Sądzę, że niesprawiedliwie ocenia się większość tzw. zwykłych ludzi. Nie widzę niczego co mogłoby wskazywać, że są oni bardziej podatni na wpływ propagandy niż elita intelektualna. Za to mam pewne powody podejrzewać, że może być właśnie odwrotnie.
Noam Chomsky

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Widmo krąży po siedzibie firmy, widmo pracownika... Wywiad z Michałem Kmiecikiem

brn / Aleksandra Tersa

mier_pracownika_-_teatrCzy w dzisiejszym teatrze jest miejsce na politykę? Jak rysuje się przyszłość sztuki krytycznej w Polsce? Czy obecna sytuacja na rynku pracy powinna stać się jej istotnym tematem? Na te oraz inne pytania odpowiada Michał Kmiecik - autor dramatu Śmierć pracownika, wystawianego na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu.


Powiedz proszę, jak doszło do tego, że „Śmierć pracownika” w ogóle ukazała się na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu?

Teatr Polski ogłosił, że 2011 roku odbędzie się czwarta edycja konkursu na polską sztukę współczesną, ja dotarłem jakoś do tej informacji, chyba przez e-teatr, chyba w kwietniu, a mój pierwszy duży, dorosły po serii próbek tekst wysłałem do Gdyni na konkurs. Zacząłem czytać na temat konkursu i zastanawiać się, czy jest jakiś ważny temat, który nie został jeszcze przemielony i wypluty. Zacząłem sobie składać w głowie pierwsze sceny „Śmierc”i, napisałem tekst, wysłałem go, w czerwcu poszła informacja, że jest półfinał i że próbą czytaną będzie się opiekował Iwo Vedral, którego jeszcze nie znałem. Spotkaliśmy się we wrześniu na czytaniach w Polskim, po tygodniu były prezentacje, 10 września „Małe dziecko” Marzeny Sadochy i „Cicha dama ukradła słoik z konfiturami, za co serdecznie przeprasza” Marty Jagniewskiej, 11 września „Śmierć pracownika”. W sobotę mnie nie było, bo pokazywaliśmy „Karabiny Pana Youdeg”o na Europejskim Kongresie Kultury w tymczasowej świetlicy Krytyki Politycznej (koprodukcja z Teatrem Polskim we Wrocławiu).  Przyjechałem na czytanie „Śmierci pracownika”, które chyba wypadało całkiem nieźle, bo przyznano tekstowi nagrodę publiczności i nagrodę główną. Konsekwencją nagrody głównej była 16 grudnia prapremiera „Śmierci pracownika” w reżyserii Iwa Vedrala na Malarni.

W napisanym przez Ciebie tekście  mocno krytykujesz dzisiejszy rynek pracy jak i dominujące na nim korporacje. Skąd wziął się pomysł na podjęcie właśnie takiego tematu?

Wiesz, nie wiem jak dla Ciebie, dla mnie jest to temat dosyć istotny. I nikt de facto jeszcze w polskim teatrze, dla teatralnej polskiej publiczności go nie podjął. Napierdalano w korporacje, neoliberałów, transformację, giełdę, ale sama praca i jej kształt w dzisiejszym kapitalizmie nie zostały opowiedziane, nie zostały sproblematyzowane. I o to chodziło, żeby uzupełnić tę lukę, spojrzeć na to, przyjrzeć się temu z jakiejś konkretnej perspektywy. Zwłaszcza, że wszyscy w tym siedzimy, a większość z nas jednak po tej gorzej rokującej na przyszłość stronie.

Nie zdziwiło Cię, że jury było w ogóle zainteresowane wystawieniem tak bardzo krytycznej jak i zarazem upolitycznionej sztuki teatralnej?

Z tego, co kojarzę, krytyczny charakter sztuki starano się raczej zagłaskać, chwaląc język i konwencję i wyczucie sceny chyba, ale może jestem w błędzie, nie chcę teraz tego mówić. Wystawieniem mógł być zainteresowany dyrektor Polskiego Paweł Szkotak i Iwo Vedral, który się z tego po czytaniach nie wycofał. Oprócz Pawła Szkotka w jury był literaturoznawca profesor Czapliński i recenzent teatralny Łukasz Drewniak, i najwyraźniej coś w tym zobaczyli, pytanie czy mimo jawnej polityczności tekstu, czy również to jakby było powodem, dla którego akurat ten tekst wygrał Metafory. Nie wiem. Natomiast jakby, wiesz, każda sztuka jest polityczna, pytanie brzmi tylko, w jakiej perspektywie. Czy jest krytyczna wobec zastanego porządku i rzeczywistości, czy też go w pełni afirmuje, reprodukując jakieś jego fantazmaty o człowieku, rodzinie, organizacji czasu, pracy, tradycji, kulturze i tym podobnych. „Śmierć pracownika” taka nie jest, cieszę się, że doszło do tej premiery, niezależnie, co stało za tą decyzją, czy doceniono polityczność, czy warsztat.

Odniosłem wrażenie, że podczas konferencji prasowej wicedyrektorka teatru Joanna Nowak, próbowała w swojej wypowiedzi mocno spłycić wydźwięk przedstawienia, zaprzeczając, iż jest to cios wymierzony w dzisiejszy korporacjonizm. Czy też tak to odebrałeś? Czy sądzisz, że ludzie ze świata sztuki mogą bać się wdania w polityczną debatę?

Bać na pewno mogą się ci, którzy będą musieli odpowiedzieć za to przed władzą polityczną, zwłaszcza gdy sztuka nie będzie laurką ku chwale. I nie należy tutaj winić pani wicedyrektor, Teatr Polski jest teatrem miejskim, dyrekcja odpowiada przed miastem, które ma bardzo dobre układy z lokalnymi korpo. Zapewne gdyby w spektaklu choć raz padło nazwisko Jana Kulczyka, czy chociaż Stary Browar albo Blow Up, mogłyby się pojawić tarcia. Z tymże, żeby było jasne, „Śmierć pracownika” nie jest dramatem antykorporacyjnym sensu stricto, postaci występujące w tekście reprezentują sobą bardziej miejsca na mapie rynku pracy, różne rodzaje działalności, pozycje, a nie szczebelki kariery w korporacji.

Natomiast tak, wydaje mi się, że mimo kilkuletniej kreciej roboty, jaką robią w Polsce artyści związani z tzw. sztuką krytyczną, RATowcy, pisarze, filmowcy, czy niektórzy ludzie teatru, wciąż krąży jakieś takie złe przekonanie, że zajęcie politycznego stanowiska ujmuje czegoś sztuce. Dlatego też być może mało jest jednak w Polsce sztuki politycznej, która szuka nowych tematów, a nie bawi się w te już przerobione, które wszyscy mają do pewnego stopnia osłuchane i które mniej bolą. Łatwo jest estetyzować temat Żydów, rozważać dziedzictwo PRL, Solidarności, zdążyliśmy się z tym osłuchać, to już nie skłania do żadnej refleksji.

Z tego co widziałem podczas spektaklu, na widowni siedzieli głownie młodzi ludzie. Nie obawiasz się, że odbiorą oni Twoją sztukę jako kolejne abstrakcyjne dzieło dla dzieła, bez przekazu?

A Ty ją tak odebrałeś? Więcej wiary w dzieci lat 90. Wydaje mi się, że akurat młodzi ludzie, w moim wieku, w Twoim wieku, w Iwa wieku nawet znacznie łatwiej to złapią, bo znacznie bardziej dotyczy ich to uwikłanie, niż tych, którzy się zdążyli załapać na etat i są w nieco pewniejszej sytuacji, niż cała reszta. O czym również jest ten spektakl i ten tekst.

Jak widzisz siebie samego na rynku pracy? Przed Tobą jeszcze pewnie kilka długich lat edukacji, ale w końcu pewnie przyjdzie ten moment. Sądzisz, że dasz radę odnaleźć się w świecie śmieciowych umów, niskich zarobków i nadużyć ze strony pracodawców?

Wiesz, liczę na to, że do tego momentu temat śmieciowych umów zostanie rozwiązany, przynajmniej na innych segmentach rynku. W teatrze czy to autorzy, czy reżyserowie, scenografowie, muzycy, wszyscy realizatorzy pracują na umowę o dzieło, bez ubezpieczenia zdrowotnego i bez comiesięcznych składek na emeryturę. Na chwilę obecną wydaje się to być wpisane w ten zawód, też nie ma co się specjalnie dziwić, w sytuacji, w której tego typu umowy dostają ludzie pracujący w jednym miejscu, przez cały czas, w określonych godzinach pracy i z precyzyjnie określonym zakresem obowiązków. Oczywiście, dobrze by było, żeby twórcy teatralni też mogli liczyć na emerytury i mieli się za co leczyć w publicznej służbie zdrowia, natomiast wydaje mi się, że sytuacja w tych zawodach nie jest mimo wszystko aż tak katastrofalna. A może właśnie jest? Nie wiem.

W spektaklu pojawia się kwestia związków zawodowych. Chciałbym wiedzieć jakie jest twoje spojrzenie na funkcjonowanie tego typu instytucji dziś, szczególnie w Polsce. Czy mają one realny wpływ na poprawę sytuacji pracownika, czy może cały hałas kończy się na „spaleniu jakieś opony w przestrzeni publicznej i pójściem na brudzia z kim trzeba”, dla zaspokojenia własnych korzyści ich przedstawicieli?

Dla mnie związki zawodowe są bardzo ważnym ogniwem w tym łańcuchu, układy zbiorowe z pracodawcami to przecież w zasadzie jedna z niewielu możliwości zawalczenia o rozwiązania choć trochę bardziej przychylne dla pracowników niż te, które proponują tzw. pracodawcy. Sytuacja nie jest jednolita, w Polsce jest silny mit Solidarności i związek ten jest chyba w dalszym ciągu największy, jego obraz przez kilka ostatnich lat psuła dosyć mocno upartyjniona centrala. Ostatnio udało się założyć związek zawodowy pracownikom Agory (gratulacje!) i założyli właśnie Solidarność, sądzę, że tam będzie to działać dobrze, ale na szczeblu ogólnopolskim widoczna będzie jednak zorientowane na PiS i bardzo brzydko przez PiS wykorzystywane szefostwo. Związki zawodowe są potrzebne, ale takie, które mają na celu dobro pracowników, nie tylko tych, którzy są jego członkami.

Myśląc o kolejnych tekstach, nadal chcesz by niosły one ze sobą równie silny społeczny przekaz?

Myślałem, żeby przestać, ale posypały się gratulacje i przelewy i stwierdziłem, że jednak przy tym zostanę, że jest na to rynek. Nie, bądźmy poważni, nie obchodzi mnie inny rodzaj sztuki i trudno jest mi się na inny rodzaj sztuki zgodzić niż sztuka, która służy społeczeństwu, która jakoś go dotyczy. Jeżeli żyjemy w jakimś społeczeństwie, jakiejś społeczności, a teatr ma być jedną z przynależnych do tego układu instytucji, to musi się z tą społecznością komunikować. A chyba dobrze byłoby przerabiać takie tematy, które są dla nas ważne? Nawet za cenę tego, że zamiast miło spędzić czas na wygodnym fotelu, oddając się bezrefleksyjnej rozrywce, załapiemy myślówę.

Wciąż szukam formuły, „Pracownik” ze swoją hermetyczną jednak teatralnością jest dla mnie półśrodkiem. To ważny tekst, bo jednak prowokuje do jakiejś rozmowy, do zastanowienia, sieje ferment, ale nie wiem do końca, czy o taki typ teatru, o taki typ sztuki mi chodzi.

Czy potrafisz sprecyzować własne poglądy polityczne, czy zamykają się one w jakieś konkretnej politycznej myśli, czy może swój światopogląd opierasz na różnych doktrynach?

Bardzo chciałbym powiedzieć, że byłem maoistowskim intelektualistą w biznesie muzycznym, ale to nie byłaby prawda. Powiem, że na lewo, ale to nie będzie zbyt odkrywcze, a już na pewno nie będzie jednoznaczne. Doceniam i bardzo lubię to, że jednak ludzie łączą się w jakąś społeczność i żeby sprawnie tym wszystkim zarządzać, tworzą jakieś struktury zadaniowe, władzę, państwo. Jestem na pewno etatystą, na ten moment i na te historyczne realia wydaje mi się, że państwo jest jednak całkiem niezłą formą organizacji, natomiast dobrze by było jednak trochę bardziej nakierować je na społeczeństwo. Nie ometkuję się.

Podczas konferencji otrzymałem teczkę z materiałami dotyczącymi przedstawienia, a w niej odnalazłem – co było dość zaskakujące –  broszurę z manifestem Ruchu 15 Maja. Z tego co wiem, to Ty zdecydowałeś o jej umieszczeniu w oficjalnych materiałach. Co Ciebie do tego skłoniło?

Ale to jest bardzo proste pytanie przecież i odpowiedź też. Ruch 15 Maja zrobił coś bardzo ważnego, nie chodzi nawet o konsekwencje w postaci Occupy Wall Street i Occupy inne miejsca, które wyraźnie były zainspirowane przez Acampadę Sol. Manifest Movimiento Quince del Mayo bardzo słusznie diagnozuje naszą późnokapitalistyczną liberalną demokrację z jej wszystkimi sprzecznościami i stawia konkretne postulaty, zawiera w sobie program pozytywny. Jest więc w pewnym sensie po pierwsze przedłużeniem myśli zawartej w „Śmierci pracownika” (którą – uwaga, teraz wejdą mitologia i etos – skończyłem pisać, żeby było śmieszniej, 11 maja), a po drugie czymś, na co ani ja się nie odważyłem w tekście, ani nie odważyliśmy się na to z Iwem w spektaklu, na zaprezentowanie programu pozytywnego. A tym jest dla mnie Manifest 15 Maja.

Jeszcze bardziej zaskakująca była reakcja dziennikarzy nie mających pojęcia czym jest Ruch 15 Maja i kim są Oburzeni. To chyba nie najlepiej świadczy o politycznej świadomości tzw. czwartej władzy w naszym kraju. Co o tym sądzisz?

Było to dla mnie szokiem, no ale najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Ciekawe byłoby natomiast, czy w sytuacji, w której jakiekolwiek Okupuj Cokolwiek faktycznie zaistniałoby w Polsce (coś mniej efemerycznego od Occupy Warsaw), czy wtedy by dziennikarze wiedzieli. To też jest tak, że przyszli ludzie od kultury, a kultura jest miła i kulturalna wtedy, kiedy nie przypomina nam o naszej społeczno-ekonomicznej sytuacji. Fajnie by było, gdyby dziennikarze w tym kraju wiedzieli, co się dzieje w nim i w innych miejscach i dobrze, że przynajmniej tamta garstka dziennikarzy z konferencji albo dowiedziała się w jej trakcie, albo przysiadła do riserczu jak już było po wszystkim, przynajmniej mam nadzieję. Natomiast, oczywiście, nie można winić za to tych konkretnych ludzi, nie ich wina. Jeżeli sztuka czy kultura czy w ogóle to, czym się zajmują, stroni od tematów politycznych, współczesnych, nie należy wymagać, żeby zajmujący się nią dziennikarze się w nich orientowali. To jest w równym stopniu wina tych, którzy nie podejmują tych tematów.

Jak myślisz, dlaczego w Polsce Ruch Oburzonych właściwie się nie narodził? Jest nam tak dobrze, czy może po prostu boimy się walczyć o własne prawa?


Najbardziej prozaiczny powód jest taki, że kiedy po rozpoczęciu Okupacji Wall Street, przyszedł pomysł przeniesienia tego na grunt polski, to przyszły mrozy i też ciężko było cokolwiek okupować. W średniowieczu nie toczono wojen na zimę, wydaje mi się, że to jest pewna nauka, którą można z historii wyciągnąć. Natomiast, bardziej poważnie, biorąc pod uwagę fakt, że wiosną/latem też nic takiego się najprawdopodobniej nie wydarzy (chciałbym się mylić), trzeba zadać to pytanie jeszcze raz. Wydaje się, że neoliberalny paradygmat i organizacja czasu na zasadzie work/comute, pracuj/dojeżdżaj i już ci wyjdzie, jak nie w tym miesiącu, to w przyszłym, jak nie w tym roku, to następnym, jest u nas dość silna, słabnie, ale trzyma się nieźle, znacznie lepiej niż szeroko pojęte lewicowe narracje, że to już nie działa i że może należałoby wymyślić coś nowego, co dla odmiany by działało. To nie jest kwestia strachu przed walką o własne prawa. W jednej piosence The Make-Up w ramach intra Ian Svenonius się pyta: “Girls, what’s the universal rule of tumb? Kill or be killed. Correct.” I to jakoś u nas funkcjonuje, to przeświadczenie. Społeczeństwo mamy zatomizowane, ludzie się nie organizują, jest jakiś strach przed masowymi organizacjami, pracownicy mają słabą pozycję do walki o własne prawa, do walki o siebie, przeciwko Kapitałowi. Siłą rzeczy inni pracownicy najemni wydają się być konkurencja, wydają się być wrogami, którym nie można dać się wygryźć. Zamiast przeciwstawić się razem złym ludziom, konkurują ze sobą w tej głupio zhierarchizowanej strukturze. W takich warunkach trudno jest się postawić.

A jak widzisz Ruch Oburzonych globalnie? Twoim zdaniem jego siła jest wystarczająca by cokolwiek zdziałać, zmienić, poprawić?

Dawno nie było takiego Ruchu, który by coś oddolnie przebudował, bez wchodzenia w pole oficjalnej polityki. Byłoby oczywiście świetnie, gdyby się to udało zrobić tym razem, ale pytanie, czy to tak można. To jest też jeden z dylematów ruchu Occupy, tzn. nie w warstwie oficjalnej, bo oficjalnie ruch Occupy jest szeroką, ludową opozycją pozaparlamentarną rządzonych przeciwko rządzącym. Natomiast prędzej czy później, o ile ten moment już nie nadszedł, trzeba będzie sobie zadać w ramach Ruchu Oburzonych pytanie, czy wchodzić do polityki oficjalnej, czy nie. Władza polityczna nie jest już teraz władzą ekonomiczną, a przeciwko tej władzy akurat występują Oburzeni. Trudno będzie przebudować polityczno-gospodarczą rzeczywistość, nawet w jednym kraju, a wiadomo, że budowa czegokolwiek, niezależnie, czy byłby to socjalizm, czy demokracja radykalna, jest raczej krótkoterminowym zadaniem, tym bardziej w czasach takich uwikłań i zależności między państwami, jak to ma miejsce teraz. Natomiast, oczywiście, potencjał w Ruchu Oburzonych jest potężny, pytanie brzmi jedynie, jak będzie wyglądało przejście od teorii do praktyki, nie tylko w ramach pojedynczych obozowisk, ale również na większą skalę.

Dziękuję za rozmowę.


Michał Kmiecik, rocznik 1992. Ukończył Liceum Dwujęzyczne nr IV we Wrocławiu. Wyreżyserował „Until Lions Have Their Historians, Tales of the Hunt Shall Always Glorify the Hunter”, “Wesele”. Przygotował “Karabiny pana Yanga Youdego. Wraz z Teatrem Polskim we Wrocławiu i Krytyką Polityczną zrealizował spektakl “Dobry człowiek z Hubei”. Jest członkiem redakcji internetowego artzinu Kofeina, współpracuje z wydawnictwem muzycznym Qulturap. Publikował w Notatniku Teatralnym.

„Śmierć pracownika” to polski spektakl, który miał swoją premierę 16 grudnia w Teatrze Polskim w Poznaniu. Sztuka ma bardzo antykorporacyjny i antysystemowy przekaz a niedawne protesty oburzonych na całym świecie nadały jej aktualny kontekst. Sami twórcy, autor tekstu Michał Kmiecik oraz reżyser Iwo Vedral, podkreślają, że przedstawiają świat sklejony z klisz i schematów, w którym nieistotne jest prawdopodobieństwo, ponieważ głównym motorem działania jest czysty bunt i potrzeba odreagowania świata, systemu, który został nam dany jako jedyny i sprawiedliwy. „Śmierć pracownika” będzie grana na deskach Teatru Polskiego przynajmniej do końca stycznia 2012.

W spektaklu występują Piotr B. Dąbrowski (w roli: w sprawie pracy), Jakub Papuga (przed awansem), Wojciech Kalwat (posiadacz), Anna Sandowicz (asystentka), Ewa Szumska (z offu), Maria Skowrońska-Ferlak (sufler). Scenografię i kostiumy do spektaklu zaprojektowała Karolina Sulich, muzykę skomponował Dawid Dąbrowski, a pokazy wideo przygotowali Siewcy Niepokoju. Reżyserią zajął się Iwo Verdl.

Tego samego autora

Brak pasujących artykułów


Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian