Ruch na rzecz bezpośredniej demokracji

Marek Piekarski
Drukuj
przezNa lewicy i prawicy trwa spór o Polskę, o to czy więcej władzy powinien mieć prezydent czy premier (rząd), jakie kompetencje ma mieć senat i kto powinien w nim zasiadać: czy ma zostać po staremu, czy może powinna być to „rada seniorów”, byłych prezydentów i premierów na emeryturze. Oto obraz polskiej polityki, w 20 lecie polskiego samorządu. Ponoć z im wyższego pułapu patrzysz, tym lepszą masz perspektywę ze względu na powszechną dostępność do informacji. Im bardziej jesteś zaangażowany we władzę, tym bardziej ci się wydaje, że możesz mieć na rzeczywistość wpływ. Niestety, są to pułapki.

Gdy czas ucieka na dywagacjach o sprawach, które można by nazwać globalnymi, zapominamy o działaniach lokalnych. Wyobraźcie sobie, że w tym samym czasie w kazamatach wszelkiego rodzaju biur, urzędów i lokalnych agend, dzień po dniu urzeczywistnia się i cementuje system zarządzania naszymi osiedlami, dzielnicami, miastami. Z czasem staje się to standardem, kierunkiem rozwoju dalekim od akademickich dywagacji, a tym bardziej utopijnych wizji i idei. Jednocześnie to przede wszystkim na poziomie lokalnym system dotyka nas najbardziej: nieekologiczne inwestycje, podwyżki cen biletów, prywatyzacje zasobów komunalnych itd. Niestety nikt zdaje się nie zwracać na to uwagi. Zagryzając zęby i brnąc w „wielkie idee”, jeszcze bardziej oddalamy się od tego, na co możemy mieć realny wpływ. Tam, gdzie powinniśmy być najsilniejsi, jesteśmy najsłabsi.

Partycypacja w mieście – przypadek Poznania

W Poznaniu, od momentu, kiedy się w tym mieście pojawiliśmy, a właściwie, kiedy się zorganizowaliśmy, staraliśmy się skupić wokół idei samorządności. W konfrontacji z istniejącymi realiami chcieliśmy tworzyć zręby jakiejkolwiek alternatywy wobec zcentralizowanego, nomenklaturowego świata. Wychodząc z założenia, że „rząd różni się od samorządu tym, czym gwałt od samogwałtu”, staraliśmy się nadążać za rewolucyjnymi zmianami. Silnym zapleczem był wtedy uniwersytet, a w nim różne formalne i nieformalne organizacje, działające również w samorządzie studenckim. Miasto stanowiło jednak dla nas większą płaszczyznę działań. Tu nasze początki dotyczyły walki o uspołecznienie dóbr rozlatującego się PZPR-u. Jako Międzymiastówka Anarchistyczna i ruch Wolność i Pokój, byliśmy jednym z inicjatorów okupacji KW PZPR. Żądaliśmy przekazania go na cele publiczne. Stało się to w 1990 r. – budynek stał się siedzibą Collegium Historicum UAM.

Z czasem zdaliśmy sobie sprawę, iż „pookrągłostołowy” ferment koncentruje się nie na walce z byłym aparatem władzy o decentralizacje i uspołecznienie, a jedynie o zmianę formy „zarządzania”. W dodatku dawne elity opozycyjne wchodzące w rolę nowych władz naszego miasta korzystały z legitymizacji bardzo korzystnej dla nich koniunktury politycznej. Konsolidacja nowej władzy nastąpiła wokół środowisk liberałów. Zarówno konserwatyści jak i socjaliści stali się elementem gry, w której to liberałowie rozdawali karty. Z różnych powodów nasze środowisko w połowie lat 90. wycofało się na pozycje bardziej autonomistyczne.(1) Jeden z działaczy w tym czasie pisał: „Nadal odczuwamy konieczność realizacji radykalnie demokratycznego programu, przeciwstawnego autorytarnym ruchom, zarówno komunizmu jak i prawicy. Chcemy kształtować wizję społeczeństwa demokracji bezpośredniej, w którym, na wszystkich szczeblach, ludzie sami w sposób autonomiczny kontrolują decyzje ich dotyczące i zasoby, od których są uzależnieni. Chcemy powoływać do życia trwałe wspólnoty i zrzeszenia w miejsce biurokratycznych instytucji państwowych, czyniąc z nich zbędne i archaiczne formy życia społecznego. Pragniemy — tak jak chciał tego Abramowski — wykorzenić w nas samych te potrzeby, ze względu na które pozostajemy pod przymusem polityki i pieniądza. Chcemy innego społeczeństwa, choć nie mamy aspiracji narzucenia komukolwiek swojej wizji świata. Tak rozumiem cele ruchu anarchistycznego. (...) Anarchiści, pacyfiści i zieloni ekstremiści są spychani na margines przez tworzący się nowy establishment...”(2)

Od początku miasto nie traktowało nas na poważnie, lokalne elity starały się marginalizować, ograniczać i ignorować. Wtedy borykaliśmy się przede wszystkim z problemem znalezienia przestrzeni do naszej pracy, zarówno intelektualnej jak i organizacyjnej. Po kilku latach pertraktacji z władzami miasta, zdaliśmy sobie sprawę, że trwa NGO-izacja przestrzeni społecznej, a my stajemy się jej składową. Dlatego w 1994 r. postawiliśmy na skłoting i zajęliśmy puste baraki i hale fabryczne na ulicy Pułaskiego. Od tego momentu miejsce to stało się naszym zapleczem. Jego pierwsze lata mijały pod sztandarem spajania ruchu i a rozwijająca się tam działalność miała charakter „dośrodkowy”. Szybko zorientowaliśmy się jednak, że wolnościowa społeczność nie może być realna w spętywanym coraz bardziej mieście.

Demokracja uczestnicząca

Naszym największym problemem stało się wyjście z dogmatów „akademickiego”, ale i „idealistycznego” myślenia. Nasza dotychczasowa płaszczyzna ideowa i organizacyjna była przestarzała. Nie potrafiliśmy podjąć krytyki destrukcyjnej wizji samorządności, jaką wdrażali rajcy miejscy. Idealizm zepchnął nas na pozycje sentymentalne. Frazesy o demokracji bezpośredniej, anarchosyndykalizmie i szczytnym anarchokomunizmie, stały się dla nas świetnym alibi. Choć idee żywe, to jakby stanowiły tylko hasło, szczególnie z perspektywy początku XXI w. Brak dyskusji, podejmowania spójnych działań na zewnątrz, doprowadziły do wyobcowania ruchu. Żywe idee stały się w większej części ideami raczej głoszonymi niż realizowanymi. To sprawiło, że zubożały stając się ideologiczną fikcją a nie projektem realnej zmiany społecznej. Mimo podejmowanych prób anarchistom w Polsce nie udało się utworzyć oddolnego ruchu opartego na samorządzie terytorialnym. Samorząd został upolityczniony od góry, stając się elementem centralnie zarządzanego państwa, a lokalnie zaczął realizować interesy lokalnych kapitałów. Samorządność przekształcono w parawan  dla neoliberalnych zmian. Tej polityce przyklaskiwała większa cześć dawnej inteligenckiej opozycji.

Koniec lat 90. przyniósł ruchowi nową perspektywę i świeżą interpretacje świata. Antyglobalizm, w który zaangażowaliśmy się od samego początku, stał się przyczynkiem do debaty, niósł za sobą koncepcje już realizowane w praktyce, które nie miały obciążeń akademickich,  a zarazem stanowiły realną odpowiedź na neoliberalne i dominujące w świecie koncepcje. Było to jak fala świeżego, mocno inspirującego powietrza. W ten sposób zainteresowaliśmy się ewolucyjną formą demokracji bezpośredniej – demokracją uczestniczącą. Z wiedzą dającą nową perspektywę przeszliśmy do działania.

Nasza pierwsza próbą podjęcia działania w oparciu o nową idee wiązała się z konfliktem władz miasta i osiedla Krzyżowniki w dzielnicy Smochowice. To tu „interesanci” chcieli wyciąć komunalny las, zlikwidować miejską szkółkę drzewek obsługująca nasadzenia w Poznaniu. Na tym terenie miało powstać pole golfowe. Intratna inwestycja dostała wsparcie ze strony szanowanych lobbystów. Kiedy lokalny komitet, a właściwie jego organizatorzy skontaktowali się z nami, wyszliśmy ze zgoła odmienną strategią niż zawsze. Do tej pory były to działania doraźne. Organizacja demonstracji, pikiet, wieców. Tym razem zaproponowaliśmy powołanie komitetu, wprowadzenie do samorządu dzielnicy swoich ludzi i jednocześnie atakowanie inwestycji. Zaproponowaliśmy otwarcie debaty i pracę nad strategią wspólnego podejmowania decyzji przez mieszkańców – tworząc strukturę poziomą. Chcieliśmy też powiązania lokalnych działań z tym co działo się w innych dzielnicach i komitetach protestacyjnych. Ta strategia została częściowo zrealizowana. Założono stowarzyszenie i w wyborach dzielnicowych wprowadzono 7 na 9 radnych. Ważnym elementem stała się frekwencja w wyborach dzielnicowych. W całym Poznaniu 5%, w Smochowicach 25%. Zaczęto, choć jeszcze w sposób kulawy, organizować spotkania i otwarte dyskusje w dzielnicy.

Sukces, który w naszym rozumieniu odnieśliśmy, stał się jednak elementem dezaktywizującym lokalną społeczność. Pierwszym błędem było zaprzestanie polityki otwartości w stosunku do mieszkańców. Nie wdrożono żadnych nowych nośników informacji, nawet tak prostych jak tablice na osiedlu czy strony internetowe. W ten sposób rada zaczęła się skupiać jedynie na problemie konfliktu z władzami miasta o pole golfowe. Coraz częściej kierowali oczy do góry a nie w dół. Kiedy sprawa została rozwiązana i nastąpiła całkowita blokada inwestycji, ruch, jeśli można tutaj o czymś takim powiedzieć, wyhamował. Nie udało się wówczas, pomimo naszych nacisków, połączyć konfliktów w kilku dzielnicach, z np. trwającym konfliktem w Antoninku (dzielnica Poznania) związanym z planami budowy tzw. „trzeciej ramy komunikacyjnej”, czyli drogi szybkiego ruchu wewnątrz miasta.

To skłoniło nas do analizy problemu. Zdaliśmy sobie sprawę, że wokół konfliktów „ekologicznych” organizują się przede wszystkim ludzie z klasy średniej; że same te konflikty, dotyczą właśnie tych ludzi. Smochowice to dzielnica domków jednorodzinnych na obrzeżach Poznania. Przylegają do niego las i jezioro. Nasza hipoteza potwierdzała się z czasem przy następnych konfliktach, chociażby przy sporze wokół lotniska dla samolotów wojskowych F-16 i o tor wyścigowy.

Mieszczanie za burtą

Dominująca dziś wizja samorządu stanowi konsekwencje pewnego zaniedbania, za którą również i my ponosimy odpowiedzialność. Brak analizy i brak działań doprowadziły do rozpowszechnienia poczucia, iż „nie ma innej drogi”. Stara teza Margaret Thatcher stała się ideowym sztandarem nowych elit. Najlepiej sytuowana część mieszczaństwa dumnie kroczyła z nią przez lata 90. Zapraszano ją na bankiety, czasem nawet ściekło coś z kredytowanych inwestycji. Jak mówił Francis Fukuyama autor Końca historii, społeczeństwo kapitalistyczne miało stać się bezklasowym dzięki temu, że wszyscy zasilimy szeregi klasy średniej. Jednak jedyna prawdziwa funkcja tak sformatowanej ideologii, polegała na tworzeniu parawanu dla działań wielkich biznesmenów. To działało do końca pierwszej kadencji Ryszarda Grobelnego, od wielu lat funkcjonującego prezydenta miasta.

Jak wiemy apetyt rośnie w miarę jedzenia. Bogaci dzięki powiązaniom z władzą, stają się coraz bogatsi i z braku jakichkolwiek form oporu społecznego, tracą nawet ochotę na dzielenie się czymkolwiek. Człowiekiem pretendującym do reprezentowania ich interesów był i pozostał Ryszard Grobelny. Nie ukazujący się już Dziennik Poznański po jego drugim wyborze na stanowisko prezydenta napisał, że „za wygraną Grobelny zapłacił oczyszczeniem 100 kluczowych stanowisk w mieście”. Faktycznie, w ciągu kilku miesięcy polecieli dotychczasowi prezesi i dyrektorzy zależnych od miasta spółek, a zastąpili ich albo skrajni liberałowie, albo bierni lecz wierni funkcyjni ludzie prezydenta. To nie tylko incydent, ale tendencja, która w szerszym sensie wykluczyła z uczestnictwa we władzy, a nawet z dyskusji na temat jej powinności i metod działania, także sporą część mieszczańskiej inteligencji. Zwycięzca bierze wszystko! Niektórzy zrozumieli, że stracili wpływ na cokolwiek. Świadomość tego bardzo zabolała. Elity inteligencji w naszym mieście przeżywają do dziś traumę z tego powodu.

Świadomość ta stała się przyczynkiem do zmiany strategii. Trauma odrzucenia okazała się na tyle dotkliwa, że zaczęto podejmować działania zaczepne, mające na celu stworzenie nowej perspektywy dla odtrąconych elit. Środowiska te zaczęły przyłączać się do niemal wszystkich akcji związanych z konfliktami lokalnymi. Początkowo mieliśmy nawet nadzieję, że w zasięgu ręki jest połączenie tych protestów w spójny ruch miejski. Na przeszkodzie tym planom stanęło jednak „stare widmo” demokracji przedstawicielskiej. Kiedy bowiem dobrnęliśmy do kolejnych wyborów do władz miasta, nasze obawy i przeczucia się potwierdziły. Bez naszego udziału powstał komitet, który wpisał sobie w program demokrację uczestniczącą, ale samo jego powołanie budziło wiele kontrowersji. Zapewne można było się pokusić o walkę w wyborach o mandat radnego, odstraszało jednak to, iż zabrakło myślenia o wyborach w szerszym, niż tylko mieszczańskim, kontekście: środowisk pracowniczych, mieszkańców zdanych na komunalne kamienice i transport publiczny, nie mówiąc o bezrobotnych i bezdomnych.

Po ostatnich wyborach w stosunkach władzy w Poznaniu nie zmieniło się nic. Te same twarze, te same grupy interesów, ten sam kierunek rozwoju miasta. Zmieniło się jednak coś, co można by nazwać warunkami zewnętrznymi. Po wejściu do Unii Europejskiej pojawiły się nowe formy finansowania inwestycji miejskich. Tej okazji władze nie chciały przepuścić. Pojawił się jednak problem wymaganych przez UE konsultacji społecznych. By wyciągnąć pieniądze, władze musiały pokazać, w jaki sposób przedstawiły projekt lokalnej społeczności i jak z nimi rozmawiały na temat jego akceptacji. Zaczęły się schody i kolejna odsłona gry pozorów. Mogliśmy to obserwować z bliska przy okazji konsultacji związanych z inwestycjami drogowymi (budowa dróg rowerowych), budowy spalarni odpadów, czy wielu innych działań miejskich urbanistów.

Mimo wszystko widać jednak, iż ognisk samoorganizującego się oporu przybywa, coraz więcej „pozaratuszowej” opozycji pojawia się nie tylko na protestach, ale na posiedzeniach rady, komisji i innych ciał samorządu lokalnego. Przedstawiciele tych środowisk, w tym anarchistycznych, przedstawiają własne zdanie, koncepcje, polemizują i bez pardonu krytykują. Wytykają niewiedzę i interesowność. Od ponad 2 lat atmosfera gęstnieje, do tego stopnia, iż rada Poznania dyskutuje nad statutem miasta i chce ograniczyć prawo mieszkańców do wypowiadania się na jej forum. Rada nie chce słyszeć krytyki. Ale to dowód kryzysu.

Kryzys miasta-firmy

Odnalezienie się w rzeczywistości powszechnie panującego protekcjonalizmu i lobbingu jest trudne. Na każdym kroku widzimy jak łączą się interesy małego i dużego biznesu, oraz malej i dużej polityki. Głównym problemem tych zależności jest to, iż blokują one jakiekolwiek oddawanie władzy w dół. Ten impas trwa od przemian 1989 r. Wyjściem z niego miały być samorządy terytorialne, posiłkowane przez organizacje pozarządowe. Choć i nam bliska była wyjściowo ta koncepcja, szybko jednak okazała się słabym elementem nowego systemu. Nastąpiła implozja i wszystko zawaliło się do środka. Demokracja przedstawicielska została dostosowana pod potrzeby zarządzania na neoliberalną modłę. Mimo próby zmiany tej tendencji, przez np. atak na upartyjnienie samorządu trwa ona w najlepsze. Przez centralistyczne praktyki społeczeństwo zostało pozbawione narzędzi wpływania na swoje miasto. Organizacje pozarządowe mimo dobrej woli, nie zbudowały oczekiwanego „społeczeństwa obywatelskiego”. Zamiast stanowić źródło oporu, przekształciły się w wasali władzy, ciągniętych na powrozie grantów i gratyfikacji.

Przekształcenie polityki miejskiej w politykę korporacyjną to problem znany nie tylko z Poznania, dotyczy on również większości miast w Polsce jak i całego świata. „Poznań stawia na sport”, „Poznań – tu warto żyć”, wreszcie ostatnia odsłona „Poznań – miasto know how”. A do tego miasto nie ma już herbu – tylko logo. Cała logika polityki w mieście została ograniczona do interesów, jakie robią elity. Nie bez kozery w ostatnim spocie reklamowym Poznania występują nie zwykli ludzie, a wielkie firmy: Volkswagen, Nivea, Kruk. Promocja jest też kierowana do tych, co posiadają pieniądze – „inwestorów”. To oni są i mają pozostać beneficjentami miejskiej polityki. „Termin know-how może nie być zrozumiały dla wszystkich – pisał twórca ostatniej kampanii reklamowej miasta Poznania – ale też powiedzmy otwarcie, że przekaz marki Poznań też nie jest skierowany do wszystkich. Jest skierowany do tych, od których możemy prędzej czy później coś uzyskać. Po to jest marka. Marka miasta istnieje dla zysku, zysku różnorakiego, również społecznego, a nie dla połyskiwania dumą na festiwalach, albo dla podobania się. Zysk płynie z grup odbiorców, czyli z grup celowych. W grupach celowych, które zdefiniowaliśmy, termin know-how jest znany. I tyle.”(3)

Wreszcie władze miasta, jeżeli już nie mają innego sposobu, chwytają się argumentu najważniejszego – Euro 2012. Ostatnio nasze środowisko wiele razy wytykało, iż absurdem jest wydatkowanie blisko miliarda złotych na stadion (wraz z inwestycjami wokół), z tego nie mniej niż 500 mln z kasy samorządu. Za krytykę polityki budżetowej m.in. nie przewidującej kosztów utrzymania tego typu molocha, z hukiem wyleciał w zeszłym roku sekretarz miasta.  Wobec twierdzenia, że wydane pieniądze na budowę stadionu przekładają się na polepszenie koniunktury, odpowiadaliśmy, że pieniądze te można było wydać na inne cele – np. budownictwo komunalne, co miałoby dalece większe znaczenie ekonomiczne, jak też społeczne. Ale mieszkań komunalnych buduje się w Poznaniu jak na lekarstwo, choć jest już 1,6 tys. rodzin czekających na eksmisje z prawem do lokalu zastępczego.

Pogłębiająca się destabilizacja ekonomiczna miasta może mieć poważne konsekwencje. Największe miasta w Polsce, w tym Poznań, zadłużając się do granic możliwości, powtarzają scenariusz znany chociażby z Grecji. Po olimpiadzie w 2004 r. Saloniki i Ateny są dziś miastami bankrutami, ciągnącymi na dno całą Grecję, a za nią UE. W Polsce ten scenariusz rozgrywa się w podobnej scenerii, u nas zamiast olimpiady jest Euro 2012. Miliardowe zastrzyki finansowe pochodzące z kredytów, wpompowuje się w doraźną inicjatywę, którą można by nazwać kaprysem elit. Kaprys ten jednak nie zmieni zasobności portfela zwykłego obywatela, nie poprawi jego codziennego życia. Poprawi i ugruntuje pozycje oligarchów, którzy podzielą się zdobyczą – zyskami z tej inwestycji.

Można by pokusić się o pytanie – czy to dobrze czy źle? Niektóry w środowisku anarchistycznym uważają, że im gorzej tym lepiej. Przypatrując się polskiej sytuacji mamy do czynienia niewątpliwie z biegiem ku przepaści. Cel osiągniemy. Jednak w jakim kierunku dzięki temu zwrotowi pójdziemy dalej? Skąd przekonanie, że za zakrętem będzie już wszystko pięknie. Tu trzeba odnieść się do historii i 1989 r. Jeśli potraktować lata 70. i 80. jako ten bieg ku przepaści, wiemy, że na dobre to społeczeństwu nie wyszło. Nikomu się nie śniło, że państwo może stać się bankrutem. Po 20 latach można postawić pytanie – „czy miasto może zbankrutować?”. Czy konsekwencją będzie samoorganizacja społeczeństwa? Tego zaszczutego, zatomizowanego, spauperyzowanego dziś społeczeństwa? A może resztę naszej kontroli w ramach samorządu będziemy musieli oddać wierzycielom z banków? Taką samą sytuację wykorzystano w 1992 r. w Porto Alegre. Budżet półtoramilionowego miasta był w opłakanym stanie, więc władze oddały go w ręce obywateli i przekuto klęskę neoliberalnej ekonomii na sukces demokracji.

Jakbyśmy nie patrzyli na dzisiejsze problemy panujące w miastach, nie tylko w Poznaniu, są one wynikiem naszej inercji. Zasadniczym problemem jest dziś generalny brak działaczy funkcjonujących lokalnie, znających problemy i potrafiących proponować rozwiązania decentralistyczne, zrównoważone i niegenerujące ekonomicznego wykluczenia. Samorządy terytorialne bez pracy merytorycznej i działań w terenie, przestały spełniać charakter „samoorganizującego się społeczeństwa”, a stały się fasadą do załatwiania partykularnych interesów liderów partyjnych. Dzięki kilkuletniemu doświadczeniu wiemy, że owe kukły wylansowane na ekspertów nie mają pojęcia, a nawet nie są zainteresowane tym, co się dzieje na dole społeczeństwa.

Debatując o świecie zaczynamy zapominać o reagowaniu na podstawowe jego problemy. Nie ma lepszej reakcji jak tworzenie alternatyw. Taką realną alternatywą jest zburzenie mitu nieomylności władzy, wyzbycie się autorytetów, jakie ona tworzy, aby na tej podstawie pracować z ludźmi, interpretując i zmieniając świat.

Artykuł został opublikowany we wrześniowym numerze polskiej edycji Le Monde Diplomatique.



1) Autonomistyczne nie mylić z włoskim ruchem operaismo. W Polsce autonomistyczne znaczy nic innego, co kontrkulturowe. Skupione wokół doraźnych działań społeczno-politycznych i skoncentrowane na tworzeniu autonomii kulturowej.

2) Jarosław Urbański, „Refleksje”, Mać Pariadka 6/1992.

3) Marek Bańczyk, współorganizator strategii marki POZnan*, prezes Instytutu Konkurencyjnej Ekonomii Regionów, członek założyciel think-thanku Konsorcjium Metropolia Poznań.  Artykuł „ Marka Poznań: start nowej ery” 08.04.2009,