Kapitalizm kreuje warunki kontroli i dominacji na poziomie nigdy wcześniej niespotykanym poprzez technologię informacyjną, która nie może być używana do niczego innego, jak utrzymywania władzy.
Alfredo Bonanno

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Wybór publicystyki Poznańskiej Koalicji Antywojennej z roku 2003

rozbrat.org

ZMYŚLONA WOJNA
Biuro Zadań Specjalnych fabrykowało propagandowe informacje na temat związków Saddama Husajna z Al-Kaidą i kupowaniem przez Irak uranu w Afryce. Prezydent Bush powtarzał te bzdury, prowadząc USA na wojnę bez powodu. Teraz prawda wychodzi na jaw.

W maju 2002 roku Karen Kwiatkowski zajmuje swoje nowe biurko w Departamencie Obrony. Nic nie wskazuje na to, że znalazła się w najbardziej tajemniczej części Pentagonu. Zajmuje niewielki boks na uboczu, tuż obok lodówki, czwarte piętro, siódmy korytarz, budynek D. Kwiatkowski staje się trybikiem w potężnej machinie. 20 lat służyła w lotnictwie, ostatnio w stopniu podpułkownika. Teraz jej miejscem pracy jest Wydział ds. Bliskiego Wschodu i Azji Południowej. Przydzielono ją do Zespołu ds. Afryki Północnej. Pisze analizy o sytuacji w różnych krajach dla szych Pentagonu. Ciekawe zajęcie.

W wielkim gabinecie szefa regularnie odbywają się zebrania pracowników wydziału. Każdy zespół zdaje raport, tylko grupa ds. Iraku zawsze siedzi cicho. - Dziwne - myśli Karen - właśnie teraz, kiedy Irak jest tak ważny. Latem następuje ożywienie. Grupa ds. Iraku powiększa się do 20 osób, a w sierpniu szef oznajmia, że od tej chwili będzie się nazywać Office of Special Plans (Biuro Zadań Specjalnych). Nazwa i zakres obowiązków są ściśle tajne.
Dla Kwiatkowski sprawa staje się jasna. Wojna wisi w powietrzu i niezbędna jest odrobina konspiracji. Jednak koledzy ze Special Plans zachowują się dziwacznie. W rozmowach wyrażają się nonszalancko o CIA, a nawet o DIA (wywiadzie wojskowym). Nie uczestniczą w spotkaniach towarzyskich. O Departamencie Obrony mówią z lekceważeniem. Kiedy ktoś stwierdza, że nie może oddać jakiegoś dokumentu, bo czeka na komentarz z góry, pracownik Special Plans odpowiada: Co znowu, wcale nie potrzebujemy tutaj tych z Departamentu Obrony. Poradzimy sobie sami.

Zgodna prawicowa rodzinka
W Karen Kwiatkowski narasta ciekawość. Siada więc przy komputerze i szuka w Internecie informacji na temat swojego szefa. To William Luti, były doradca wiceprezydenta Dicka Cheneya i zwolennik neokonserwatyzmu. Potem sprawdza pozostałych kolegów. Za każdym razem trafia na związki danej osoby z neokonserwatystami. Dochodzi więc do wniosku, że "wszyscy oni tworzą szczęśliwą ideologiczną rodzinkę". Jej pracodawca Donald Rumsfeld też do niej należy.

We wrześniu Special Plans niespodziewanie ingeruje w obowiązki pani podpułkownik. Ma ona zaprzestać samodzielnego pisania na temat Iraku. Tradycyjne tajne służby zostają wykluczone z codziennych V działań operacyjnych, które od tej chwili przechodzą pod kontrolę ludzi ze Special Plans. Kwiatkowski dostaje gotowe frazy dotyczące Iraku. Ma je wprowadzać do swoich raportów bez jakichkolwiek zmian: "Saddam Husajn wspiera przygotowania terrorystów z Al-Kaidy. Saddam Husajn próbuje zdobyć uran w Afryce. Tajne służby Saddama Husajna miały kontakt z zamachowcami z 11 września. Saddam Husajn współpracuje z Osamą ben Ladenem". - To już nie były informacje, tylko propaganda.
Kwiatkowski orientuje się, że to, co produkuje jej wydział, dociera bezpośrednio do prezydenta Busha, omijając rzekomo powolną CIA i miłujący pokój Departament Stanu.

Domaga się ona wyjaśnień od jednego z kolegów ze Special Plans: Niech mi pan powie, kto właściwie opowiada prezydentowi te wszystkie bzdety? Na co ten odpowiada: Źle to pani interpretuje. Dysponujemy źródłami, do których pani nie ma dostępu. Dopiero po obaleniu Saddama przekona się pani, że mieliśmy rację.

Szaleńcy i metoda
W wieku 42 lat Karen Kwiatkowski zaczyna nowe życie. Opowiada swoją historię, siedząc w kuchni domu na farmie w dolinie Shenandoah w stanie Wirginia, gdzie mieszka z mężem i czwórką dzieci, ma trzy konie i 15 krów. Dlaczego zdecydowała się mówić o tym publicznie? Nie dlatego, że po 20 latach służby w wojsku stała się nagle pacyfistką. I nie dlatego, że jako zwolenniczka lewicy występuje przeciwko Gcor-ge'owi Bushowi. Przeciwnie - uważa się za konserwatystkę. Chce natomiast, żeby ludzie zrozumieli, jak krucha staje się demokracja, kiedy mała grupa zdominuje otwarte społeczeństwo.

Karen Kwiatkowski jest pierwszym oficerem z Pentagonu, który znalazł w sobie odwagę, by publicznie uderzyć na alarm. Przełożeni nie lubią takich ludzi, za to amerykańskie społeczeństwo ich uwielbia. Symbolizują bowiem siłę demokracji i wolę samooczyszczenia. Liczba tych, którzy decydują się opowiedzieć, co przed wybuchem wojny działo się w korytarzach władzy, rośnie z każdym dniem. Są to urzędnicy ministerialni i agenci służb specjalnych. Z ich opowiadań wyłania się obraz metod, jakimi twardogłowi politycy starali się przeforsować swój plan wojenny.

Historia Office of Special Plans zaczyna się 11 września 2001 roku. Kilka godzin po atakach terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton sekretarz obrony Donald Rumsfeld wydaje brzemienne w skutki polecenie. Żąda dowodów na istnienie powiązań między Osamą ben Ladenem a Saddamem Husajnem. Od pierwszej chwili wydaje się przekonany, że to właśnie iracki dyktator stoi za krwawymi zamachami. Ta hipoteza staje się zarzewiem wszystkich kolejnych dramatów.

Rumsfeld nie zleca jednak inwigilacji służbom specjalnym. Na akcję wysyła zaufanego jastrzębia, który wraca niebawem z oczekiwanym wynikiem: Saddam rzeczywiście ma powiązania z siatką terrorystów. Wywiad przeprowadza wnikliwą analizę raportu - i odrzuca go jako niewiarygodny. Tyle że Rumsfeld się nie zniechęca. Taki obrót sprawy utwierdza go tylko w negatywnej opinii o służbach specjalnych. Zwłaszcza CIA wydaje się jastrzębiom bandą mięczaków. W swoich publikacjach narzekają na "ciągłe niedoinformowanie" aparatu, "obstrukcję" poleceń składanych przez polityków prawicy i - to nie żart - "ciasny realizm" agentów. - Cały ten kram to tępa biurokracja, dławiąca każdy przejaw fantazji - skarży się Reuel Marc Gerecht. były agent, który pracuje obecnie w American Enterprise Institute (Amerykańskim Instytucie Przedsiębiorczości), uchodzącym za "trust mózgów" neokonserwatystów. Ich awangarda chce się odsunąć od "mordowni CIA" (określenie Gerechla) - poprzez utworzenie małej i elastycznej grupy dochodzeniowej. W rezultacie w wewnętrznym dokumencie Office of Special Plans pojawia się notatka z uwagą, że rządowi specjaliści od terroryzmu "są uprzedzeni". Dlatego pracownicy Special Plans chcą dostawać wszystkie analizy CIA. Szukają w nich strzępków informacji, które zignorowali ogarnięci pacyfistycznym szałem analitycy z CIA.

Judith Yaphe obserwuje pracę wydziału do zadań specjalnych z pewnego oddalenia - za to z rosnącą konsternacją. Jej zwierzchnikiem jest Donald Rumsfeld, miejscem pracy National Defense University, położony na wprost Departamentu Obrony, na przeciwległym brzegu Potomacu, gdzie pani profesor przygotowuje analizy strategiczne dla Pentagonu. W każdym razie teoretycznie, bo nie wiadomo, czy władze departamentu w ogóle brały pod uwagę jej ekspertyzy. Dziś Yaphe raczej w to wątpi. - Mają własnych specjalistów - stwierdza cierpko. Przyczyną lekceważenia nie może być brak kompetencji, bo jest ona specjalistką w kwestiach irackich. Przepracowała 24 lata w CIA, głównie w wydziale ds. Iraku. Przed wojną należała do tych, którzy ostrzegali przed konfliktem zbrojnym.

Wojna żółtodziobów
O tym, w jaki sposób Special Plans weryfikowało "wątpliwe źródła", Yaphe dowiedziała się dzięki swoim kontaktom w aparacie. Domniemane powiązania zamachowców z 11 września z irackimi służbami specjalnymi, rzekomy obóz treningowy Al-Kaidy na południe od Bagdadu albo zakup uranu w Afryce: Wszystko to bujda i w kręgach związanych z wywiadem wiedzieliśmy o tym od dawna. A jednak w Pentagonie ożywiono nieaktualne od dawna poszlaki. Special Plans robi bowiem więcej, niż gotów jest dziś przyznać Donald Rumsfeld. Jak wynika z ustaleń komisji śledczej Izby Reprezentantów, przekonywanie, że wydział dokonuje tylko wtórnej oceny starych wniosków - to "taktyka zasłony dymnej". W rzeczywistości zajmuje się on również "operacjami związanymi z pozyskiwaniem informacji". I to przy pomocy agencyjnych żółtodziobów, jak zapewnia Judith Yaphe.

Podczas gdy wywiad ma trudności ze zdobyciem nowych informacji na temat Iraku, Special Plans dociera do własnych źródeł: dezerterów, których podsuwa ich ulubiony iracki opozycjonista Ahmed Szalabi. Yaphe mówi, że CIA sceptycznie podchodziła do tych doniesień, bo Szalabi kierował się własnym interesem: Chciał przekonać USA do obalenia Saddama Husajna. Mimo to opowieści naocznych świadków o saddamowskim zagrożeniu przedostają się wprost do Białego Domu. Pułkownik Karen Kwiatkowski wielokrotnie słyszy, jak dyrektor wydziału mówi: Robimy to dla Scootera. Tak brzmi ksywka Lewisa Libby'ego, dawnego członka Team B, a dziś szefa sztabu Dicka Cheneya. Filtr, który zabezpieczał Biały Dom przed nieprawdziwymi informacjami, został usunięty.

Relacjom uciekinierów przyjrzała się jeszcze raz DIA, oficjalny organ wywiadowczy Pentagonu. Raport prasowy dotyczący wyników kontroli stwierdza, że z dzisiejszej perspektywy informacje te są "mało- lub zgoła bezwartościowe". W Iraku okazało się, że większość dostarczonych przez nich informacji jest "nieprawdziwa".

Do decydującego starcia między jastrzębiami a grupą umiarkowanych polityków dochodzi tuż przed wystąpieniem sekretarza stanu Colina Powella na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ. 25 stycznia 2003 roku w zatłoczonym centrum strategicznym Białego Domu zjawia się Lewis Libby ze stertą notatek, w których odsyłacze do źródeł mają kolorowe oznaczenia. Wyłuszcza, co Powell powinien jego zdaniem zaprezentować światu. O tym, co nastąpiło potem, opowiedzieli niedawno na łamach "The Washington Post" urzędnicy z Departamentu Stanu. Libby chciał wrzucić do przemówienia Powella wszystkie dawno zdementowane rewelacje o powiązaniach zamachowców z 11 września z irackimi służbami specjalnymi. Dopiero po kontroli agentów większość propozycji Libby'ego usunięto. Mimo to wystąpienie Powella i tak przejaskrawiło zagrożenie ze strony Iraku - nawet bez pogłosek z Pentagonu. I miało to swoje przyczyny.

Wierni jak psy
Oficer CIA Larry Johnson w ostatnich wyborach głosował na George'a W. Busha, przekazał nawet pieniądze na jego kampanię. Dziś jest zdania, że rządzący żyją w jakimś "urojonym świecie": Słyszą tylko to, co chcą usłyszeć. Johnson zamyśla się i głaszcze psa. - Służby wywiadowcze są jak rottweilery: czujne, ale przede wszystkim lojalne. Próbują przypodobać się swojemu panu - stwierdza były agent. Co to znaczy w przypadku CIA? - Że analizy, które odbiegały od przyjętego kursu, w ogóle nie przedostawały się na zewnątrz. Johnson potwierdza to, co podejrzewa wielu znawców CIA: najpierw była decyzja o rozpoczęciu wojny, a dopiero potem produkcja dossier służb specjalnych. Informacja została podporządkowana misji, a nie na odwrót.

Jako pierwszy o oczekiwaniach wobec wywiadu dowiaduje się jego szef i to zaraz po 11 września. Po atakach terrorystycznych George Tenet codziennie spotyka się z Georgem W. Bushem w Gabinecie Owalnym. Już sześć dni po zamachach Bush mówi na jednym z posiedzeń: Uważam, że Irak maczał w tym palce, ale teraz go nie zaatakuję. Na razie brak mi dowodów.

W końcu polityka sama toruje sobie drogę do Langley. Wymowa nagłego pojawienia się wiceprezydenta Dicka Cheneya u wjazdu do kwatery głównej CIA nie pozostawia żadnych wątpliwości. Wspólnie z dyrektorami poszczególnych działów wiceprezydent wertuje dzień w dzień dokumenty dotyczące Iraku. Czy temu człowiekowi brakuje informacji? Podobnie jak prezydent, Cheney sześć razy w tygodniu dostaje poufne raporty z CIA. Jeśli ma jakieś pytania, odpowiedź przychodzi najpóźniej następnego dnia. Jeden z pracowników agencji mówi, że wyprawy wiceprezydenta w świat agentów były sygnałem, że oczekiwano od nas określonych informacji.

Pracując w Biurze Informacji i Badań Departamentu Stanu, Greg Thielmann był świadkiem, jak pluralizm coraz bardziej tracił na znaczeniu. Opisuje on swoją instytucję jako wyspę uczciwości, wolną od politycznych nacisków. Biuro koncentruje się na tym co prawdopodobne, a nie co możliwe w najgorszym wypadku. Ceną takiej postawy bywa czasem marginalizacja. Tak wyglądała sytuacja ludzi Powella krótko przed przejściem Thielmanna w stan spoczynku jesienią 2002 roku, kiedy trwały prace nad analizą stopnia zagrożenia bezpieczeństwa narodowego ze strony Iraku.
Wydział Grega Thielmanna w roku 2001 dostał informacje, z których wynikało, że Irak próbował kupić aluminiowe rury do wirówek, służących do wzbogacania uranu. Jego współpracownicy wspólnie ze specjalistami od spraw zagranicznych natychmiast weryfikują te dokumenty. Wszyscy zgodnie odwołują alarm: rury nie nadawały się do zastosowania w programie atomowym, za to idealnie pasowały do irackich rakiet włoskiej konstrukcji. Rok później dołączają te wnioski do ogólnej analizy, stwierdzając min., że dowody na istnienie w Iraku zaawansowanego programu nuklearnego są "mało przekonujące". Informacja ta pojawia się w ostatecznej wersji analizy tylko jako przypis. Zdanie umieszczone na początku dokumentu brzmi następująco: "Jeśli nikt nie powstrzyma Iraku, prawdopodobnie jeszcze w tym stuleciu wejdzie on w posiadanie bomby atomowej".

Watergate nie będzie
Również sekretarz stanu Powell w przemówieniu, wygłoszonym 5 lutego 2003 roku przed ONZ, stwierdza, że Saddam Husąjn próbował pozyskać rury aluminiowe dla swojego programu atomowego. Napomyka wprawdzie, że informacja ta budzi pewne wątpliwości, nie wspomina natomiast, że jego własny departament jest odmiennego zdania i od czterech dni naciskał na wykreślenie tego fragmentu. Nie trafiają do niego żadne ostrzeżenia, nawet ze strony Hansa Bliksa i jego inspektorów. Greg Thielmann określa to jako najgorszy moment w wielkiej karierze Colina Powella.
Ostatecznie cała sprawa zakończyła się wielkim blamażem polityki zagranicznej USA. Amerykańska opinia publiczna domaga się dziś wyjaśnień i wyciągnięcia konsekwencji. Jednak nie jest to aż takie proste. Na pewno nie będzie drugiej afery Watergate. Wygląda bowiem na to, że nie doszło do naruszenia prawa. Powołanie Office of Special Plans z pewnością nie było sprzeczne z przepisami. Trudno ustalić, czy ktoś kłamał, czy tylko przekroczył swoje kompetencje. W każdym razie w końcu się okazało, że rząd przyjął wiele informacji na ślepo, opierał się na założeniach, w które bardzo chciał wierzyć. Niebawem senacka komisja ds. służb specjalnych przedstawi swój raport, w którym ma wskazać winnych. Jest dwóch kandydatów - obaj noszą imię George. Bush i Tenet. Ale ponieważ republikanie mają w Senacie większość, a ponadto zbliżają się kolejne wybory, sprawa wydaje się przesądzona. Jednak zrzucić całą odpowiedzialność na George'a Teneta, to jakby obarczyć czajnik winą za wygotowaną wodę, zapominając o ludziach, którzy włączyli palnik.

Jochen Bittner, Thomas Kleine-Brockhoff
Die Zeit, 30.10.2003



Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian