Wybory 2007. Polska demokracja jako Zombie

rozbrat.org
Drukuj
Ponad 50 procent Polaków poszło głosować w ostatnich wyborach parlamentarnych. Zdecydowanie więcej niż dwa lata temu. Trudno się dziwić, skoro przyjęli taką dawkę adrenaliny prosto w żyły. Postawiłaby ona na nogi nawet trupa. "Niepełnosprawność - pisała na swoich internetowych stronach jedna z ogólnopolskich stacji telewizyjnych - nie zwalnia z obowiązku głosowania". Czy także niepełnosprawność umysłowa?

Media uczyniły wszystko, żeby przedstawić głosowanie jako wydarzenie epokowe, nadać mu odpowiedniego dramatyzmu i przyciągnąć miliony ludzi do odbiorników. Odegrano spektakl i odniesiono spory sukces. Pobito rekordy oglądalności. Wszyscy zgodnym głosem namawiali do głosowania: politycy, kościół, artyści. Wszelkie pytania po co głosować, uznano za głupie lub obelżywe. Wszelkie skargi, ze nie ma na kogo głosować - jako przejaw małostkowości albo zbytecznej politycznej pedanterii. Że skutecznie w kampanii pominięto najważniejsze pytania? Skoro bohaterowie obsadzeni w głównych rolach, nie różnili się w ocenach, to czy sens miało prowokować dyskusje? No fakt - po co? Wojskowa obecność w Iraku i Afganistanie (zagłosuję jeszcze raz na morderców), stosunek do prokapitalistycznych reform (zagłosuję jeszcze raz na burżujów), a przede wszystkim ocena polskiej demokracji parlamentarnej (zagłosuję jeszcze raz na skorumpowanych polityków). We wszystkich tych punktach panowała zdumiewająca jednomyślność - "idź i spełnij swój obywatelski obowiązek".

Donald Tusk, bezwzględnie zwycięzca w tym politycznym "tańcu z gwiazdami", może po wielu latach cieszyć się tryumfem. Jak w dobrej grze komputerowej miał wiele politycznych żyć, aby wreszcie odnieść sukces. Romans z Kaczyńskimi pod patronatem Lecha Wałęsy nie był udany, choć wówczas oba obozy wymachiwały siekierami. Obiecanych 100 mln. nikt nie dostał. W 1993 roku ugrupowanie Tuska Kongres Liberalno-Demokratyczny (KLD) poniósł klęskę w wyborach parlamentarnych nie przekraczając progu wyborczego. W tamtych wyborach Tusk wraz z kolegami obiecywał "milion nowych miejsc pracy", a skończyło się na ponad 3 mln. bezrobociu. Dygresja: dziś po ponad 10 latach okazuje się, że projekt się realizuje, z tym że są to nowe miejsca pracy poza naszym krajem. Jednak z debacie z Kaczyńskim Tusk nie czuł się tym faktem zbity z tropu. Sugerował, że wyjeżdżając na Zachód za chlebem pracownicy po prostu wybrali gospodarkę liberalną. Mylnie zatem sądziliśmy, że było to uchodźstwo ekonomiczne, spowodowane liberalną gospodarką, która przyniosła nam wysokie bezrobocie i jeden z najniższych w Europie wskaźników zatrudnienia. Tusk wie, że wszystkiemu winien socjalizm - teraz w wydaniu PiS. Po wyborach w 1993 roku, KLD wspólnie z Unią Demokratyczną, zakładają Unię Wolności. Rolę akuszerki odegrał Leszek Balcerowicz. Liberałowie znów byli razem i w wyborach w 1997 roku, po sukcesie AWSu (Akcji Wyborczej Solidarności) mogli z tym ugrupowaniem stworzyć rząd. Po czterech latach ponowna klęska - AWS i UW zostały starte z politycznej mapy Polski. Ale Donald Tusk już zakładał Platformę Obywatelską, nie partię, ale ruch społeczny - jak zapowiadano. Co z tego projektu zostało? Nazwa. Porzucono wiele programowych celów i chociaż zapowiadano, że ruch nie będzie finansowany z budżetu, koledzy i koleżanki Donalda Tuska przeszli na garnuszek podatników. PO w 2005 roku szykowało się do niepodzielnej władzy, ale los nie sprzyjał. Znowu dotkliwa porażka. Dopiero teraz Donald Tusk odradza się jako zwycięzca. Wielokrotnie pogrzebany zmartwychwstaje i wybawia nas od złego - atak zimna, jesienna sceneria, bliskie Halloween sprawiają jednak, że dalekie to jest od wielkanocnych klimatów. Sformułowanie, że powraca III RP teraz brzmi naprawdę złowrogo - dużej gorzej niż w ustach Kaczyńskiego.

Jest też jednak dobra wiadomość - przegrana PiS. Nie przesadzę jak powiem, że wiele z oddanych na PO głosów to nie tyle zgoda na liberalne pomysły tej partii, ale chęć upokorzenia dotychczasowego rządu: PiS, LPR-u i Samoobrony. I to się udało. Tylko czy cena nie będzie za wysoka? Jeden z moich znajomych mówił, że idzie wybierać między syfem a HIV, czyli między liberałami a pisowcami (retoryka w czasach masowych protestów służby zdrowia jak najbardziej usprawiedliwiona). Problem w tym, że zagrożenie HIV pozostaje, a syf skutecznie obniży odporność immunologiczną organizmu, czyniąc go za cztery lata bardziej podatnym na zarażenie. Co wówczas? Zombie nie zadają takiego rodzaju pytań - już są martwi.

Jarosław Urbański

Tego samego autora

Brak pasujących artykułów