Zawsze żyliśmy w slumsach i dziurach w ścianach. Wiemy jak zapewnić sobie dach nad głową. To my jesteśmy robotnikami, którzy zbudowali te wszystkie pałace i miasta, tu w Hiszpanii, w Ameryce i wszędzie indziej.
Buenaventura Durruti

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Demokratyzowanie samorządów miejskich

Sveinung Legard
porto-allegreKażdy nowy ruch polityczny dążący do zmiany społeczeństwa musi stoczyć „batalię o serca i umysły” opinii publicznej. Musimy przekonać ludzi, że to, czego się domagamy jest sprawiedliwe, i że wolne, ekologiczne, wspólnotowe społeczeństwo – bazujące na demokracji bezpośredniej i uczestniczącej –  jest pożądane i niezbędne zarazem. To jednak nie wystarczy. Musimy pokazać, jak nasze idee mogą być zastosowane w praktyce. Ludzie muszą zobaczyć, że nowe społeczne zasady, których jesteśmy orędownikami, mogą naprawdę funkcjonować w realnym świecie. To może brzmieć jak banał, ale przecież namawiamy ludzi do radykalnej, nowej idei, która będzie stanowiła wyzwanie dla ich utartego sposobu myślenia i próbowała zrewolucjonizować ten sposób myślenia. Sama rozmowa na temat przyszłych społecznych zmian jest niewystarczająca. Musimy tu i teraz pracować nad konkretnymi zmianami – mają one zbliżyć i nakierować nas w stronę społeczeństwa, w którym chcemy żyć – między innymi nad budową alternatywnych struktur władzy, które kiedyś będą musiały skonfrontować się i spróbować zastąpić obecną oligarchię.

W skrócie, każdy z nowych ruchów społecznych starający się zmienić zastany porządek społeczny, musi skupić się na trzech głównych płaszczyznach. Po pierwsze powinien przekonać ludzi o tym, że nowy typ społeczeństwa jest pożądany i możliwy do zastosowania w praktyce. Po drugie musi walczyć o konkretne zmiany we współczesnym społeczeństwie. Po trzecie musi dążyć do stworzenia sieci organizacji, które mogłyby pełnić funkcję tzw. „frontu wyzwolenia”. Argumentując, że zmiany społeczne są pożądane i potrzebne, współczesny ruch społeczny może się wydawać mocny. Żywa jest krytyka kapitalizmu. W mediach, prasie, Internecie, filmach obecne są wartości i wizje konkurujące z tymi, wyznawanymi przez elity. Piętą achillesową ruchu jest natomiast brak konkretnych odpowiedzi na hasło ”nowy świat jest możliwy”. Wciąż zbyt mało organizacji z tych wielu, które zgromadziły się wokół nowej wizji świata, zna odpowiedź na pytanie, jak ten nowy porządek urzeczywistnić.  Dzisiejsi radykałowie rzadko mają pomysł, na to jak połączyć swoje idee i wizje z własną, codzienną praktyką polityczną. Zamiast skłaniać się ku aktywizmowi, kończą będąc reaktywnymi, często broniąc społecznych układów, których w rzeczywistości nie cierpią.1  Inni tkwią w czymś na kształt powstańczego purytanizmu, gdzie prawie każde zaangażowanie we współczesne społeczne realia jest osądzane, jako „konformizm” i  „zdrada klasowa”.

Z zamiarem wypełnienia tej próżni, coraz więcej ludzi zaczęło przyglądać się Brazylii, w poszukiwaniu właściwych przykładów. Od lat 80. XX w. kilka brazylijskich miejscowości i miast rozwinęło system rządów komunalnych bazujących na bezpośrednim udziale mieszkańców w procesie budżetowym. Zjawisko to znane jest pod nazwą budżetu partycypacyjnego (lub orçamento participativo po portugalsku). Zapoczątkowało ono ważne zmiany w tradycyjnych strukturach miejskich, nie tylko przez otwarcie finansów miasta na publiczne konsultacje, ale także przez pobudzanie zmian w innych obszarach, takich jak planowanie miejskie, edukacja, stosunki między kobietami i mężczyznami i lokalna ekonomia. Z powodu częstej „obecności” w slumsach, dzielnicach klas pracujących i samego efektu procesu redystrybucji, budżet partycypacyjny był często przywoływany przez znanych pisarzy z tzw. lewicy partycypacyjnej. “Nadzwyczajne miasto” i  „przestrzeń rozwijającej się demokracji nowego typu”, pisze Ignacio Ramonet, redaktor naczelny francuskiego Le Monde Diplomatique, o Porto Alegre – mieście, które było kiedyś centrum budżetu partycypacyjnego w Brazyli.(2) Pisarz i redaktor Red Pepper w Wielkiej Brytani, Hilary Wainwright pochwalił budżet partycypacyjny za jego “radykalny rozdział bogactwa” za pomocą „władzy społeczności lokalnej”.(3)

Celem tego artykułu nie jest namysł nad tym, czy Porto Alegre pozostaje „nadzwyczajnym miastem”, czy też ocena konkretnych osiągnięć budżetu partycypacyjnego. Nie jest też nim krytykowanie zagubionych reformatorów, którzy nie mają spójnej wizji, w jaki sposób zmienić społeczeństwo, ani czepianie się ich za insurekcyjne skłonności.  Chciałbym tu dokonać oceny budżetu partycypacyjnego z perspektywy komunalistycznej*, by dostrzec, jaki posiada on potencjał lub ograniczenia jako uspołeczniony samorząd miejski i podważyć założenia „lewicy partycypacyjnej” na temat demokracji uczestniczącej.(4) Komunalizm posiada określoną perspektywę, na to jak przemieszczać się z “tu” do „tam” i w rzeczywistości wierzy w to, że możliwe jest osiągnięcie konkretnych i wyzwoleńczych zmian we współczesnym społeczeństwie. Postaram się wykazać, że komunaliści dostarczają lepszych odpowiedzi, niż inni radykałowie piszący na temat  budżetu partycypacyjnego, na najważniejsze pytania każdego nowego ruchu: jak przekonać ludzi o użyteczności naszych ideałów, jak walczyć o konkretne społeczne zmiany już dziś i jak stworzyć szkielet demokratycznych instytucji na przyszłość.

Samorząd miejski realizuje decyzje mieszkańców

Recife to miasto usytuowane na wybrzeżu północno-wschodniej Brazylii. Turystom z całego świata znane jest z powodu swoich długich, białych plaż i bliskości malowniczego miasta Olinda, jednej z pierwszych osad kolonialnych Brazylii. Brazylijczycy nazywają to miejsce „Afryką Brazylii” i „stolicą” slumsów, gdzie większość z 50 proc. ubogiej ludności miasta mieszka w przerażających warunkach. Niemniej tylko nieliczne miasta na świecie mogą pochwalić się zbliżoną liczbą mieszkańców uczestniczących w procesie podejmowania decyzji samorządu miejskiego. Z pośród 1,6 mln mieszkańców Racife, ponad 70 tys. corocznie bierze udział w kształtowaniu budżetu partycypacyjnego.(5) Ten system jest koordynowany przez 40-osobowe biuro urzędu miejskiego, które w 2006 r. zorganizowało prawie 60 plenarnych i tematycznych zgromadzeń oraz blisko 800 mniejszych forów i spotkań, w czasie których ogół obywateli zabierał głos w procesie planowania budżetu miasta.

Budżet partycypacyjny Racife funkcjonuje w następujący sposób: od kwietnia do czerwca samorząd organizuje zgromadzenia plenarne w poszczególnych dzielnicach miasta. Są one otwarte dla wszystkich mieszkańców powyżej 16 roku życia. Na zgromadzenia przychodzi od kilkuset do kilku tysięcy z nich, w zależności od potrzeb okolicy i tego, jak dobrze zorganizowani są ludzie ją zamieszkujący. Uczestnicy wypowiadają się, które ze spraw w ich sąsiedztwie są najważniejsze i mają prawo ustalenia kolejności priorytetów w kwestiach takich, jak: zdrowie, kultura, renowacja, edukacja, zatrudnienie, sport i inne. Dodatkowo, by uniknąć lokalnej zaściankowości, samorząd inicjuje zgromadzenia tematyczne dla obszarów z kilku dzielnic, które funkcjonują w podobny sposób.

Następnie w czasie zgromadzeń sąsiedzkich są wybierani delegaci i obligowani do zaplanowania budżetu zgodnie z priorytetami swojej społeczności lokalnej. Jeżeli nie realizują tych priorytetów, mogą zostać odwołani i zastąpieni przez innych. Od lipca do grudnia blisko 2,5 tys. delegatów spotyka się by negocjować ostateczną wersję budżetu z administracją samorządu miejskiego. Rada delegatów jest odpowiedzialna za zbieranie wszystkich propozycji i priorytetów oraz przygotowanie dokumentów budżetowych. Są one z kolei przekazywane radzie mieszkańców złożonej z ich reprezentantów, która podejmuje ostateczną decyzję w grudniu. W tym miesiącu, wynik tego procesu jest omawiany na forum delegatów i w zgromadzeniach sąsiedzkich. W styczniu cykl budżetowy zaczyna się od nowa – mieszkańcy i koordynatorzy przygotowują priorytety na następny rok.

Chociaż wiele miast praktykuje zasady budżetu partycypacyjnego na swój własny sposób, to jak dotąd rezultaty są uderzająco podobne. Wiele badań wykazało, że po wprowadzeniu budżetu partycypacyjnego więcej publicznych dochodów zostało przesuniętych z bardziej zamożnych sektorów do uboższych sąsiedztw. Porto Alegre to miasto na dalekim południu Brazylii, gdzie budżet partycypacyjny był po raz pierwszy wprowadzony przez Partię Pracowników (Partido Dos Trabalhadores – PT) w 1988 r. i gdzie ten model był praktykowany przez 16 lat, długo służył on partii za przykład, którym można się szczycić. Jego osiągnięcia były zadziwiające w porównaniu z innymi przeżartymi przez korupcję miejskimi samorządami Brazylii. Marion Gret i Yves Sintomer podsumowują osiągnięcia budżetu partycypacyjnego: „Pierwszym efektem jest rozwój podstawowej infrastruktury w dzielnicach klasy pracującej. (…) Położono nacisk na asfaltowanie dróg – kluczowy czynnik w dalszym ulepszaniu publicznego transportu, utylizacji śmieci i zwiększaniu mobilności mieszkańców (…). Około 99 proc.  Populacji posiada teraz dostęp do bieżącej wody w domach. Podwoiła się liczba domów podłączonych do kanalizacji (…). Skala zorganizowanego wywozu śmieci zwiększyła się w podobny sposób. (…) Drugą dynamicznie rozwijającą się dziedziną stała się edukacja. Liczba miejskich ośrodków opieki dziennej dla dzieci w ciągu 10 lat potroiła się. Powstało także około 100 zaaprobowanych przez miasto publicznych ośrodków opieki dziennej. Liczba dzieci uczęszczających do szkół miejskich potroiła się, rozwinięta została edukacja dorosłych. (…) To samo stało się z sektorem zdrowia, w który znacznie zainwestowano. Szczególną uwagą zwrócono na opiekę zdrowotną dla dzieci i niemowląt”.(6)

To rezultat dwóch splecionych ze sobą sił. Po pierwsze, proces budżetowy sam w sobie doprowadził do presji na podwyższenie progów podatkowych, uszczelnienie systemu podatkowego i rozszerzenie zakresu opodatkowania (uwzględniające aktywność przemysłową i handlową oraz nieruchomości). Według Greta i Sintomera to „radykalne” zjawisko, gdyż w jego wyniku Porto Alegre nastąpiło szybkie otwarcie „nowego obszaru dla inwestycji, co z kolei pobudziło machinę administracyjną i powszechną partycypację”.(7) Po drugie, polityka “odwrócenia priorytetów” (inwersji), określenie używane przez administrację PT, opisujące redystrybucję zasobów, wpłynęło na redystrybucję funduszy publicznych. Na „odwrócenie priorytetów” składa się szereg społecznych i demograficznych kryteriów, przy pomocy których fundusze są lokowane w różnych dzielnicach w zależności od ich rozmiaru i zapotrzebowań. To oznacza, że sąsiedztwa, które posiadają najmniej szkół, najgorszy system odprowadzania ścieków i w najmniejszym stopniu stać ich mieszkańców na opiekę medyczną – dodatkowo cierpią na przeludnienie – uzyskują większe nakłady niż inni. Liczba mieszkańców z danego obszaru uczestniczących w zgromadzeniach budżetowych ma także wpływ na to, ilu delegatów może wybrać ich dzielnica – dzięki temu wzrasta prawdopodobieństwo, że dane fundusze zostaną przyznane ich dzielnicy.

Ta metoda okazała się skuteczna przy zachęcaniu do partycypacji uboższej części populacji. Jak pisze Rebecca Abers, badania w Porto Alegre z 1995 r. “pokazały, że w przeciwieństwie do oczekiwań, klasa średnia i bogaci mieszkańcy nie zdominowali zgromadzeń budżetowych. [Zwłaszcza] na poziomie regionalnym, (…) ogromna większość uczestników była biedna i gorzej wykształcona”.(8)

Istnieją dowody potwierdzające, że tam gdzie został wprowadzony budżet partycypacyjny wzmocniła się kultura obywatelska, a nawet podtrzymano ten nowy rodzaj zaangażowania obywateli, w miejscach gdzie nikt nie spodziewał się, że coś takiego może zacząć funkcjonować. Obserwatorzy wskazują na rozwój nowej mentalności na obszarach, gdzie ludzie postrzegają siebie, jako aktywnych mieszkańców, posiadających określone prawa społeczne, a nie jako pasywnych odbiorców czekających na przywileje z rąk peternalistycznych polityków. Wzrost liczby stowarzyszeń lokalnych i nowych instytucji takich, jak rady mieszkańców i spółdzielnie w miastach  stosujące budżet partycypacyjny, jest potwierdzeniem powyższych obserwacji.  W obrazowym i niezwykle szczerym studium poświęconym  Porto Alegre, Gianpaolo Baiocchi opowiada w jaki sposób rodził się ten obywatelski proces, wraz z otwieraniem nowych obszarów podlegających debatom publicznym. „Wiele osób, które przyszły [na spotkanie w sprawie budżetu partycypacyjnego] po to, by dyskutować na temat szczególnego problemu, zostały by wziąć udział w organizacjach takich, jak rada mieszkańców czy też stowarzyszenie sąsiedzkie, które ostatecznie zaczęły odnosić sukcesy. W istocie, budżet partycypacyjny stał się charakterystyczną cechą życia społeczności wszystkich 16 dzielnic miasta – dzięki temu rozwój wielu organizacji społecznych takich, jak rady mieszkańców, nabrał potężnego przyspieszenia”.(9)

W taki oto sposób, wspólnotowe żądania zwiększenia powszechnego udziału w lokalnej polityce zdają się postępować wraz z pobudzeniem budżetu partycypacyjnego. W Belém, największym mieście puszczy amazońskiej, administracja PT ustanowiła coroczny kongres miejski, gdzie omawiane i rozwiązywane są najbardziej palące problemy miasta. Kongres polega na systemie obrad, które odbywają się na różnych szczeblach określonych według geograficznych kryteriów. Wiele różnych stowarzyszeń obywatelskich zachęca się, aby wysyłały na nie swoich delegatów. Kongres jest postrzegany jako uzupełnienie procesu budżetowego, a administracja PT twierdzi, że aż 30 proc. populacji uczestniczy w obu procesach.(10)

Administracja Recife realizowała swoje zadania wypełniając hasło “Samorząd miejski robi, to o czym zdecydują ludzie”. Tutaj leży obietnica budżetu partycypacyjnego. W budżecie partycypacyjnym rola administracji nie polega na wymuszaniu na mieszkańcach decyzji polityków, ale raczej na ułatwianiu udziału mieszkańców i czuwaniu nad realizacją budżetu.

Chociaż hasło władz miasta Recife, jak za chwilę zobaczymy, powinno być raczej traktowane, jako wizja niż namacalna rzeczywistość, to jest ono wciąż krokiem naprzód w kierunku demokracji uczestniczącej, która zasadniczo podważa współczesne formy autorytarnego rządu. 

Biurokratyczna twarz budżetu partycypacyjnego

Warto podkreślić, że budżet partycypacyjny jest tylko inną formą sprawowania władzy w mieście. W przeciwieństwie do pompatycznego definiowania tego systemu, jako śmiałego eksperymentu demokracji uczestniczącej, powinien on raczej zostać rozważany, jako typ samorządu miejskiego, który część swojej władzy oddaje obywatelom. Jak pisze brazylijski socjolog, Boaventura de Sousa Santos, budżet partycypacyjny jest “modelem dzielenia się władzą polityczną w obrębie powiązanych ze sobą instytucji demokratycznych za pomocą debat, konsensusu i kompromisu”.(11)  

Ujmując to innymi słowami, budżet partycypacyjny posiada dwie twarze: jedna, która jest bezpośrednio demokratyczna – bazująca na zgromadzeniach i delegatach uzyskujących mandat zaufania – i druga, która jest autorytarna – bazująca na reprezentacji politycznej i biurokratycznej kontroli. To napięcie było obecne w projekcie budżetu partycypacyjnego (PB) od samego początku, w dziwnej mieszance wiary we władzę ludu, jako sposobu na osiągnięcie społeczeństwa socjalistycznego i instrumentu „dobrego rządzenia” wprowadzającego władzę PT w samorządach miejskich. Wkrótce po wprowadzeniu budżetu partycypacyjnego w Porto Alegre (1988 r.), administrację zarządzaną przez PT całkowicie pochłonęło organizowanie struktur wykonawczych miasta, ponieważ zostały one doprowadzone do opłakanego stanu przez poprzednią administrację. Podczas pierwszej kadencji doprowadziło to do sporu zainicjowanego przez „aktywistów, którzy nie widzieli żadnego sensu w istnieniu rady miasta poświęcającej swoje wysiłki na reorganizację polityki społecznej”. Uzasadniali oni, że powszechny rząd miał polegać nie na robotach społecznych, ale radykalizowaniu partycypacji i mobilizowaniu ogółu obywateli. Celem miało być „otoczenie i zdobycie przewagi nad biurokratycznym i burżuazyjnym państwem (…)”. Założenie o możliwości natychmiastowej zmiany społecznego zarządzania zostało stopniowo zrealizowane – na początku w radzie miasta a następnie w reszcie partii.(12)

Chodzi o to, że ważną sprawą jest nie to, czy koniecznym było zaprowadzenie porządku w administracji czy też nie, ale raczej to, że budżet partycypacyjny był, dość wcześnie, sformułowany w taki sposób, by osiągać cele odmienne od zwiększania samorządności w sąsiedztwach. W rzeczywistości model został wykorzystany przez administrację PT w Porto Alegre, by zwiększyć jej władzę wykonawczą (własną zdolność do tego, by reszta organów samorządu miejskiego zaczęła stosować się do jej życzeń). Jak ukazuje historyczne tło Rebecci Abers osiągnięto to poprzez skanalizowanie działalności rady miasta w jego centralnych agencjach planowania i miejskiej komisji ds. budżetu: „Reklamowanie procesu partycypacji, jako jednego z ‘symboli administracji’ pomogło gabinetowi burmistrza zyskać większą kontrolę nad decyzjami w całej administracji, ponieważ władał on ‘autorytetem moralnym’, kiedy domagał się, by agencje miejskie podporządkowały się [centralnemu planowi urzędu]”.(13)

Należy pamiętać, że budżet partycypacyjny został wprowadzony z jednej strony, by zwalczać korupcję, klientelizm i osiągnąć sprawiedliwszy podział finansowych środków miejskich (główne cele PT), z drugiej, aby przekazać zwykłym obywatelom zwiększoną kontrolę nad lokalnymi władzami. System ten został zalegalizowany i uprawomocniony z powodu jego zdolności do osiągania takich rezultatów. To instrumentalne spojrzenie na budżet partycypacyjny stało się w ten sposób szeroko rozpowszechnione wśród bojowników PT i tych, którzy usilnie pracują nad mobilizacją mieszkańców w miastach. Kiedy odwiedziłem Recife, niektórzy z głównych organizatorów budżetu partycypacyjnego bardzo się zdziwili, że ktoś chciał wprowadzać coś podobnego do budżetu partycypacyjnego w Norwegii. Po co komuś ten model, w kraju, gdzie właściwie nie ma korupcji i gdzie każdy ma dostęp do podstawowych usług socjalnych? To, że równy dostęp do władzy w kwestiach politycznych, bez względu na to, w jakim celu ma być ona wykorzystana, powinien być demokratycznym prawem, nie było zbyt szeroko rozpowszechnionym poglądem wśród głównych organizatorów budżetu partycypacyjnego tego miasta.

Każdy kto śledził proces budżetu partycypacyjnego w Recife, może zaświadczyć o silnej kontroli administracji PT nad zgromadzeniami publicznymi i forami delegatów. Zgromadzenia sąsiedzkie są profesjonalnie kierowane przez centralne biuro ds. budżetu partycypacyjnego – na początku spotkania emitowana jest 15 minutowa reklama polityczna – wychwalająca osiągnięcia aktualnej administracji PT i malująca przed oczami widzów heroiczny obraz burmistrza. W zasadzie nie ma przestrzeni na publiczną debatę a zaproszeni goście – poważani ludzie z  zagranicy –  biorą udział w panelu siedząc naprzeciwko uczestniczących mieszkańców.

Delegaci uczestników zgromadzeń sąsiedzkich są uważnie pilnowani przez administrację i mają niewiele okazji na to, by rozwinąć jakiś nowy projekt, który nie został wcześniej sprefabrykowany przez administrację. Organizatorzy z biura budżetu partycypacyjnego często zapewniają o swojej edukacyjnej roli – oświecanie delegatów i uczestników zgromadzeń dla ich własnego dobra. Choć w wielu przypadkach mogą mieć rację, to takie podejście jest problematyczne. W rzeczy samej, bardzo trudno jest opisać budżet partycypacyjny jako system kontrolowany przez obywateli. Administracja PT w całym kraju była bardzo niechętna wpisaniu budżetu partycypacyjnego w statut rady miasta. Twierdzono, że  takie sformalizowane zapisy mogłyby uczynić instytucje partycypacyjne mniej elastycznymi i zostać wykorzystane przez prawicową opozycję, by utrudnić radykalizacje procesu. Niemniej ten opór PT mógł być równie dobrze spowodowany strachem przed utratą swojej dominacji i pozycji w systemie budżetowym.

Bez względu na to, jak oceniamy te formy kontroli PT, wciąż nie jest możliwe opisanie budżetu partycypacyjnego, jako formy demokracji bezpośredniej. Formalnie to wybrani politycy w samorządzie miejskim, Câmara dos Vereadores, mogą ostatecznie zatwierdzić bądź odrzucić budżet, który został zaplanowany przez fora delegatów. To prawo weta jest jednak rzadko używane.

Nie powinniśmy jednak umniejszać moralnej roli budżetu partycypacyjnego. Udowodniono, że wybranym reprezentantom, którym zależy na reelekcji trudno jest sprzeciwić się ludowemu budżetowi i do dzisiaj nie zdarzyło się to w Recife.

Wciąż musimy utrzymywać, że rządowy autorytet budżetu partycypacyjnego nie leży w gestii zorganizowanych ludzi – ani w publicznych zebraniach z ich delegatami. Przede wszystkim, wielu członków PT w Porto Alegre, którzy wprowadzili budżet partycypacyjny, nigdy nie stawiało idei demokracji bezpośredniej na pierwszym miejscu. Zgodnie z wyjaśnieniami byłego burmistrza Oliwio Dutra, nie chcieli oni stworzyć iluzji demokracji bezpośredniej jak to miało miejsce w czasach greckiej agory.(14) Wizja socjalizmu antypaństwowego opartego na różnych zebraniach pracowniczych i radach ma jednak głębokie korzenie w budżecie partycypacyjnym i wydaje się, że wielu przywódców partii w Porte Alegre bardzo wcześnie zaczęło traktować tą ideę jako naiwność.

,,Dobre rządy” i międzynarodowe wdrożenie

Ponieważ wprowadzeniem budżetu partycypacyjnego było inspirujące dla mieszkańców kraju, pojawiły się próby powtórzenia tego doświadczenia w innych częściach świata. W krajach takich jak Chile, Kanada, USA, Niemcy, Francja, Turcja i Anglia pielęgnowanie biurokratycznej strony budżetu partycypacyjnego jest jednak raczej zasadą niż wyjątkiem. Udział mieszkańców w podejmowaniu decyzji nie jest postrzegany w sposób pozytywny ponieważ sprzyja wzmocnieniu społeczności, ale ponieważ wzmacnia więzi pomiędzy wyborcami i wybranymi, dopasowuje ograniczone miejskie zasoby do potrzeb mieszkańców, podnosi przejrzystość administracji i nadaje sens udziałom „właścicieli” w lokalnej polityce – innymi słowy realizuje sen liberałów o „dobrym rządzeniu”.

Z tego powodu Porto Alegre zostało wybrane jednym z dwudziestu modelowych miast na konferencji ONZ Urban Habitat, która odbyła się w Istambule w 1996 r. Również dlatego Bank Światowy chce wprowadzić budżet partycypacyjny w krajach Afryki subsaharyjskiej. Zgodnie z oświadczeniem Banku Światowego podczas międzynarodowej konferencji doradczej online dla chcących wdrożyć „demokrację partycypacyjną”: „Aktywny udział beneficjentów w programie wydatków publicznych przekształca pasywnych udziałowców w aktywnych współudziałowców, których głos wpływa na warunki w jakich rządy podejmują decyzje. (...) Drugą korzyścią budżetu partycypacyjnego jest żądanie efektywności w usługach świadczonych przez samorząd. (...) To żądanie efektywności zostało zinstytucjonalizowane w lokalnym samorządzie jako podstawa funkcjonowania budżetu. Jednostki municypalne, które praktykują tę zasadę, przeprowadzają okresowo ankiety, by zbadać zadowolenie klientów, jak również techniczną efektywność w odniesieniu do świadczonych usług”.(15)

Niemieckie miasto Emstetten jest idealnym przykładem takiego podejścia. Od 2001 r. to średniej wielkości miasto, stosuje swój własny budżet partycypacyjny, konsultując się z mieszkańcami zamiast zaangażowania ich w bezpośredni proces decyzyjny. Władze miasta kładą ogromny nacisk na informowanie obywateli, poprzez przesyłanie broszur do każdego gospodarstwa domowego, na początku procesu budżetowego. Dwa tysiące przypadkowo wybranych obywateli otrzymuje następnie osobisty list od burmistrza, wyjaśniający dlaczego zostali wybrani do współtworzenia budżetu partycypacyjnego. Około 150-200 mieszkańców zjawia się na forum dyskusyjnym, gdzie spotykają się z przedstawicielami administracji, by dyskutować nad wydatkami miejskimi, kosztami i lokalnymi podatkami. Według Carsten Herzberg z March Block Centre w Berlinie, rządzący w Emstetten są zadowoleni z tego systemu ponieważ wzmacnia on wrażliwość pracowników administracji oraz daje miastu pewien poziom lokalnej i narodowej przejrzystości.(16)

Nieważne jak mocno PT w Brazylii kontroluje w nieformalny sposób proces ustalania budżetu, to przedsięwzięcie w wymiarze światowym jest sprzeczne z pierwotnym duchem budżetu partycypacyjnego.  Zgodnie ze słowami Rebecci Abers, budżet partycypacyjny był na początku ideologicznie zorientowany na demokrację bezpośrednią. Ucząc się na błędach Związku Radzieckiego i tzw. „realnego socjalizmu”, główne nurty w partii zaczęły mówić o socjalistycznym społeczeństwie opartym na zebraniach i radach sąsiedzkich. Również doświadczenia życia w czasach dyktatury miały głęboki wpływ na brazylijską lewicę: „Ruch socjalistyczny, związki zawodowe i lewicowi bojownicy, którzy wcześniej skupiali się na państwie, jako lekarstwie dla chorego społeczeństwa, w okresie rządów wojskowych zaczęli postrzegać państwo jako problem. Zaistniała powszechna zgodna, że budżet partycypacyjny powinien przyczyniać się do zmniejszenia centralizacji, siły biurokratycznego autorytetu państwa i zwiększania roli autonomicznego społeczeństwa obywatelskiego w podejmowaniu powszechnych decyzji”.(17) Nie wyobrażano sobie, że budżet partycypacyjny oznacza koniec powszechnej biurokracji, bądź będzie środkiem do ożywienia umierających instytucji przedstawicielskich, lecz pierwszym krokiem w kreowaniu nowego porządku społecznego opartego na demokracji uczestniczącej.

Wewnętrzne sprzeczności „partycypacji”

Jeśli zgodzimy się, że budżet partycypacyjny ma dwa różne oblicza, to nie tylko zrozumiemy dlaczego ale również w jaki sposób, uniknąć jego biurokratycznych aspektów, jeśli zaangażujemy się w podobne wysiłki w naszych miastach. Komunaliści mają wiele wspólnych celów z tak zwaną “lewicą partycypacyjną”, ale w zrozumieniu dwóch obliczy budżetu partycypacyjnego ideowi zwolennicy lewicy partycypacyjnej wnoszą więcej niejasności niż wyjaśnień. Zamiast dociekać w jaki sposób te dwie różne formy i wizje rządzenia faktycznie kolidują ze sobą w ramach budżetu partycypacyjnego, autorzy tacy jak Hilary Wainwright i America Vera-Zavala mają skłonność, do postrzegania demokracji partycypacyjnej i przedstawicielskiej, jako wzajemnie się uzupełniających.

Vera-Zavala, przykładowo, ignoruje kwestię napięcia występującego pomiędzy bezpośrednim, a pośrednim poziomem budżetu partycypacyjnego. Pisze ona że “pomiędzy demokracją partycypacyjną, a przedstawicielską demokracją parlamentarną występują spore różnice”, ale “to nie jest tak, że jeden byt jest lepszy od drugiego. Różnice są faktycznie tak duże, że obydwa systemy są nieporównywalne”.(18) Jak możliwe jest uniknięcie porównania pomiędzy tymi “dwoma systemami”, kiedy Porto Allegre albo i Reciffe są uwikłane w konflikty pomiędzy tymi systemami.

Jak już widzieliśmy, instytucje przedstawicielskie w Porto Alegre i Recife dają zebraniom mieszkańców tylko niewielką władzę w procesie decyzyjnym. “Budżet mieszkańców” może być za każdym razem przegłosowany przez Radę Miasta. Podczas gdy obywatele mogą oddziaływać na niewielką część budżetu miasta, decyzje na wielu innych poziomach rządzenia, wpływają na sytuację ekonomiczną brazylijskich miast. Chociaż możemy dostrzec dobrą wolę w wizji Vera-Zavala zwróconej w stronę instytucji partycypacyjnych jako opozycyjnych wobec narodowych organów i biurokratycznego państwa, bądź w naciskach Wainwrighta, podkreślających, że demokracja partycypacyjna jest formą istniejącej siły przetargowej, mogącą wzmocnić pozbawionych jej członków społeczności – pomimo wszystkiego są zaangażowani w aktywność na rzecz zwiększenia udziału we władzy przeciętnych mieszkańców – to tracą oni oboje z oczu perspektywę komunalistyczną. Instytucje demokracji przedstawicielskiej, ze swoimi narzędziami autorytarnego podejmowania decyzji oraz  biurokratycznymi strukturami, zawsze wykazują tendencję do ograniczania władzy instytucji demokracji bezpośredniej.

Wyobraź sobie, że jesteś kandydatem partii zwyciężającej w wyborach samorządowych. Po objęciu urzędu, chciałbyś wdrożyć jej program, potrzebujesz więc administracji aby zrealizować swoją politykę. Czy jest lepsza droga aby to zrobić, niż poprzez istniejące struktury biurokratyczne? Instytucje partycypacyjne, dzięki którym ta polityka mogłyby być  sabotowana lub negowania przez grupy opozycyjne, stanowiłyby po prostu irytujące przeszkody dla ciebie i twojej partii. Najlepszą rzeczą jaką mógłbyś zrobić, byłoby ograniczenie ich wpływu bądź doprowadzenie do tego, aby działały na twoją korzyść.  Podobne napięcie można zauważyć w przypadku budżetu partycypacyjnego. Pierwotna administracja PT Porto Alegre odważnie głosiła, że ich kampania wyborcza “powinna być rozumiana jako moment akumulacji politycznej, organizacyjnej i programowej siły, w procesie tworzenia socjalizmu” i jest to konkretna propozycja “chociaż tworzona dla administracyjnych struktur istniejących wewnątrz kapitalistycznego otoczenia”.(19) Jak przekonaliśmy się parę lat później, administracja PT nie wahała się użyć tych samych struktur administracyjnych do osiągnięcia swych własnych celów.

Podstawowa struktura budżetu partycypacyjnego, opiera się na systemie rządzenia w którym władza mieszkańców jest mocno ograniczona,  a “demokracja partycypacyjna”, którą  wyobrażają sobie Vera-Zavala i Wainwright, nie wydaje się wybiegać dużo dalej. “Instytucje przedstawicielskie”, pisze  Wainwright, “ustanawiają szerokie ramy” a “proces demokracji partycypacyjnej dostarcza sposobów na to, by zwykli ludzie (nie urzędnicy) odgrywali decydującą rolę w opracowywaniu szczegółów i określaniu tego w jaki sposób są realizowane szersze zobowiązania polityczne”.(20)  Innymi słowy, prawdziwa polityka ma być formułowana przez innych ludzi niż ci, którzy uczestniczą w samym procesie.

Zasadniczą kwestią jest to w jakich instytucjach sytuuje się władza i jakie instytucje warunkują władzę innych instytucji. W odpowiedzi na to pytanie rzecznicy “lewicy partycypacyjnej” mają skłonność do bronienia systemu rządów, w którym władza należąca bezpośrednio do ludzi, nie jest niczym więcej, niż tylko władzą wykonującą polecenia wybranych w głosowaniu polityków, ewentualnie, jeżeli występuje taka potrzeba, dokonującą poprawek. W porównaniu do liberałów, takich Robert Dahl, lewica ta różni się jedynie w detalach. Jego wizja demokratycznego społeczeństwa redukuje bezpośredni wpływ zwykłych obywateli do planowania miejskiego (z budżetem włącznie) poprzez głosowanie w wyborach parlamentarnych. “Idea demokracji jest zbyt wielka, aby mogła zostać strywializowana przez jej ograniczenie tylko do jednej formy władzy”, pisał Dahl w  After the Revolution.(21) Dahl, Vera-Zavala i Wainwrigh, mają problem z dostrzeżeniem, w jaki sposób jedna forma władzy determinuje inną.

Państwo różni się od ratusza

Idee komunalizmu sięgają jednak dalej. Chcemy nowego społeczeństwa, gdzie my – jako obywatele – wspólnie sprawujemy faktyczną, realną władzę oraz posiadamy decydujący wpływ na kierunek jej rozwoju w przyszłości. Władza polityczna jest w tym modelu umiejscowiona w instytucjach demokracji bezpośredniej. Jeśli mielibyśmy przekonać zwykłych ludzi do naszych założeń, musimy pokazać jak można je zastosować w praktyce oraz dostarczyć strategii na rzecz tego, jak chcemy osiągnąć owo inne społeczeństwo. Pewni ludzie postrzegają ograniczenie radykalności miejskiej administracji PT jako jedynie nową wersję tej samej starej historii: ta próba udziału i zreformowania rządu – rządu w jakiejkolwiek formie – prowadzi tylko do wchłaniania ruchów społecznych i stałego pogodzenia się z kapitalizmem. Nawet jeśli można tak powiedzieć o ruchach wystawiających kandydatów w wyborach parlamentarnych, to powyższe stwierdzenie niekoniecznie jest prawdziwe wobec „wejścia” do miejskich instytucji.

„Lewica partycypacyjna” nie czyni tego rozróżnienia.(22) Całkiem ciekawe, że Wainwright jak i Vera-Zavala uzasadniają swoje poglądy dystansując się od typowych ideałów socjaldemokracji. Obojgu wydaje, że nowym partiom socjalistycznym bazującym na idei “demokracji uczestniczącej” uda się uniknąć wchłonięcia przez dominujący porządek społeczny, taj jak było w przypadku starych europejskich partii robotniczych. Wainwright opisuje problem socjaldemokracji w następujący sposób: „Założenie stojące za klasycznym stanowiskiem socjaldemokratycznym było takie, że państwo pod kontrolą partii jest pierwszą i główną instytucją wprowadzania zmiany społecznej, inżynierem sprawiedliwości społecznej. Co więcej owa, swojego czasu, dominująca koncepcja dotyczyła państwa, będącego aktorem zmian operującego na polu społecznym niejako od góry, jak inżynier naprawiający maszynę. Rolą ruchu pracowniczego, popierających mas, było doprowadzenie inżynierów społecznych tam, gdzie mogli rozwinąć i posłużyć się państwowymi narzędziami. Zastosowanie polityki postrzegane było jako sprawa czysto techniczna, najlepiej jeśli pozostawiona ekspertom”.(23)

Chociaż jest to użyteczny krytyczny opis, to jej podejście jest głęboko problematyczne. Niespójność socjaldemokracji ogranicza do kwestii ideologicznych i zakłada, że partie socjaldemokratyczne jeszcze zanim doszły do władzy posiadały, dobrze rozwiniętą ideologię biurokratyczną. Wainwright zdaje się jednak czytać historię od końca do początku, zamiast w przeciwnym kierunku. Jak podkreślał między innymi Robert Michels, partie socjaldemokratyczne rozpoczęły swą drogę z ideałem stworzenia partycypacyjnego systemu społecznego, w którym zwykli ludzie pracy są głównymi aktorami. Z czasem gdy owe ruchy zdobywały więcej władzy państwowej, koncepcje inżynierii społecznej znacząco zyskiwały na znaczeniu wewnątrz partii, a wewnętrzne struktury partyjne stawały się coraz bardziej hierarchiczne. Będąc już u władzy, socjaldemokraci mocno chwycili się koncepcji, które pasowały do ich potrzeb zarządzania państwem oraz stworzenia “odgórnego socjalizmu”.  

Powyższa historia nie jest typowa tylko dla socjaldemokracji, można ją odnaleźć patrząc na drogę, którą pokonywały “alternatywne partie” z lat 70. i 80.  – Zieloni w Niemczech oraz Sosialistisk Venstreparti w Norwegii. Przyczyna takiego stanu rzeczy nie ma charakteru ideologicznego, lecz raczej instytucjonalny. Wejście do rządu powoduje przede wszystkim konieczność udziału w praktycznie permanentnym wyścigu wyborczym, gdzie wciąż powstaje zapotrzebowanie na profesjonalne przywództwo, które to z kolei nieprzerwanie, z dnia na dzień, zajmuje się prezentowaniem poglądów partii na sprawy przedstawiane w gazetach. Potrzeba takiego elastycznego przywództwa podważa wewnętrzną demokrację w partii. Po drugie, a co nawet ważniejsze, wchodząc w strukturę państwową, przystępuje się do wysoko zbiurokratyzowanego, profesjonalnego aparatu państwowego, który niezależnie od tego czy jest kontrolowany przez “socjalistów” czy też nie, ugruntowany jest na podstawowej zasadzie zarządzania ludnością. Taki odgórny aparat nie może zostać zdemokratyzowany w żadnym sensie tego słowa. Państwo opiera się na podejmowaniu zadań uprzednio realizowanych bądź w sferze obywatelskiej, bądź w rodzinie (a do pewnego stopnia na rynku), przekazując ich wykonanie zawodowej biurokracji,  robi to jednak na niewystarczającym poziomie. Odwrotnie niż resorty państwowe, które powinny podlegać zgromadzeniu narodowemu ustanowionemu za pomocą powszechnego głosowania struktura musi składać się z zawodowców podejmujących decyzje, w sytuacji kiedy wykażą zdolność do zarządzania aparatami administracyjnymi.  

Komunalizm wyznacza linię między sztuką rządzenia państwem a polityką i jest zdecydowanie lepszym [niż opisane wyżej] narzędziem do zrozumienia różnicy między włączeniem się w tworzenie państwa a tworzeniem miasta. Polityka, jak pisze Janet Biehl, „oznacza działanie obywateli w publicznym organizmie, wyposażonym we wspólne, naprawdę partycypacyjne instytucje”, zaś sztuka rządzenia państwem jest systemem składającym się z elit i mas, który to „już na wstępie zakłada ogólne zrzeczenie się władzy przez obywateli. Redukuje ona ich do ‘płatników podatków’ oraz ‘wyborców’ czy ‘komponentów’, jak gdyby nie dorośli czy byli zbyt niekompetentni aby samemu zatroszczyć się o sprawy publiczne. Oczekuje się od nich jedynie pasywnego funkcjonowania i pozwolenia na to, aby ich najważniejszymi sprawami zajęły się elity”.(24) Żeby uzyskać pełen obraz musimy dodać, że taka sztuka rządzenia państwem nie wyklucza powszechnego uczestnictwa per se, wyklucza jedynie władzę ludu. Mieszkańcy miasta mogą być bezpośrednio zaangażowani we wpływanie czy nawet zarządzanie państwową polityką na poziomie wspólnot lokalnych. Ogólnoświatowe doświadczenia z wdrażaniem budżetu partycypacyjnego wyraźnie wskazują, że “partycypacja” może zostać wykorzystana do podniesienia “zdolności rządzenia” przez elity.

Dla komunalizmu wkroczenie w obszar miejski – magistratu – jest fundamentalnie odmienne od wkroczenia w sferę państwa. Mówiąc słowami Janet Biehl: “najważniejszym wspólną cechą magistratów jest to, że wszystkie z nich są potencjalnymi miejscami powstania sfery politycznej, gdzie tradycja demokracji bezpośredniej (…) może zostać ponownie rozpatrzona i rozszerzona”.(25) Lokalna społeczność zawsze stanowiła bazę sfery publicznej, w której ludzie spotykali się jako obywatele, aby dyskutować o najbardziej palących dla ich społeczności sprawach. Tak dzieje się nadal w większości miejsc na świecie, chociażby w Skandynawii, gdzie wiejskie “magistraty” zostały nazwane Ting w celu rozwiązywania konfliktów wybuchających między plemiennymi społecznościami. Sprawy miejskie regulowały tam publiczne zgromadzenia zwane Mót. Komunalizm zakłada, że możliwym jest przekształcenie administracji miejskiej – pod czujnym okiem instytucji demokracji bezpośredniej oraz osób wybranych na tej drodze  – w sposób odbiurokratyzujący administrację oraz zastępujący ją posiadającymi obywatelski mandat instytucjami i organizacjami społecznymi. Elementy budżetu partycypacyjnego, z którymi wiąże się największe nadzieje, są właśnie skierowane w tę stronę. Jednym z głównych argumentów podejmowanych przez oponentów demokracji bezpośredniej, nie wspominając o tych z “lewicy partycypacyjnej”, jest pytanie, w jaki sposób będą podejmowane decyzje na poziomie miasta, regionu czy nawet na poziomie międzynarodowym. Odpowiedź na nie znajduje się częściowo w samej idei budżetu partycypacyjnego, konkretnie zaś w konfederacyjnym systemie zgromadzeń wybieranych i powoływanych delegatów, którzy mogą działać mniej więcej tak, jak fora delegatów w Porto Allegre czy Recife.

Anarchistyczna perspektywa przeciwna współpracy z urzędem miejskim porównuje to z zaangażowaniem we współpracę z władzami państwowymi. Komunalizm nie jest jednak tak krótkowzroczny jak anarchizm i jest w stanie rozróżnić pewne układy społeczne. Właściwie określa linię podziału – w przeciwieństwie do anarchizmu – między zarządem a państwem. Jak pisał Murray Bookchin, każde społeczeństwo potrzebuje określonego rodzaju zarządu, ale niekoniecznie musi być nim państwo: „Gdy państwo jest instrumentem, za pomocą którego uciskające i wyzyskujące klasy regulują oraz kontrolują zachowania klas wyzyskiwanych, urząd – lub inaczej sam ustrój administracji państwowej – stanowi zespół instytucji stworzonych, po to aby w sposób uporządkowany oraz z zachowaniem wszelkich reguł zajmować się problemami wspólnotowego życia. Każda zinstytucjonalizowana organizacja, która kreuje system zajmujący się sprawami publicznymi – z udziałem bądź bez udziału państwa – jest z konieczności zarządem. Natomiast każde państwo, mimo że przyjmuje formę zarządu, zawsze jest narzędziem kontroli oraz represji klasowej”.(26) Strach przed “przejęciem władzy”, leżący u podstaw reakcji przeciw budżetowi partycypacyjnemu, postrzeganemu jako przejęcie władzy państwowej, najzwyczajniej prowadzi do ucieczki przed “społeczeństwem” w stronę niewielkich centrów społecznych, skłotów, wiosek ekologicznych itp. Niemniej próby tworzenia niewielkich społeczności na obrzeżach dzisiejszych społeczeństw, nie mają szansy stworzenia realnego zagrożenie dla istniejących stosunków władzy, a wręcz mogą prowadzić do pozostawienia ich takim jakimi są obecnie. Purytański insurekcjonizm względem władzy, typowy dla tak wielu z anarchistycznych kółek nie tylko podważa potrzebę budowy alternatywnej struktury władzy, lecz także zaprzecza potrzebie pokazania ludziom, że alternatywne i demokratyczne sposoby organizowania społeczeństwa są możliwe.

Rozwój demokracji w miejskim samorządzie

Jak wskazano wcześniej w tym artykule, paradoksy budżetu partycypacyjnego wynikają z jego usytuowania w ramach konfliktu różnych form – starych i nowych. Z jednej strony istnieje nowa grupa instytucji politycznych opartych na bezpośrednim udziale obywateli, z drugiej zaś można zaobserwować czysto administracyjne rozszerzanie zarządzania ludźmi przez państwo. Musimy wkroczyć w ten problematyczny obszar wzajemnie zwalczających się sił polityki i administracji państwowej, ale musimy to robić w sposób świadomy. W przeciwieństwie do „lewicy partycypacyjnej” nie wierzymy, że instytucje demokracji bezpośredniej oraz przedstawicielskiej mogą się wzajemnie uzupełniać. Nie wierzymy także, że możemy korzystać z państwa jako instrumentu pośredniczącego w działaniu demokracji bezpośredniej. Wchodzimy w działania na poziomie samorządu, ponieważ wierzymy, że właśnie tam można ustanowić to, co określamy jako demokrację w pierwotnym znaczeniu tego słowa – rządy ludu.

W przypadkach, gdzie już istnieją partycypacyjne formy samorządu lokalnego, musimy do nich przystąpić, natomiast tam, gdzie ciągle jeszcze ich nie ma, musimy zacząć prowadzić politykę samorządową w celu ich stworzenia. Naszym celem jest ciągły rozrost, rozwój skali i zasięgu demokracji bezpośredniej w partycypacyjnej polityce władz miasta. Jeżeli w pierwszym kroku uda nam się osiągnąć poziom powszechnych zgromadzeń, gdzie otrzymamy rolę doradczą w procesie ustalania budżetu, będziemy kontynuować pracę w celu przekazania im praw do podejmowania decyzji dotyczących samego budżetu. Tym samym pójdziemy dalej, żądając, aby podatki i inne części finansów publicznych, znalazły się pod bezpośrednią kontrolą obywateli, jak również żądając rozszerzenia zasięgu zgromadzeń na inne sfery, takie jak planowanie przestrzenne, zdrowie, edukacja i inne.

Niemniej, podczas dążeń, aby to osiągnąć zorientowaliśmy się, że jesteśmy w mniejszości. Siły, które broniły mieszanej formy demokracji, jak Dahal i „lewica partycypacyjna” – albo chociaż myślący, że dzisiejsze społeczeństwo jest wystarczająco demokratyczne – są w znacznej większości. Musimy jednak wiedzieć, że społeczne realia, w których działamy nie są zależne od naszego wyboru i nie funkcjonują właściwie. Nie powinniśmy unikać zawierania sojuszy z innymi grupami, jak ,,lewica partycypacyjna”, która pracuje nad bardziej bezpośrednią formą demokracji. Jednym z przykładów była kampania ws. budżetu partycypacyjnego w Oslo, gdzie organizacja Communalist Democratis Alternative była jednym z jej głównych organizatorów. Zainicjowana w 2004 r. przez sojusz społeczny, składająca się z niepartyjnych grup i organizacji wspólnotowych kampania, wystosowała petycję obywatelską(27) do rady miasta domagając się wprowadzenia budżetu partycypacyjnego w przynajmniej jednej z szesnastu dzielnic. Mimo przegranej, wsparcie politycznej mniejszości w radzie miasta pozwoliło na nowo wprowadzić kwestię demokracji samorządowej do porządku obrad. Pracujemy nad radykalizacją naszych żądań i instytucji partycypacyjnych w samorządzie lokalnym. Te sojusze prawdopodobnie upadną ale zostaną utworzone nowe. Oczekujemy, że wiele osób mówiących dzisiaj o demokracji uczestniczącej – nie wyłączając ,,lewicy partycypacyjnej” – będzie odkrywać swoje prawdziwe oblicza i zakończy swoje działania, kiedy będziemy żądać rozszerzenia uczestnictwa w rządzeniu.

Wiadomo, że nawet ta droga ma swoje reformistyczne pułapki. Najważniejsze jest to, że formy demokracji bezpośredniej mogą w szczególnych przypadkach, współistnieć z państwowymi formami rządzenia i jako budżet partycypacyjny pokazywać, że niektóre stopnie ,,władzy ludu” mogą być uznane w dzisiejszym społeczeństwie. Nie ma gwarancji, że ta strategia okaże się sukcesem, ale jest kilka rzeczy, które możemy zrobić w celu jej realizacji. Po pierwsze, musimy być pewni, że mamy organizację z jasnymi zasadami, która określa to w jakim kierunku podążamy. Musiałaby ona kontrolować tych członków, którzy tworzą sojusze bądź wchodzą do samorządu w lokalnych wyborach, i określać trwały mechanizm analizy a zarazem możliwość ich odwołania. To jest organizacja, która powinna decydować, kiedy jej członkowie czy lokalne grupy powinny się wycofać z poszczególnych kampanii i oceniać czy jej delegaci w najlepszy możliwy sposób wyrażają opinie i głosują na posiedzeniach rady miasta. Istotnym niebezpieczeństwem jest to, że ruch może zostać ograniczony ze względu na codzienne realia sprawowania władzy, bądź usatysfakcjonowany swoimi osiągnięciami, nie wykazując dalszej inicjatywy. Nie widzę żadnej innej drogi, niż utrzymanie naszej rewolucyjnej wizji komunalistycznego społeczeństwa oraz wiedzy, z której wynika, iż aby tego dokonać, musimy pozbawić władzy państwo i instytucje kapitalistyczne.  

Strategia ta wydaje się przypominać ideę André Gorza „niereformistycznych reform” lub „poprawy życia, przepisów, struktur, świadomości, naszych własnych organizacji, co podnosi jakość życia, ale także tworzy nowe pole walki o dalszą poprawę sytuacji”.(28) Nasza strategia musi być jednak znacznie bardziej złożona niż powyższe założenia. Zważywszy, że strategia Gorza nie rozróżnia korzyści na te, które mogą być narzucane przez struktury rządu, z którym w rzeczywistości walczymy i te, które mogłyby stworzyć platformę dla zdobywania coraz większych praw i wolności, komunaliści chcą rozwijać programy gwarantujące to, że nasze obecne żądania odpowiadają naszym przyszłym celom. Jak wyjaśnia Eirik Eiglad „nasze maksymalne żądania wymagają zasadniczych zmian społecznych, zaś nasze minimalne wymagania mogą być osiągnięte w ramach istniejącego społeczeństwa – w zasadzie natychmiast. W gruncie rzeczy podstawowym celem przejściowych żądań jest zapewnienie programowego związku między tym, co jest możliwe dziś, a tym co będzie słuszne jutro. Owe przejściowe żądania określone zostały z zamiarem zilustrowania przejścia od dzisiejszych realiów do naszych ostatecznych wizji społecznych, powoływane są do życia dzięki programowemu zaangażowaniu w polityczną praktykę”.(29) Osiągnięcie demokratycznej formy rządów opartych na powszechnych zgromadzeniach obywateli oraz delegatów posiadających ich mandat jest częścią naszego programu maksimum. Zainicjowanie budżetu partycypacyjnego, może być częścią naszych żądań minimalnych. Rozszerzenie systemu partycypacyjnego przez stanowcze umacnianie zgromadzeń powszechnych i ich delegatów, byłoby częścią naszych przejściowych postulatów. Oczywiście, ten program musiałby zawierać szereg innych żądań, które odzwierciedlają różnorodność naszej wizji. Ponadto, wiele innych dziedzin współczesnego społeczeństwa będzie musiało zostać zmienionych, zanim nasze polityczne, gospodarcze, społeczne i kulturalne cele będą mogły zostać urzeczywistnione.

Jeżeli mamy zrealizować naszą wizję, musimy zrobić więcej, niż tylko propagować ją. Musimy przekonać ludzi o praktyczności naszych idei; jak walczyć w sprawie konkretnych zmian społecznych dziś i jak stworzyć sieć demokratycznych instytucji w przyszłości. Budżet partycypacyjny może posłużyć nam za inspirujący przykład. Nie da się go jednak automatycznie przenieść do naszych społeczności. Były burmistrz porto Alegre, Raul Pont, miał rację mówiąc: „budżet partycypacyjny nie może być automatycznie skopiowany, tylko metody mogą być naśladowane. Jak działać, wprowadzenie go w innym miejscu na ziemi, zależy od stopnia politycznego doświadczenia i wiedzy o specyfice danego miejsca. Każde miasto ma swoją własna historię i tradycję”.(30) To jednak połowa prawdy. Metody brazylijskie nie dadzą się bowiem w całości naśladować. Budżet partycypacyjny ukazuje jednocześnie dwie rzeczy. To jaki proces demokratyzacji samorządów miejskich może zostać zainicjowany i w jaki  sposób może zostać zatrzymany. Powinniśmy stworzyć swój własny przykład samorządu miejskiego, by przekonać ludzi, że demokracja bezpośrednia jest realna, walczyć o konkretne zmiany w naszych miastach w zaprogramowany sposób i ostatecznie zbudować sieć instytucji demokratycznych, zrzeszając te, które chcą działać w naszej wspólnej sprawie.

Niektórzy mówią, że jesteśmy zbyt mali, by robić cokolwiek innego poza marzeniem o innym świecie, ale w rzeczywistości jesteśmy zbyt mali, by mieć nadzieję, że samo tworzenie wizji wpłynie na szerszą grupę ludzi. Nie stać nas na to, by odrzucić ideę wejścia w sojusz z ruchami, które są mniej radykalne niż my, albo na ideę wejścia do rady miasta, by zdemokratyzować instytucje miejskie.

To jednak zależy od naszej zdolności do stworzenia organizacji, która potrafi przekształcić takie eksperymenty z demokracją bezpośrednią i uczestniczącą w prawdziwy, potężny ruch polityczny. Obietnica budżetu partycypacyjnego leży w jego zdolności do przewidzenia przyszłości, w której administracja robi to, o czym zdecydują mieszkańcy – naszym zadaniem jest zadbanie o to, żeby ten obraz stał się rzeczywistością.



1) Jako przykład może posłużyć międzynarodowa organizacja Attac, której głównym postulatem jest opodatkowanie spekulacji walutowych, wpisujące się w logikę rynków finansowych.
2) I. Ramonet, „The promise of Porto Alegre”, w: Le Monde Diplomatique, styczeń 2001.
3) H. Wainwright, „People Power”, w: The Guardian z 18 lipca 2003.
4) Na temat komunalizmu można przeczytać w dwóch doskonałych wykładach: „The Communalist Project”, napisany przez Murray’a Bookchin’a, twórcy komunalizmu jako filozofii politycznej (Communalism: International Journal for a Rational Society nr 2, listopad 2002) oraz „Communalism as Alternative”, tekst Eirik’a Eiglad’a stanowiący deklarację redakcji pisma Communalism (Communalism: International Journal for a Rational Society nr 1, październik 2002)
5) Oficjalna informacja podana przez Urząd Miasta Recife (www.recife.pe.gov.br/pr/secorcamento).
6) M. Gret, Y. Sintomer, The Porto Alegre Experiment – Learning Lessons for Better Democracy,  New York 2005, s. 64–65.
7) Cyt. za Gret i Sintomer, „wpływy z lokalnych podatków zwiększały się od 85 mln w 1988 r., 163 mln reis w 1991 r., do 246 mln reis w 1999 r.”, Gret i Sintomer, The Porto Alegre Experiment, s. 54.
8) R. Abers, Inventing Local Democracy: Grassroots Politics in Brazil, London 2000, s. 121.
9) G. Baiocchi, Militants and Citizens: The Politics of Participatory Democracy in Porto Alegre, California 2005, s. 3.
10) Jakkolwiek te dane należy traktować z pewną dozą sceptycyzmu, to nie należy mieć żadnych wątpliwości, że budżet partycypacyjny przyczynia się do takich rezultatów poprzez zwiększanie aktywności obywatelskiej na poziomie sąsiedzkim. L.A. Campos, „On the City-Congress in Belem do Para, Brazil,” wykład wygłoszony w trakcie International Conference on Participatory Democracy in Stockholm, 9-10.11.2004.
11) Abers, Inventing Local Democracy, s. 491.
12) Gret, Sintomer, The Porto Alegre Experiment, s. 22.
13) Abers, Inventing Local Democracy, s. 88.
14) B. S. Santos, „Participatory Budgeting in Porto Alegre: Toward a Redistributive Democracy”, w: Politics and Society, t. 26, nr 4, grudzień 1998, s. 487.
15) The World Bank Group, “Accountability and Transparency in Municipal Governments” (http://www1.worldbank.org/wbiep/decentralization/Topic13.7.htm, dostęp z  07.10.06).
16) C. Herzberg, „Participatory Budgets in Germany and Europe: A Report on the Process and Results” prezentacja dla Norwegian Commission on Local Democracy, 11.01.06, Centre March Bloch, Berlin (E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. ).
17) Abers, Inventing Local Democracy, s. 50-51.
18) A. Vera-Zavala, Deltagande demokrati, Stockholm 2003, s. 34.
19) Cyt. za „Platform of The Mayorship of Porto Alegre”, 1988, w: Abers, Inventing Local Democracy, s. 67.
20) H. Wainwright, Reclaim the State : Experiments in Popular Democracy, London 2003, s. 186.
21) R. Dahl, After the Revolution: Authority in a Good Society, New Haven 1990, s. 52.
22) Tytuł książki Wainwrights, Reclaim the State (Odzyskać Państwo) kwestionuje to czy rzeczywiście jest co odzyskiwać, skoro państwo od początku istnienia nigdy nie było własnością ludzi?
23) H. Wainwright, Reclaim…, op. cit., s. 11.
24) J. Biehl, The Politics of Social Ecology: Libertarian Municipalism, Montreal 1998, s. 4 –5.
25) Tamże, s. 54.
26) M. Bookchin, op. cit.
27) Zgodnie z Norweską Ustawą Samorządową mieszkaniec bądź mieszkanka może wyjść z „inicjatywą obywatelską”, jeśli pod propozycją złożoną w radzie miejskiej zbierze określoną ilość podpisów. Rada miasta jest zobowiązana przedyskutować i przegłosować dany wniosek w przeciągu roku.
28) M. Albert, “Looking Back, Moving Forward” na www.zmag.org. Powód, dla którego posłużyłem się cytatem z książki Michael’a Albert’a, a nie André Gorz’a jest tylko taki, że koncepcje Gorz’a wciąż znajdują się w bliskim sąsiedztwie do dzisiejszego ruchu radykalnego. Koncepcja „poszerzania klatki” autorstwa Noam’a Chomsky’iego, co warto zauważyć, nie różni się zbytnio od „niereformatorskich reform” w koncepcji Gorz’a.
29) E. Eiglad, “Libertarian Municipalism and the Radical Program”, w: Communalism: International Journal for a Rational Society nr 7, październik 2005.
30) Wywiad z Raul Pont, byłym burmistrzem Porto Alegre, “Informality as a culture of dialogue: Three Mayors of Porto Alegre face-to-face,” niepublikowany skrypt autorstwa Giovanni Allegretti (E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. ).


Artykuł został pierwotnie opublikowany w piśmie Communalism, International Journal for a Rational Society nr 10, czerwiec 2007 r., jego tłumaczenie opublikowane była na łamach 11 numeru Przeglądu Anarchistycznego.

Tego samego autora

Brak pasujących artykułów


Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian