Aleksandra I i wojny 1812 roku.

Moja żywa, płynna opowieść o wojnach napoleońskich, o których tyle się nasłuchałem z ust Poulaina, tak bardzo spodobała się egzaminatorom, że wszyscy postawili mi jednomyślnie piątkę, i to z plusem, zacierając w ten sposób ślady mych niezmiennych dwójek. Kłopoty miałem również z geografią. Lubiłem ten przedmiot i chętnie się go uczyłem. Razem z moim przyjacielem Nikołajewem ułożyliśmy nawet geografię naszego gimnazjum. Był to cały wykład z planami i mapami. Pamiętam, iż naszą klasę trzecią opisaliśmy w sposób następujący: "Od południa oblewa ją morze, zwane »Preczistienka«, od wschodu styka się z państwem drugoklasistów, od zachodu zaś graniczy z rozległym mocarstwem czwartoklasistów, mówiących obcym językiem, nazywanym łaciną."

Opisana zastała również "powierzchnia" naszej klasy: jej "góra" — katedra, "wulkany", czyli tablica klasowa, wymienione zostały "doliny" między ławkami oraz scharakteryzowano ich "mieszkańców" — statecznych i spokojnych na pierwszej ławce i coraz bardziej niesfornych w miarę oddalania się od głównej "zatoki", dokąd przybywają cudzoziemcy, alias nauczyciele, siejący lęk i zamieszanie w naszym kraju.

Jednocześnie opowiadaliśmy dzieje naszego kraju, opisując, jak jeden z cudzoziemców został razem ze swym tronem zrzucony z góry (katedry) przez zdradliwe stowarzyszenie strzelców górskich, którzy chytrze wykopali "kanał" pomiędzy katedrą a ścianą,, to jest po prostu odsunęli nieco katedrę od ściany, a następnie ustawili tron cudzoziemca na samym skraju "urwiska", wskutek czego obcokrajowiec, który nie dostrzegł podstępu, po spoczęciu jak zwykle na tronie, spadł na ziemię i uderzył głową o ścianę.

Oficjalną geografię tak samo przykładnie studiowałem i bardzo starannie kreśliłem mapy. Nie cieszyłem się jednak dobrą opinią u "cudzoziemca", który uczył nas geografii — i dlaczegóż to? Bo byłem zbyt pilny.

Wykładowca geografii kazał nam robić mapy rozmaitych państw, ale miało to polegać po prostu na kopiowaniu mapy atlasu geograficznego. Mnie to nie zadowalało, dlatego też kreśliłem razem z panem Smirnowem mapy na siatce geograficznej; i malowałem je różnymi kolorami. Gdy przyniosłem do klasy pięknie pokolorowaną mapę Anglii i wręczyłem ją profesorowi, ten strasznie się rozgniewał i ku memu wielkiemu zmartwieniu postawił mi dwójkę.

Niewielu rzeczy nauczyłem się w gimnazjum, jednak zima spędzona w szkole, towarzystwo innych chłopców, przeważnie o wiele ode mnie starszych — wszystko to było bodźcem, który wpłynął na mój rozwój. Od tego czasu zaczyna się moje życie świadome. To, co pamiętam z okresu swego wczesnego dzieciństwa, widzę jako poszczególne sceny, oddzielone od siebie długimi przerwami. Natomiast poczynając od wiosny 1854 roku, to znaczy od okresu, gdy miałem jedenaście i pół lat, pamiętam wszystkie zdarzenia, rok za rokiem. Wszystko dokoła — ludzie, ich twarze, sposób zachowania się — wrażało mi się w pamięć. Od tego czasu lektura moja stawała się coraz bardziej świadoma, wtedy też zacząłem swe pierwsze dziecinne próby literackie, do których zachęcał mnie mój nauczyciel domowy, Mikołaj Pawłowicz Smirnow. Tu zaczyna się przejście od dzieciństwa do lat chłopięcych i w dalszym ciągu opowiem o tym, co zaobserwowałem w swoim otoczeniu w ciągu tych trzech lat — najlepszych lat mego dzieciństwa, które upłynęły między pobytem w gimnazjum a Korpusem Paziów.

***

Mój nauczyciel, Mikołaj Pawłowicz Smirnow, skończył w tym czasie uniwersytet i otrzymał niewielką posadę w Izbie Sądowej, gdzie spędzał cały ranek, ja zaś zostawałem sam do obiadu. Po odrobieniu lekcji i przechadzce miałem jeszcze dość dużo czasu, Żeby czytać, a zwłaszcza pisać. Jesienią zaś, gdy nauczyciel wracał do Moskwy, a my wciąż jeszcze zostawaliśmy na wsi — byłem znów sam. Nie miałem żadnych lekcji; pogawędziwszy z rodziną i pobawiwszy się z małą siostrzyczką, Paulinką (20), mogłem do woli oddawać się czytaniu i pisaniu.

Prawo pańszczyźniane dożywało wtedy ostatnich swych lat. Wszystko to było jeszcze tak niedawne, jakby wczoraj, a tymczasem rzadko kto w Rosji ma dokładne pojęcie o tym, czym było to prawo. Większość oczywiście pojmuje, że warunki ówczesne były złe; ale jak odbijały się te warunki fizycznie i moralnie na żywych istotach — chyba niewielu rozumie. Wprost uderzające jest, jak prędko zapomnianą została instytucja i zrodzone przez nią warunki społeczne, ledwie tylko instytucja sama istnieć przestała. Tak zmienne są okoliczności i ludzie! Postaram się więc opowiedzieć, jak się żyło za czasów poddaństwa. Opowiadać będę nie to, co słyszałem, lecz to, co sam widziałem.

Klucznica Uliana stoi w korytarzu prowadzącym do gabinetu ojca i żegna się. Nie śmie ani wejść, ani zawrócić. Na koniec szepce modlitwę, wchodzi do gabinetu i ledwie dosłyszalnym głosem oznajmia, że zapas herbaty prawie już wyczerpany, że cukru zostało wszystkiego około dwudziestu funtów i że reszta prowizji także wyjdzie niebawem.

— Złodzieje! Rabusie! — woła ojciec. — A ty taka sama, jak i oni!

Głos jego grzmi po całym domu. Macocha posłała Ulianę, żeby na niej skupił się pierwszy gniew.

— Froł! Zawołaj księżnę! — krzyczy ojciec. — Gdzie ona jest?

I kiedy macocha wchodzi, wita ją w taki sam sposób.

— I ty trzymasz z tym chamskim plemieniem! Ty ich zawsze bronisz! — i tak dalej w ciągu pół godziny, a czasem i dłużej.

Potem ojciec zaczyna sprawdzać rachunki. Przy tym przypomina sobie o sianie. Posyła więc Froła, żeby zważył, ile pozostało; macosze rozkazuje asystować przy ważeniu, a sam oblicza, ile siana powinno być w szopie; okazuje się, że jakoby zginęło wiele pudów, a Uliana nie umie powiedzieć, w jaki sposób zużyto kilka funtów jakichś produktów. Głos ojca staje się coraz bardziej groźny. Uliana drży. Teraz wołają na śledztwo furmana. Na niego zwala się cała burza. Ojciec rzuca się nań i zaczyna go bić. Furman powtarza jedno:

— Jaśnie oświecony książę pan raczył się omylić.

Ojciec znowu zaczyna rachować. Tym razem wypada, że w szopie jest więcej siana, niż go być powinno. Krzyki nie ustają. Teraz ojciec łaje furmana, że daje koniom mniej paszy, niż im się należy; ale furman świadczy się wszystkimi świętymi, że konie dostają tyle paszy, ile potrzeba. Froł wzywa na świadka Boga-rodzice, że furman mówi prawdę.

Ale ojciec nie chce się uspokoić. Woła stroiciela i pomocnika ochmistrza, Makara, i wylicza mu wszystkie jego niedawne występki i przewinienia. Makar zeszłego tygodnia upił się i z pewnością był pijany także wczoraj, bo stłukł przecie kilka talerzy. W gruncie rzeczy, właśnie te stłuczone talerze były przyczyną całego hałasu. Macocha powiedziała o tym ojcu rano; wskutek tego Uliana została przywitana gwałtowniejszym łajaniem niż zazwyczaj w podobnych razach, wskutek tego też nastąpiło sprawdzanie siana. Ojciec krzyczy dalej, że chamskie plemię zasługuje na najsroższą karę.

Nagle robi się cisza. Ojciec siada za biurkiem i pisze kartkę. Potem daje rozkaz:

— Poślijcie Makara z tą kartką na policję. Niech mu tam wyliczą sto kijów!

W domu przerażenie i konsternacja.

Bije czwarta. Schodzimy się wszyscy na obiad, ale nikt nie ma apetytu. Nikt nie tknął rosołu. Siedzi nas przy stole dziesięć osób.

Za każdym stoją skrzypce albo trombon z czystym talerzem w lewej ręce, ale Makara nie ma.

— Gdzie Makar? — zapytuje macocha. — Zawołać go! Makar się nie zjawia i rozkaz powtarza się znowu. Wchodzi

Makar, blady, ze zmienioną twarzą, zawstydzony, ze spuszczonymi oczyma. Ojciec patrzy w talerz. Macocha widząc, że nikt z nas nie tknął rosołu, próbuje nas ożywić.

— Czy nie znajdujecie, dzieci — mówi po francusku — że rosół dzisiaj doskonały?

Łzy mnie duszą. Po obiedzie wybiegam, dopędzam Makara w ciemnym korytarzu i chcę go pocałować w rękę; ale on wyrywa ją i mówi na wpół z wyrzutem, na wpół pytająco:

— Zostaw mnie, czekaj, gdy wyrośniesz, i ty taki będziesz!

— Nie, nie, nigdy!

A przecież ojciec mój nie należał do panów okrutnych. Przeciwnie, słudzy i chłopi uważali go nawet za dobrego pana. Ale to, co opisałem, praktykowało się wszędzie, często w daleko okrutniejszej formie. Chłosta poddanych wchodziła w zakres obowiązków policji i straży pożarnej.

Pewnego razu jeden z obywateli ziemskich spytał sąsiada:

— Dlaczego to w pańskich dobrach liczba dusz rośnie tak powoli? Pan zapewne mało dbasz o to, ażeby się ludzie żenili?

W kilka dni potem generał wrócił do swej wsi. Kazał podać sobie spis wszystkich chłopów, pozaznaczał imiona parobków, którzy skończyli lat osiemnaście, i dziewczyn w wieku lat szesnastu, to jest wszystkich, których wedle prawa można żenić. Potem generał wydał rozporządzenie: "Iwan niech żeni się z Anną, Paweł z Paraszką, Fiodor z Praskowią" itd., ogółem pięć par. "Pięć ślubów — opiewał rozkaz — powinno odbyć się w niedzielę, za dziesięć dni."

Podniósł się lament w całej wsi. W każdym domu zawodziły głośno kobiety — młode i stare. Anna spodziewała się wyjść za Grzegorza, rodzice Pawła już umówili się byli z Fiedotowami o ich dorastającą córkę. W dodatku była pora orki, a nie ślubów.

I jak można przysposobić się do wesela w dziesięć dni! Chłopi tuzinami przychodzili do dworu, żeby zobaczyć się z panem. Gromadki bab wiejskich, ze sztukami cienkiego-płótna w rękach, wyczekiwały u wejścia do kuchni na panią, aby uprosić ją o orędownictwo przed panem. Ale wszystko na próżno. Pan oświadczył, że śluby powinny się odbyć za dziesięć dni — i tak się też stać musiało.

W oznaczony dzień orszaki weselne, przypominające raczej pogrzeb, podążyły do cerkwi. Kobiety lamentowały i zawodziły jak po nieboszczykach. Jednego z lokajów dworskich poisłano do cerkwi, żeby był obecny przy ceremonii zaślubin i zawiadomił pana, gdy się skończy. Wkrótce jednak lokaj przybiegł blady i zmieszany, mnąc czapkę w ręku.

— Paraszką upiera się — oznajmił — nie chce wychodzić za Pawła. Gdy batiuszka spytał: "Czy się zgadzasz?", głośno krzyknęła: "Nie, nie! Nie chcę!"

Pan wpadł we wściekłość:

— Idź i powiedz temu długogrzywemu pijakowi, że jeżeli natychmiast nie połączy ślubem Paraszki i Pawła, zaskarżę go przed archijerejem [patriarchą] jako pijaka. Jak on śmie, nędznik, sprzeciwiać się mojej woli. Powiedz, że zgnoję go w klasztorze, a rodziców Paraszki ześlę daleko — do stepowej wsi!

Lokaj powtórzył rozkaz i groźbę. Paraszkę otoczyli pop i rodzice. Matka rzuciła się jej do nóg błagając z płaczem, by nie gubiła ich wszystkich. Dziewczyna wciąż powtarzała: "Nie chcę", ale coraz ciszej, potem szeptem, na koniec umilkła. Włożono jej na głowę koronę weselną... Nie sprzeciwiała się. Lokaj popędził do dworu z pożądaną wieścią: "Zaślubieni!"

W pół godziny potem u wrót pańskiego domu zabrzęczały dzwonki weselnych orszaków. Pięć par zlazło z wozów. Nowożeńcy przeszli podwórze i stanęli w przedpokoju. Pan powitał ich i poczęstował kieliszkiem wódki. Rodzice, stojący poza swymi zapłakanymi córkami, kazali im pokłonić się panu do nóg.

Śluby przymusowe były rzeczą tak zwykłą, że wśród naszej służby domowej młodzi ludzie nie lubiący się wzajemnie, przewidując, że mogą ich pożenić, zwykle zostawali kumami. Wedle prawa — małżeństwo staje się wtedy niemożliwe. Podstęp zwykle się udawał, ale raz zakończył się w naszym domu tragedią.

Krawiec Andrzej pokochał dziewczynę, należącą do sąsiedniego obywatela ziemskiego. Andrzej spodziewał się, że ojciec uwolni go na czynsz i że pracując pilnie zdoła zebrać pieniądze, żeby wykupić dziewczynę z poddaństwa. Wyszedłszy bowiem za mąż za poddanego, stałaby się też poddaną naszego ojca. Przewidując jednak, że mogą go przymusowo ożenić z jedną z naszych pokojówek, postanowił zawczasu połączyć się z nią kumostwem.

I w rzeczy samej, stało się to, czego się obawiali. Zawołano ich pewnego razu do gabinetu ojca i rozkazano pobrać się.

— Zawsze radzi jesteśmy spełnić wolę waszej książęcej mości — odpowiedzieli — ale kilka tygodni temu trzymaliśmy wspólnie dziecko do chrztu. — Andrzej zwierzył się przy tym ojcu ze swoich zamiarów... Skończyło się na tym, że go oddano w sołdaty.

Za Mikołaja I nie było powszechnej powinności wojskowej, jak obecnie. Szlachta i kupcy nie byli obowiązani służyć w wojsku. Kiedy ogłaszano nowy pobór, obywatele ziemscy powinni byli dostarczyć oznaczoną liczbę rekrutów. Zwykle w każdej wsi chłopi sami określali swą kolej; ale służba dworska zależała całkowicie od woli dziedzica. Jeżeli pan był niezadowolony ze sługi, odsyłał go do komendy wojskowej i otrzymywał w zamian kwit rekrucki, przedstawiający znaczną wartość pieniężną, gdyż można go było sprzedać komuś, kto miał iść do wojska.

Służba żołnierska w tych czasach była straszna; trwała dwadzieścia pięć lat. Zostać żołnierzem — znaczyło na zawsze zostać oderwanym od wsi rodzinnej i krewnych i znajdować się w całkowitej władzy takiego dowódcy, jak na przykład Timofiejew, o którym już wspomniałem. Plagi, rózgi, pałki sypały się co dzień! Okrucieństwo przy tym przewyższało wszelkie wyobrażenie. Nawet w korpusach kadetów, gdzie wychowywały się dzieci szlachty, za palenie papierosa skazywano czasem na tysiąc rózeg w obecności całego korpusu. Przy katowanym chłopcu stał doktor i przerywał egzekucję tylko wtedy, gdy nie wyczuwało się już prawie pulsu. Skrwawioną, omdlałą ofiarę zanoszono do szpitala. Wielki książę Michał, zwierzchnik szkół wojskowych, prędko oddaliłby dyrektora, u którego nie zdarzyłby się choć jeden lub dwa takie wypadki w ciągu roku. "Karności brak" — powiedziałby.

Z prostymi żołnierzami obchodzono się jeszcze gorzej. Jeżeli ktoś postał oddany pod sąd wojenny, wyrok zapadał prawie zawsze: przepędzić przez rózgi, czyli przez tzw. "strój". Ustawiono w dwa szpalery tysiąc żołnierzy, uzbrojonych w pałki grubości małego ilca (zachowały one swoją niemiecką nazwę: szpicruteny). Skazńca wleczono między szeregami trzy, cztery, pięć i siedem razy, przy czym każdy żołnierz uderzał go pałką. Podoficerowie przestrzegali, żeby żołnierze bili z całych sił. Po tysiącu lub dwóch tsiącach pałek broczącą krwią ofiarę zabierano do szpitala, gdzie leczono ją po to tylko, aby kara mogła być wykonana do końca, ledwie żołnierz przyszedł trochę do siebie. Jeśli umierał pod pałkami, wyrok wykonywano na trupie przywiązanym do taczek, Mikołaj i brat jego Michał nie znali litości. Jakiekolwiek złagodzenie kary nie mogło mieć miejsca pod żadnym pozorem. — Ja cię przepędzę przez "strój"! Skórę z ciebie zedrę pod pałkami! — taką była zwykła pogróżka w owych czasach. Ponure przerażenie ogarniało cały nasz dom, gdy rozchodziła wieść, że kogoś ze służby posyłają do komendy wojskowej, biedaka, zakutego w kajdany, zamykano pod strażą w kancelarii, żeby się przypadkiem nie zabił. Potem zajeżdżał wóz i rekruta oprowadzano — zawsze z dwoma strażnikami. Cała służba dworka otaczała go, on kłaniał się wszystkim nisko i prosił każdego przebaczenie, jeśli co przeciw komu świadomie lub nieświadomie zawinił. Jeśli rodzice rekruta mieszkali we wsi, przychodzili także pożegnać syna. On bił przed nimi niskie pokłony — do samej ziemi, podczas gdy matka i krewne zawodziły głośno jak po nieboszczyku: "Komu nas zostawiasz? Kto zadba o nas, gdy będziesz w obcych stronach? Kto nas, sieroty, przed ludźmi złymi obroni?..."

I tak oczekiwała Andrzeja ciężka dwudziestopięcioletnia służba żołnierska. Wszystkie jego marzenia o szczęściu rozwiały się jak dym

Losy jednej z naszych pokojówek, Pelagii — Poli, jak ją zdrobniale nazywano, były jeszcze tragiczniejsze. Jako małą dziewczynkę oddano ją do magazynu, gdzie doskonale wyuczyła się ozdobnego haftu. W Nikolskiem krosna jej stały w pokoju Leny — i Pola często brała udział w rozmowach mojej siostry z mieszkającą w tym samym pokoju siostrą naszej macochy. I z rozmowy, i z obejścia Pola wyglądała raczej na panienkę niż na pokojówkę.

Ale zdarzyło się jej nieszczęście: spostrzegła, że wkrótce zostanie matką. Zwierzyła się ze wszystkim macosze, która wybuchnęła gwałtownymi wyrzutami:

— Nie chcę cierpieć dłużej w moim domu tej nędznicy!... Nie zniosę w moim domu takiej hańby! Ty bezwstydna! Nędznico! — i tak dalej.

Łzy i prośby Leny nic nie pomogły. Poli ucięto warkocz i wygnano ją do obory. Ponieważ wtedy właśnie haftowała prześliczną spódnicę, więc robotę kazano jej kończyć na folwarku, w brudnej i ciasnej izdebce, przy mikroskopijnym okienku. Pola skończyła tę robotę — i potem wiele jeszcze innych pięknych haftów w nadziei otrzymania przebaczenia. Ale przebaczenie nie przyszło.

Ojciec dziecka Poli, chłop pańszczyźniany naszego sąsiada, błagał, by mu pozwolono ożenić się z nią. Nie miał jednak pieniędzy, aby wykupić dziewczynę z poddaństwa, i odprawiono go z niczym. "Szlacheckie maniery" Poli uznano za okoliczność obciążającą, więc skazano ją na gorzką dolę! Pomiędzy naszą służbą domową znajdował się młody parobek nader małego wzrostu, który wskutek tego był u nas forysiem. Nazywano go Filka Kosołapy. W dzieciństwie uderzył go silnie koń kopytem, odtąd przestał rosnąć. Nogi miał wygięte w kabłąk, stopy zwrócone do wewnątrz, nos złamany i skrzywiony, szczękę zeszpeconą. Za tego potwora postanowiono wydać Połę — i wydano. Wydano gwałtem. Nowożeńców osiedlono potem w riazańskiej wsi, gdzie musieli odrabiać zwykłą chłopską pańszczyznę.

Ludzkich uczuć u poddanych nie uznawano, nikt nie podejrzewał nawet, żeby je mogli posiadać. Kiedy Turgieniew napisał "Mumu", a Grigorowicz swoje powieści, które nieszczęściami chłopów pańszczyźnianych wzruszały ludzi do łez, dla wielu czytelników było to prawdziwym odkryciem.

— Czyż to możliwe! Czyżby poddani kochali zupełnie tak jak my? — wykrzykiwały sentymentalne damy, które czytając francuskie romanse gorzko opłakiwały cierpienia szlachetnych bohaterów i bohaterek.

Wykształcenie, które niektórzy obywatele dawali swoim poddanym, stawało się dla nich nowym źródłem nieszczęść. Razu pewnego ojciec mój, zauważywszy w jakiejś wiejskiej chacie zdolnego chłopca, oddał go do szkoły felczerskiej. Chłopiec był pilny i w ciągu kilku lat uczynił znaczne postępy. Kiedy wrócił do domu, ojciec kupił wszystko, co jest niezbędne dla wyposażenia dobrej apteki, i urządził ją bardzo wygodnie w jednej z oficyn w Nikolskiem. Latem "Sasza doktor", jak nazywano u nas młodzieńca, pilnie zbierał i suszył różne zioła lecznicze. Wkrótce stał się bardzo znany w Nikolskiem i w całej okolicy: chorzy chłopi schodzili się doń ze wszystkich sąsiednich wsi. Ojciec bardzo się pysznił z powodzenia swej apteki. Nie trwało to długo. Raz zimą przyjechał ojciec do Nikolskiego, zabawił kilka dni — i odjechał. Tej samej nocy Sasza zastrzelił się, niechcący, jak mówiono. Ale przyczyną była nieszczęśliwa miłość. Pokochał dziewczynę, z którą nie mógł się ożenić, gdyż była poddaną innego dziedzica.

Losy drugiego młodzieńca, Gierasima Krugłowa, którego ojciec wysłał do Szkoły Rolniczej w Moskwie, były prawie równie smutne. Skończył świetnie — ze złotym medalem. Dyrektor wszelkimi sposobami starał się nakłonić ojca, żeby zwolnił Krugłowa z poddaństwa i przez to otworzył mu wstęp do uniwersytetu, do którego nie przyjmowano chłopów pańszczyźnianych.

— Krugłow na pewno będzie niepospolitym człowiekiem — mówił dyrektor — być może, chwałą Rosji. Będziesz pan mógł szczycić się tym, że oceniłeś jego zdolności i dałeś takiego człowieka rosyjskiej nauce.

— Potrzebuję go w mojej wsi — odpowiadał ojciec na wszelkie uporczywe wstawiennictwa za młodzieńcem. W rzeczy zaś samej przy pierwotnym systemie prowadzenia gospodarstwa, od którego ojciec mój za nic by nie odstąpił, Gierasim Krugłow był całkiem zbyteczny. Zrobił plan wsi, a potem kazano mu siedzieć w przedpokoju i stać z talerzem w ręku przy obiedzie. Musiało to z pewnością w przygnębiający sposób oddziałać na biedaka, który marzył o uniwersytecie, o działalności naukowej. W spojrzeniu jego malowało się cierpienie; macocha zaś znajdowała szczególną przyjemność w upokarzaniu Gierasima przy każdej sposobności. Raz jesienią powiew wiatru otworzył bramę. Macocha krzyknęła do Gierasima, który właśnie przechodził:

— Garaśka! Idź, zamknij bramę!

To była ostatnia kropla. Gierasim odpowiedział:

— Od tego macie stróża — i poszedł swoją drogą. Macocha wpadła z płaczem do gabinetu ojca i zaczęła mu wyrzucać:

— Pańscy ludzie obrażają mnie w pańskim domu!...

Gierasima natychmiast zakuto i posadzono pod strażą, żeby go oddać "w sołdaty". Pożegnanie jego ze starymi rodzicami było jedną z najcięższych scen, jakie zdarzyło mi się widzieć w życiu...

Tym razem jednak los się zemścił. Mikołaj I umarł i służba wojskowa stała się mniej uciążliwa. Wybitne zdolności Gierasima wkrótce zostały zauważone i po upływie kilku lat został on jednym z głównych sekretarzy i w gruncie rzeczy duszą jednego z departamentów ministerstwa spraw wojskowych. Otóż zdarzyło się, że ojciec mój, człowiek nieposzlakowanej uczciwości, nigdy nie biorący łapówek — i to w takim czasie, gdy wszyscy łapówkami dorabiali się majątków — przełamał raz surowe przepisy służby i dopuścił się pewnej nieprawidłowości, żeby się przysłużyć swemu dowódcy korpusu, generałowi Hartungowi: wpisał na listę "niezdolnych do służby" jednego z żołnierzy, który służył u dowódcy korpusu w charakterze rządcy. Ojciec o mało nie przypłacił tego generalską rangą, którą miał otrzymać przy przejściu na emeryturę. Główny, jedyny cel całej jego trzydziestopięcioletniej służby został zagrożony. Macocha popędziła do Petersburga, żeby zatuszować sprawę. Po długich staraniach powiedziano jej na koniec, że nie pozostaje nic innego, jak udać się do jednego z sekretarzy pewnego departamentu. "Choć jest on tylko głównym sekretarzem, powiedziano, ale w rzeczywistości rządzi wszystkim i może zrobić, co zechce. Nazwisko jego — Gierasim Iwanowicz Krugłow."

— Wyobraź sobie — opowiadała mi potem macocha — nasz Garaśka! Zawsze wiedziałam, że ma wielkie zdolności. Poszłam do niego i opowiedziałam mu całą sprawę, a on mi na to: "Nic nie mam przeciwko staremu księciu i zrobię dlań wszystko, co będę mógł."

Gierasim dotrzymał słowa: złożył pomyślny raport i ojciec został awansowany. Nareszcie wolno mu było ubrać się w tak dawno pożądane czerwone spodnie, szynel na czerwonej podszewce i kask z pióropuszem.

Takie to były rzeczy, które sam widziałem w dzieciństwie. Obraz wypadłby jeszcze bardziej ponury, gdybym zaczął powtarzać to, co słyszałem w tych latach; opowiadania o tym, jak mężczyzn i kobiety odrywano od rodziny, sprzedawano, przegrywano w karty albo wymieniano na parę chartów, czy też osiedlano na kresach Rosji, celem założenia nowej osady; opowiadania o tym, jak odbierano dzieci rodzicom i sprzedawano okrutnym albo rozpustnym panom; o tym, jak codziennie, z niesłychanym okrucieństwem sieczono rózgami w stajni; o dziewczynie, która utopiła się, aby ujść przed zgwałceniem; o starcu, który posiwiał na służbie u pana i potem powiesił się przed jego oknami; o chłopskich buntach, które uśmierzali generałowie Mikołaja batożąc na śmierć każdego dziesiątego lub piątego człowieka i pustosząc całe wsie. Po wojskowej egzekucji — chłopi pozostali przy życiu szli na żebry. Co się tyczy tej nędzy, którą widywałem w czasie podróży w niektórych wsiach, zwłaszcza "udzielnych", należących do członków rodziny cesarskiej — to brak słów, aby wszystko opisać.

Najgorętszym marzeniem chłopa pańszczyźnianego było otrzymać akt zwalniający z poddaństwa. Ale marzenie to niełatwo dawało się urzeczywistnić, ponieważ za akt taki trzeba było zapłacić panu wielką sumę pieniędzy.

— Czy wiesz — powiedział mi kiedyś ojciec — wasza matka przychodziła do mnie po śmierci. Wy, młodzież, nie wierzycie w takie rzeczy, a jednakże to prawda. Drzemię raz późno nocą w fotelu przy biurku. Wtem — patrzę, ona wchodzi, cała w bieli, blada, z pałającymi oczyma. Kiedy twoja matka umierała, musiałem jej przyrzec, że zwolnię pokojówkę Maszę z poddaństwa. Potem, wśród różnych zajęć i spraw, przez cały rok nie mogłem spełnić obietnicy. I oto twoja matka przyszła i powiada mi głuchym głosem: "Aleksis, obiecałeś mi uwolnić Maszę; czyżbyś zapomniał?" Strach mię zdjął. Zrywam się z fotela, lecz ona już znikła. Wołam ludzi, ale nikt nic nie widział. Na drugi dzień odprawiłem nabożeństwo żałobne nad grobem i natychmiast dałem wolność Maszy.

Po śmierci ojca Masza przyszła na pogrzeb i rozmawiałem z nią. Była już zamężna i bardzo szczęśliwa. Brat Aleksander powtórzył jej, żartując, opowiadanie ojca; spytaliśmy, co wie o tym nocnym zjawisku?

— Wszystko to było już bardzo dawno, tak że mogę wam powiedzieć prawdę — odpowiedziała Masza. — Widzę ja, że książę całkiem zapomniał o swej obietnicy; więc ubrałam się biało, jak wasza mama, i przypomniałam księciu przyrzeczenie. Wy przecież nie będziecie się na mnie za to gniewać?

— Ma się rozumieć, że nie!

W dziesięć czy dwanaście lat po wypadkach, o których była mowa na początku tego rozdziału, rozmawiałem raz z ojcem w nocy w jego gabinecie o przeszłości. Poddaństwo było już zniesione, ojciec utyskiwał, choć nie bardzo, na nowy porządek rzeczy. Pogodził się z nim bez wielkiego szemrania.

— A jednak papa przyzna — rzekłem — że często okrutnie karał służbę, czasem nawet bez żadnej racji.

— Z tym ludem — odpowiedział — nie można było inaczej. Czy oni są ludźmi?

Potem ojciec oparł się o poręcz fotela i zamyślił się na jakiś czas.

— Ale to, co robiłem — zaczął znowu po długiej pauzie — było drobnostką, nawet mówić nie warto. A ot, choćby na przykład ten Sablew! Jak bardzo wydaje się łagodny i mówi takim słodkim głosikiem, a tymczasem czego nie wyprawiał z poddanymi! Ile razy chcieli go zabić. Ja przynajmniej nigdy nie ruszałem moich dziewek. A ten stary czart Tołmaczow był taki, że jego poddani zmawiali się, by go ciężko okaleczyć!... No, żegnaj. Bonne nuit! [Dobrej nocy!]

IX

Dobrze pamiętam wojnę krymską. W Moskwie, właściwie mówiąc, nie wzbudzała ona większego zainteresowania. Prawda, w każdym domu wieczorami skubano szarpie, ale niewiele dostawało ich wojsko rosyjskie, większą część rozkradano i sprzedawano nieprzyjacielowi. Gdy w wojnę wdali się "sojusznicy", wszystkich nas ogarnęło uczucie patriotyczne, wszędzie śpiewano modną podówczas piosenkę:

Oto w szale wojowniczym
Wojewoda Palmerston
Atakuje Ruś — na mapę
Palec jego spadł jak grom!
I natchniony tą odwagą
Francuz także woła: "Raź!"
Wymachując wujka szpadą,
Stawia się: Allons, courage! [Naprzód, odwagi!]

Zwykły jednak bieg życia towarzyskiego nie został w niczym naruszony toczącą się wielką walką. Na wsi zaś, przeciwnie, wojna wywołała głębokie przygnębienie. Pobory rekruta następowały jeden po drugim. Ciągle słyszeliśmy zawodzenia włościanek. Lud patrzył na wojnę jak na karę bożą, toteż ustosunkował się wobec niej z powagą, stanowiącą jaskrawe przeciwieństwo lekkomyślności, z którą zetknąłem się następnie w okresie wojny w Europie Zachodniej. Chociaż byłem jeszcze bardzo młody, jednak już rozumiałem uczucie majestatycznego poddania się losowi, jakie panowało wówczas po wsiach.

Brat Mikołaj (21), na równi z innymi porwany gorączką wojenną, zaciągnął się do armii kaukaskiej, nie skończywszy korpusu kadeckiego. Więcej już go nigdy nie widziałem.

W 1854 roku rodzina nasza powiększyła się: przyjechały dwie siostry macochy. Posiadały one dom i winnice w Sewastopolu, ale teraz pozostały bez dachu i zamieszkały z nami. Kiedy armie sprzymierzone wylądowały na Krymie, mieszkańcom Sewastopola oznajmiono, że nie mają się czego obawiać i że każdy może sobie żyć spokojnie. Ale po klęsce nad Czarną Rzeczką kazano wszystkim wynosić się jak najprędzej, ponieważ miasto zostanie zajęte po kilku dniach. Brakło koni; w dodatku drogi były zatarasowane maszerującym wojskiem, które udawało się na południe. Najęcie podwody okazało się prawie niemożliwe. Siostry macochy musiały zostawić w drodze prawie cały swój dobytek i nacierpiały się niemało, zanim przyjechały do Moskwy.

Wkrótce zaprzyjaźniłem się z młodszą z sióstr, trzydziestoletnią panną, która paliła papierosy jeden po drugim i opowiadała mi w bardzo malowniczy sposób o wszystkich trudach podróży. Ze łzami w oczach mówiła o wspaniałych okrętach wojennych, które musiano zatopić przy wejściu do zatoki sewastopolskiej, i często powtarzała, że nie rozumie, jak będą bronić Sewastopola od strony lądu, gdyż miasto nie posiada właściwie żadnych fortyfikacji. Żywo stawały przed moimi oczami obrazy oblężenia.

Mikołaj Pawłowiez Smirnow, który w tym czasie skończył już był uniwersytet (jako drugi co do postępów student, prymusem był Cziczerin (22), znany w latach późniejszych profesor Uniwersytetu Moskiewskiego) i zaczął pracować w sądzie cywilnym w charakterze pisarza, wracając z pracy, kupował mi często u bukinisty przy Ogrodzie Aleksandrowskim broszurki o wojnie: z tych właśnie książeczek, starannie przeze mnie przechowywanych — była to moja "biblioteka" — dowiadywałem się o bohaterskich czynach obrońców Sewastopola.

Zacząłem trzynasty rok, gdy umarł Mikołaj. Późnym wieczorem 18 lutego policjanci roznosili po domach biuletyny, w których oznajmiano o chorobie cara, a ludność zapraszano do cerkwi, by modliła się o wyzdrowienie Mikołaja. Tymczasem car już umarł i władze wiedziały o tym, bo Petersburg i Moskwa były połączone telegrafem. A ponieważ do ostatniej chwili ani słowem nie wspominano o chorobie cara, zwierzchność uważała za konieczne stopniowo przygotować "lud". Wszyscy chodziliśmy do cerkwi i modliliśmy się bardzo gorliwie.

Następnego dnia, w sobotę, powtórzyło się to samo. Nawet w niedzielę rano wyszły biuletyny o stanie zdrowia cara. Dopiero w południe dowiedzieliśmy się o śmierci cesarza od sług powracających z rynku Smoleńskiego. Gdy wieść się rozeszła, przerażenie ogarnęło i nasz dom, i sąsiednie. Opowiadano, że "lud" na bazarze zachowuje się bardzo podejrzanie i nie tylko nie wyraża ubolewania, ale przeciwnie, wypowiada niebezpieczne opinie. Dorośli rozmawiali tylko szeptem, a macocha wciąż powtarzała: "Ach! Nie mówcie przy ludziach!" Słudzy z kolei — szeptali o wolności, która ma być niebawem ogłoszona. Obywatele ziemscy oczekiwali co chwila buntu poddanych, nowej rzezi pugaczowskiej.

Natomiast na ulicach Petersburga ludzie inteligentni przy spotkaniu ściskali się, udzielając sobie wzajemnie miłej nowiny. Wszyscy przeczuwali, że zbliża się koniec wojny i kres strasznych warunków życia, stworzonych przez "żelaznego tyrana". Mówiono, że Mikołaj otruł się; przytaczano na dowód szybki rozkład ciała. Prawda jednakże wyszła na jaw powoli. Śmierć nastąpiła wskutek zażycia przez Mikołaja zbyt silnej dawki podniecającego lekarstwa. (23)

Na prowincji latem 1855 roku śledzono ze skupioną uwagą przebieg bohaterskiej walki pod Sewastopolem, która toczyła się o każdy arszyn zburzonych szańców. Z naszego domu dwa razy tygodniowo posyłano umyślnego posłańca do powiatowego miasta po "Moskowskije Wiedomosti" i gdy powracał, wyrywano mu je i rozpieczętowywano prędzej, nim zdołał zsiąść z konia. Czytaliśmy głośno, Lena albo ja. Nowiny niezwłocznie rozchodziły się między służbą w izbie czeladnej, w kuchni, w kantorze, na probostwie, a potem wśród chłopów.

Gdy czytałem doniesienia o poddaniu się Sewastopola, o wielkich stratach poniesionych przez naszą armię w ciągu ostatnich trzech dni walki, wszyscyśmy płakali. Wszyscy czuli się tak, jak po stracie kogoś z najbliższych. Natomiast na wieść o śmierci Mikołaja nikt nawet łzy nie uronił. Taki nastrój panował nie tylko w naszym domu, lecz również u wszystkich sąsiadów.

X

W sierpniu 1857 roku przyszła moja kolej wstąpienia do Korpusu Paziów i macocha zawiozła mnie do Petersburga. Miałem wtedy prawie piętnaście lat. Wyjechałem z domu dzieckiem; ale charakter człowieka wyrabia się w sposób określony dużo wcześniej, niż zazwyczaj przypuszczają, i nie wątpię, że niezależnie od mego chłopięcego wieku w znacznej mierze już byłem wtedy tym, czym się stałem później. Moje upodobania i skłonności już się wyrobiły.

Pierwszy bodziec w moim rozwoju zawdzięczam, jak powiedziałem, swemu nauczycielowi języka rosyjskiego, Mikołajowi Pawłowiczowi Smirnowowi. Bardzo cenię ówczesny zwyczaj, niestety, zanikający teraz, przyjmowania do domu studenta, który pomagał dzieciom w odrabianiu lekcji, zarówno chłopcom, jak dziewczynkom, nawet wtedy, gdy dzieci chodziły już do gimnazjum. Pomoc takiego nauczyciela jest nieoceniona — zarówno w celu szybszego i łatwiejszego przyswojenia sobie nauki szkolnej, jak i w ogóle rozszerzania zakresu wiadomości. Co więcej, tym sposobem wprowadza się do rodziny pierwiastek kulturalny. Student staje się starszym bratem młodzieży, często nawet więcej niż starszym bratem, ponieważ jest do pewnego stopnia odpowiedzialny za postępy swoich uczniów. A ponieważ metody nauczania zmieniają się z każdym pokoleniem, student może łatwiej pomóc dzieciom niż najbardziej inteligentni rodzice.

Mikołaj Pawłowicz Smirnow posiadał wyrobiony smak literacki. W dzikiej epoce rządów mikołajowskich nie można było wydrukować wielu całkiem niewinnych utworów naszych najlepszych pisarzy. Inne były tak okaleczone przez cenzurę, że traciły wszelki sens. Na przykład, w genialnej komedii Gribojedowa trzeba było nazwać pułkownika Skałozuba "panem Skałozubem", na czym ucierpiał i sens, i niektóre wiersze. Pokazanie pułkownika jako postaci komicznej uważano by za obrazę armii. Drugiej części tak niewinnej książki, jak "Martwe dusze", nie pozwolono wcale drukować, zakazano też drugiego wydania pierwszej części, gdy się pierwsze wydanie rozeszło.

Wiele poezji Puszkina, Lermontowa, Aleksego Tołstoja (24), Rylejewa i innych poetów nie zostało puszczonych przez cenzurę. Nie mówię już o poezjach zawierających jaką bądź myśl polityczną albo krytykujących istniejący ustrój — przecież zupełnie nawet niewinne wiersze niektórych autorów nie mogły ukazać się w druku.

Wszystkie te poezje krążyły jednak w rękopisach. Smirnow przepisywał wiersze, a nawet większe dzieła Gogola i Lermontowa dla siebie albo dla przyjaciół — i pomagałem mu czasem w tej robocie. Jako prawdziwy mieszkaniec Moskwy, żywił on głęboki szacunek dla pisarzy moskiewskich (niektórzy z nich mieszkali na Starej Koniuszennej). Zwracał moją uwagę na dom hrabiny Salhias (Eugenii Tur) (25), naszej najbliższej sąsiadki. Co się zaś tyczy domu Hercena, to Mikołaj Pawłowicz wskazywał mi go nie tylko z szacunkiem, ale z pewną czcią. Dom, w którym umarł Gogol na Nikickim Bulwarze pod numerem siódmym, stanowił dla nas obu przedmiot wyjątkowego kultu. Choć miałem dopiero dziewięć lat, kiedy umarł Gogol (1852 rok), i nie czytałem jeszcze żadnego z jego dzieł, pamiętam jednak dobrze, jak zasmuciła Moskwę ta śmierć. Turgieniew dobrze wyraził ten ogólny smutek w artykule, za który Mikołaj wsadził go do aresztu, a potem zesłał na wieś.(26)

"Eugeniusz Oniegin" nie zrobił na mnie silnego wrażenia. I dotychczas bardziej zachwycam się przedziwną prostotą i pięknością formy tego romansu aniżeli jego treścią. Za to Gogol, którego czytałem mając jedenaście czy dwanaście lat, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Moje pierwsze próby literackie, naśladujące Gogola, pisałem w rodzaju humorystycznym. "Jurij Miloslawski" Zagoskina, "Córka kapitana" Puszkina i "Królowa Margot" Dumasa wzbudziły we mnie trwałe zainteresowanie się historią. Co się tyczy innych francuskich powieści, zacząłem je czytać dopiero wtedy, gdy się zjawili Zola i Daudet; Niekrasow od dziecka był moim ulubionym poetą. Wiele jego poezji umiałem na pamięć.

Mikołaj Pawłowicz wcześnie zachęcił mnie do pisania. Z jego pomocą napisałem długą "Historię dziesiąciokopiejkówki". Obmyślaliśmy razem rozmaite charaktery ludzi, w których ręce dostawała się dziesięciokopiejkówka. Sasza okazywał wówczas więcej poetyckich skłonności. Pisał romantyczne historie i wcześnie zaczął układać dźwięczne wiersze, które przychodziły mu bardzo łatwo. Z pewnością byłby znakomitym poetą, gdyby nie oddał się potem całkowicie naukom przyrodniczym i filozofii. Lekko pochylony dach pod naszym oknem był w tych czasach najulubieńszym miejscem, gdzie szukał natchnienia poetyckiego; a ja, oczywiście, nie mogłem się powstrzymać, by go nie drażnić: "Oto siedzi poeta u komina i wiersze kleci!" Droczenie to kończyło się niekiedy potężną bijatyką, co doprowadzało Lenę do rozpaczy. Ale Sasza nie był mściwy. Prędko przychodziło do zgody, bo kochaliśmy się gorąco. U chłopców miłość i wzajemne bójki często idą w parze.

Próbowałem nawet zostać dziennikarzem. Mając rok dwunasty zacząłem wydawać codzienną gazetę "Wiadomości Dnia" (27). Ponieważ papieru mieliśmy bardzo mało, gazeta moja składała się zaledwie z jednej trzydziestej drugiej części arkusza. A ponieważ wojna krymska jeszcze się wtedy nie zaczęła i ojciec otrzymywał tylko "Moskiewskie Wiadomości Policyjne", nie miałem zbyt wielkiego wyboru wzorów do naśladowania. Tym sposobem "Wiadomości Dnia", które ukazywały się co dzień, donosiły o wszystkich nowinach, w rodzaju następujących: "Rano odrabiałem lekcje, byłem na spacerze z panem Smirnowetyn, wieczorem przyjechali z wizytą tacy a tacy." Albo: "Na spacerze nie byłem, cierpiałem na ból brzucha." Latem, w Nikolskiem, treść wiadomości była bardziej urozmaicona: "Poszliśmy do Kostina, zastrzeliliśmy dwa drozdy i jedną wilgę", itd.

Wkrótce jednak przestało minie to zadowalać i w roku 1855 zacząłem wydawać miesięcznik "Wriemiennik", w którym umieszczałem wiersze Aleksandra, moje powieści i inne rozmaitości.

Materialny byt dziennika był całkiem zabezpieczony, gdyż posiadał prenumeratorów: naprzód samego redaktora-wydawcę i po drugie pana Smirnowa, który nawet po opuszczeniu naszego domu punktualnie uiszczał prenumeratę w postaci oznaczonej liczby arkuszy papieru. Za to pięknie przepisywałem dla stałego prenumeratora drugi egzemplarz.

Kiedy Smirnow opuścił nas, zastąpił go student medycyny Pawłow, który również pomagał mi w wydawnictwie. Wysoki, rudy, o twarzy pokrytej piegami, Mikołaj Michajłowicz był człowiekiem rzadkiej dobroci. Studiował medycynę i gdy wracał z uniwersytetu, jego znoszony surdut przepojony był zapachem trupów i tytoniu. Postarał się on dla czasopisma o poemat jednego ze swych przyjaciół i — co ważniejsza — prelekcję wstępną moskiewskiego profesora wykładającego geografię fizyczną. Ma się rozumieć, prelekcja nigdzie dotąd nie była publikowana; nasze pismo nigdy by się nie zniżyło do przedruku.

Chyba zbyteczne dodawać, że Sasza żywo był zainteresowany moim pismem, które pozyskało wkrótce szeroki rozgłos w Korpusie Kadetów. Kilku wiele obiecujących młodocianych pisarzy zamierzało wydawać pismo współzawodniczące. Sprawa przybierała poważny obrót. Co się tyczy wierszy i powieści, przewaga była po naszej stronie, ale konkurent posiadał krytyka. A "krytyk", poruszający z powodu ukazania się nowych utworów beletrystycznych najprzeróżniejsze kwestie, które nie mogą być omawiane w inny sposób, jest, jak wiadomo, duszą rosyjskiego czasopisma. Konkurent miał krytyka, a my nie! Krytyk ten napisał nawet artykuł do pierwszego numeru i pokazał go bratu. Artykuł zresztą był pretensjonalny, słaby, i Aleksander natychmiast napisał replikę, w której zmiażdżył i wyśmiał autora. Na wiadomość, że replika ukaże się w naszym najbliższym numerze, przygnębienie ogarnęło obóz przeciwników. Wyrzekli się myśli wydawania pisma i najlepsi ich pisarze przeszli do nas. Z triumfem ogłosiliśmy, że pozyskaliśmy wyłączną współpracę tylu znakomitych pisarzy.

Z moich utworów w miesięczniku pamiętam tylko opowiadanie "Pobyt w Uncowsku", gdzie opisałem w dość komiczny sposób, nasiadując oczywiście Gogola, ożywiony jarmark w Mieszczowsku i żubrów-dziedziców z resursy obywatelskiej.

Pismo przestało wychodzić w sierpniu 1857 roku po dwuletnim istnieniu. Jechałem do Petersburga, gdzie czekało mnie nowe otoczenie i nowe życie. Z żalem opuszczałem Moskwę, ponieważ zostawał tam mój ukochany brat. Poza tym uważałem za nieszczęście już samo wstąpienie do szkoły wojskowej.



20) Paulina Kropotkin-Poliwanowa (1850—1924) — młodsza siostra Piotra Kropotkina z drugiego małżeństwa jego ojca i Elżbiety Karandino.

21) Mikołaj Kropotkin (ur. 1834) — starszy brat Piotra Kropotkina; uczył się w moskiewskim Korpusie Kadetów; jako ochotnik poszedł na front w roku 1854. Wpadł w alkoholizm, został przez ojca oddany do klasztoru, skąd uciekł w roku 1862 i przepadł bez wieści.

22) Borys Cziczerin (1828—1904) — profesor Uniwersytetu Moskiewskiego na katedrze prawa państwowego. W roku 1868 porzucił uniwersytet razem z kilkoma innymi profesorami wskutek nieporozumień z władzami uniwersyteckimi.

23) Nagła śmierć Mikołaja I wywołała liczne podejrzenia a plotki — chodziły słuchy o samobójstwie cara na skutek widocznej już przegranej w wojnie krymskiej, której był inicjatorem. Mówiono także o tym, że w samobójstwie dopomógł mu lekarz nadworny Mandt. Inni twierdzili, że car przeziębił się i mimo choroby zarządził przegląd wojsk, właśnie w celach samobójczych.

24) Aleksy Tołstoj (1817—1875) — rosyjski poeta i dramatopisarz, autor znanej powieści "Książę Srebrny" i wielu sztuk teatralnych na tematy historyczne.

25) Hrabina Elżbieta Salhias de Tournemire, z domu Suchowo-Kobylin, pisała pod pseudonimem Eugenia Tur. W roku 1861 była współredaktorem dwutygodnika o kierunku umiarkowanie liberalnym "Russkaja Riecz". Przebywała w roku 1863 w Paryżu, gdzie utrzymywała stosunki z emigracją londyńską. W czasie powstania styczniowego podzielała poglądy redakcji "Kołokoła" na sprawę polską. Łączyły ją bliskie stosunki z emigrantami polskimi w Paryżu, którym nawet pomagała materialnie. Istnieją jednak podejrzenia, że pozostawała na usługach policji rosyjskiej (zob. M. Sokolnicki "Polska w pamiętnikach wielkiej wojny", 1925, s. 642). Córka jej Maria wyszła za mąż za Józefa Hurkę, późniejszego gubernatora warszawskiego. Elżbieta Salhias zakończyła życie w domu córki w Warszawie w roku 1892.

26) Nekrologu Iwana Turgieniewa o Gogolu nie przepuścił petersburski cenzor Musin-Puszkin. "O takim pisarzu byłoby przestępstwem pisać z takim zachwytem" — oświadczył. Turgieniew wysłał artykuł do Moskwy i tam wydrukowano go (za zezwoleniem tamtejszych cenzorów) w czasopiśmie "Moskowskije Wiedomosti". Postępowanie Turgieniewa potraktowano jako "bunt", i pisarz skazany został na miesiąc aresztu, a następnie wysłany na wieś, do rodowego majątku Turgieniewów. Tylko dzięki wstawiennictwu Aleksego Tołstoja otrzymał Turgieniew zezwolenie na ponowne przebywanie w stolicach.

27) Zachowało się kilka egzemplarzy rękopiśmiennych gazet dziecięcych Kropotkina. Znajdują się one obecnie w Muzeum im. P. A. Kropotkina w Moskwie.

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian