Nangar Khel, czyli sprawy nie było

Paweł Michał Bartolik
Drukuj
khel31 czerwca 2011 r. polski „niezawisły” sąd uznał za niewinnych polskich żołnierzy, którzy 16 sierpnia 2007 r. dokonali – zgodnie ze wszelkimi „prawidłami sztuki” – kolonialnej pacyfikacji afgańskiej wioski Nangar Khel, zabijając na miejscu 6 osób, w tym kobiety i dzieci. Dwie kolejne osoby zmarły później w wyniku odniesionych ran, a trzy pozostały trwale okaleczone.

Przychodzą na myśl słowa Johna Reeda, napisane w środku rzezi pierwszej wojny światowej:

Nienawidzę żołnierzy. Nienawidzę widoku człowieka z bagnetem umocowanym na karabinie, mogącego nakazać mi zejście z ulicy. Nienawidzę przynależności do organizacji, dumnej z posłuszeństwa kaście wyższych istot, dumnej z zabijania wolnych idei, aby móc tym skuteczniej zabijać z zimną krwią istoty ludzkie. Powiedzą ci, że armia poborowych jest demokratyczna, gdyż każdy musi w niej służyć; lecz nie powiedzą ci, że służba wojskowa infekuje twą krew wirusem ślepego posłuszeństwa, czy też ślepej nieodpowiedzialności, że wytwarza ona klasę dowódców w twym państwie i twej fabryce; i że przyzwyczaja cię, byś robił to, co ci powiedzą, nawet w okresie pokoju.

Skoro tak – cóż rzec o żołnierzach zawodowych, którzy infekują swą krew wirusem ślepego posłuszeństwa z własnej nieprzymuszonej woli? Którzy po zmasakrowaniu niewinnych cywili tysiące kilometrów od własnego domu za najlepszą wieść uznają fakt, że dalej będą mogli służyć w instytucji, w której szeregach to uczynili? Niech każdy sam sobie na to odpowie.