Państwo jest najbardziej jaskrawym, najbardziej cynicznym i najbardziej pełnym zaprzeczeniem tego co ludzkie.
Michał Bakunin

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Osadzeni - po obu stronach muru (w Teatrze Ósmego Dnia)

Jarosław Urbański
osadzeniKiedy w latach 80. działacze i działaczki opozycji masowo byli skazywani za polityczną aktywność, pojawiła się pewnego typu (nie u wszystkich oczywiście) wrażliwość na los kryminalistów, z którymi przyszło się zetknąć. Wynieśli stamtąd przekonanie, że nie można pozostać obojętnym na cały gwałt kryjący się w więzieniach. Byli zbulwersowani kłamstwem resocjalizacji. Jednak po wyjściu pewne deklaracje składane współwięźniom spod celi - że nie może być tak, jak za czasów PRL - utonęły w odmętach bieżących spraw i „ważniejszych” problemów. Ostatecznie rząd Mazowieckiego przemocą spacyfikował bunty więźniów, jakie wybuchły po ogłoszoniu ograniczonej amnestii. Najwyraźniej nie zadowoliła tych, co pozostali po tamtej stronie murów. Najbardziej zatwardziałych kryminalistów pozbawiono nadziei i politycznych złudzeń.

Tym nie mniej w latach 90. liczba więźniów znacząco zmalała w porównaniu z czasami PRL, choć kilkumilionowe bezrobocie wielu z nich z powrotem skierowało do szukania dochodu w szarej strefie. Głosy tych, którzy apelowali o dokonanie trudu zmian systemowych w tej kwestii, pozostawały bez echa. Do odpowiedzialności za wzrost przestępczości nie chciały się poczuwać kolejne rządy, ani oczywiście sprywatyzowane społeczeństwo. Atmosfera zagrożenia latami podsycana przez polityków prawicy, goniące za sensacją liberalne media i samą policję szukającą akceptacji i pochlebstw, ostatecznie zaowocowała poparciem dla polityki „zero tolerancji”. Stała się ona wygodnym rozgrzeszeniem dla postsolidarnościowych elit władzy. Za kratki zaczęto wsadzać nie tylko złodziei czy gangsterów, ale też palaczy marihuany i podpitych cyklistów. Więzienia zaczęły puchnąć w szwach, a liczba osadzonych dorównywać „najlepszym” latom PRL.

Co się dzieje w przepełnionych więzieniach? Społeczeństwo tego nie chce wiedzieć. Zadawala się wyobrażeniem jakie fundują mu amerykańskie filmy, udające dokument polskie sitcomy i programy policyjne. Z jednej strony psychopatyczne zwierzęta, z drugiej dzielni detektywi wzorowani na „Brudnym Harrym”. Teatr Ósmego Dnia w przedstawieniu „Osadzeni” oczywiście nie zadawala się gazetowymi i popularnymi wyjaśnieniami. Aktorzy wchodzą do wiezienia, aby na miejscu przekonać się o tym, co dzieje się za jego murami. Kim są osadzeni? Co ich przywiodło na drogę przemocy, rabunku, oszustwa? Jednak sztuka Ósemek nie jest bezpośrednim politycznym oskarżeniem wobec autorytarnych instytucji, nie piętnuje drobnomieszczańskiej hipokryzji, nie jest wprost wyrażoną krytyką stosunków społecznych. Ósemki nie oskarżają i nie rozgrzeszają.  „Osadzeni” przede wszystkim mówią o cierpieniu i dramacie ludzkiego życia. To głęboko przejmująca opowieść o ludziach, którzy pomimo swoich zbrodni stają się nam nagle bliscy.

Idąc jednak tą egzystencjalną ścieżką przedstawienie Ósemek może wiele zmieniać w naszych zapatrywaniach na kwestię kary i sens więzienia. Choć tylko o ile jesteśmy gotowi zerwać z dotychczasowymi wyobrażeniami na ten temat, jeżeli się nie ograniczymy do estetycznego przeżycia i pójdziemy dalej, krytycznie spoglądając na własne społeczeństwo, państwo i aparat przymusu. Ograniczanie się do estetyki byłoby w tym przypadku nieuczciwe względem osadzonych. Ich postacie i życiorysy stają się częścią przedstawienia. W sensie dosłownym -  dzięki nakręconym z nimi scenom w więzieniu – stają obok aktorów, są aktorami.  Czy opowiedzieli o swoim życiu tylko dla zabicia więziennego czasu, który się niemiłosiernie wlecze? Z pewnością, ale nie umniejsza to autentyzmowi ich przeżyć.

Osadzeni pojawili się także na widowni, część więźniów na ten spektakl dostało przepustkę z aresztu. Odniosłem wrażenie, że  ta sztuka jednak do nich nie trafiła, że niekoniecznie chcą, aby ich biografie stały się przedmiotem artystycznych zabiegów, etnograficznych i psychologicznych dociekań, woleliby się stać po prostu wolni. Czy można oklaskiwać swoje życie przestępcy?  Teatr w tym kontekście pozostał więzienną rzeczywistością, a nie okazją do zakończonej sukcesem ucieczki. Wyszli jako pierwsi, w szeregu, z powrotem do aresztu. Aktorzy Ósemek w ostatniej scenie stają po stronie więźniów. Czytelny gest. A co powinna była zrobić widownia?

Teatr Ósmego Dnia był dla mnie czymś więcej niż inspiracją, kiedy w liceum przeczytałem pod ławką wydane poza cenzurą scenariusze ich kilku sztuk z końca lat 70. Przypomina mi się też pierwsza sztuka Teatru Ósmego Dnia jaką mogłem zobaczyć, „Wzlot” opowieść o poecie Osipie Mandelsztamie i jego współtowarzyszach kryminalistach odsiadujących wyroki w radzieckich łagrach; o autorytarnym państwie i wolności. Tamto przedstawienie, z początku lat 80., odczytywano jednoznacznie politycznie, przez pryzmat toczącego się wówczas konfliktu. Tamci więźniowie, nie tylko polityczni, ale zwykli przestępcy, wzbudzali zarówno nasze współczucie, jak też gniew i wolę działania przeciw autorytarnej władzy. Dziś po spektaklu więźniowie wracają do cel, a my do domów w przekonaniu, „że nic nie możemy zrobić”, że „oni muszą się pogodzić z losem i odbyć karę”. Tragiczna koniunkcja zniewolenia po obu stronach muru, który wcale nie oddziela dobrych od złych i stoi tylko po to, aby go wreszcie wysadzić w powietrze.

Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian