Buntownik niedostrzegający na horyzoncie niczego prócz ściany przymusów, zazwyczaj rozwala sobie o nią łeb albo kończy, najgłupiej na świecie, zaciekle jej broniąc.
Raoul Vaneigem

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Partyjna fikcja czy horror? Polemika

Jarosław Urbański

radam miastaMichał Danielewski z Gazety Wyborczej popełnił artykuł, w którym snuje swoje polityczne wizje na temat możliwości powstania poznańskiej partii miejskiej, która miałaby odegrać ważną rolę w przyszłych wyborach samorządowych (druga połowa 2014 roku). Choć zakładam, że autor przepełniony jest dobrą wolą i pisał w trosce o przyszłość miasta, to jednak jego propozycja jest archaiczna w swojej wymowie. Budowa nowej formacji w oparciu o indywidualne ambicje i głód władzy nie wróży dla nas nic dobrego. Tym motywowane przetasowania i kadrowe roszady obserwujemy cały czas na scenie politycznej i raczej jest to jedna z chorób drążących nasze społeczeństwo, niż pomysł na uzdrowienie.

Redaktor Danielewski, który wyraźnie pobudzili się obserwując konflikt w łonie My-Poznaniaków, sugeruje rozwiązania, które tak naprawdę byłyby krokiem w wstecz, w stosunku do tego co udało się osiągnąć Stowarzyszeniu. Pomimo wielu wad, które dostrzegam, My-Poznaniacy przede wszystkim są efektem oddolnego ruchu protestu, a nie wynikiem politycznych roszad „na górze”. Mozolnie i cierpliwie (faktycznie od 2005 roku, czyli od konfliktu wokół budowy pola golfowego w Smochowicach) tworząc swoje struktury, ugrupowanie to pozwoliło objawić się nowym działaczom i działaczkom, którym podstawowym przesłaniem nie była chęć zdobycia władzy, ale działanie na rzecz swojej wspólnoty. Oprócz tego, że są to osoby kompetentne, to zaletą ich, w odróżnieniu od wielu lokalnych polityków, jest przede wszystkim mocne osadzenie w lokalnych środowiskach, które nie mają swojej reprezentacji politycznej w radzie miasta. W istocie rzeczy bowiem, ważniejsze od „patrzenia władzom na ręce” jest artykułowanie i domaganie się uwzględnienia potrzeb tych grup społecznych, które do tej pory były marginalizowane w szerokim znaczeniu tego słowa. W interesie przykładowo właścicieli firm deweloperskich oraz przedsiębiorstw budowlanych, biur architektoniczno-projektowych, agencji obrotu nieruchomościami itd. z nimi współpracujących, jest stawianie obiektów na atrakcyjnych gruntach położonych blisko śródmieścia, najlepiej w otoczeniu zieleni. Z drugiej strony dla wielu mieszkańców, którzy w przeciwieństwie do właścicieli ww. firm nie jeżdżą systematycznie na wczasy na Majorkę czy Wyspy Kanaryjskie, tylko spędzają je w mieście z powodu nawału pracy i niezbyt dużych dochodów, miejskie obszary zieleni są naturalnym i podstawowym miejscem wypoczynku. Zabudowa klinów zieleni godzi w podstawy ich życia i nawyków.

Danielewski tymczasem odwraca perspektywę i patrzy na problem oczami tak naprawdę politycznego technokraty. Postrzega on na demokrację nie jako wypadkową wektorów różnych sił społecznych, ale wierzy w jakąś jedną, uniwersalną, dobrą dla ogółu mieszkańców, politykę. Zakłada, że jest to problem merytoryczny, jakiejś mega-kompetencji, a zatem władza w mieście powinna przypaść w udziale merytokracji, być może tylko nieco bardziej dynamicznej i o humanistycznym nastawieniu. Walka na argumenty rzadko prowadzi tymczasem do ostateczny rozstrzygnięć. Tutaj, ponownie, zaletą My-Poznaniaków i innych ugrupowań było raczej udowodnienie, że marginalizowane interesy społeczne nie są jakimś irracjonalnym wymysłem (co często sugerują władze), ale stoi za nimi konkretna i logiczna argumentacja, która jednak prowadzi do wniosków przeciwnych niż argumentacja obrońców interesów deweloperów (jako przykładu).  Odwoływanie się do kwestii merytokratycznych uprzywilejowuje zawsze dotychczasową władzę, która z jednej strony wygłasza opinie ex cathedra i jednocześnie posiada dość środków na opłacenie specjalistów, analizujących problem pod kątem takiego, a nie innego układu interesu. Przedstawiciele władz zawsze starają się przedstawiać jako ktoś, kto wobec sprzecznych społecznych tendencji znajduje „złoty środek”. Ale tak naprawdę za tą retoryką stoi obrona najczęściej mniejszościowych, politycznych i gospodarczych partykularnych dążeń.

Dlatego ważne stają się kwestie ideowe - w imieniu jakich konkretnych wartości występujemy? Trudno mi uwierzyć zatem w sukces formacji godzącej Mariusza Wiśniewskiego, który karierę polityczną zaczął od ataku na Marsz Równości i Aleksandrę Sołtysiak, uczestniczkę i jedną z animatorek Marszu. Chyba, że celem staje się władza sama w sobie, a nie wartości. Jedną ze słabości, a nie zalet My – Poznaniaków jest właśnie to, że jest to ugrupowanie niedostatecznie dookreślane ideowo; członkowie i członkinie Stowarzyszenia dają się zbyt często uwieść syreniemu śpiewu post-polityki, wtórującemu o nieistotności podziałów ideologicznych. Tak naprawdę ma to tylko rozbroić opozycję względem istniejącej w mieście władzy i reprezentowanej przez nią neoliberalno-konserwatywnej doktrynie, narzucanej całą mocą nam wszystkim.

Miejska partia proponowana przez Danielewskiego byłaby zatem jakimś kuriozalnym zbiorem „partyjnych spadów”. Politycy ci, niczym wampiry, potrzebują jednak świeżej krwi, co ma im zapewnić dostawa od wewnętrznie skonfliktowanych My-Poznaniaków. Czy na takiej podstawie można budować nową jakość? Tak naprawdę mamy już taką formację w radzie miasta. Poznański Ruch Obywatelski (PRO), ugrupowanie prezydenta Ryszarda Grobelnego, składa się właśnie z renegatów z różnych ugrupowań politycznych, dla których władza stała się wartością samą dla siebie. Nie ma podstaw, aby twierdzić, że w innym przypadku nie byłoby podobnie. Nowa partia niczego nowego by nie wprowadziła. Byłaby pozorem zmian.

Rada miasta powinna przede wszystkim zmienić swój skład społeczny, aby realnie reprezentować więcej niż interesy jedynie ok. 16% mieszkańców, które na nią głosowały. Potrzebujemy nowych demokratycznych praktyk, które uspołeczniłyby proces podejmowania decyzji administracyjnych i politycznych w mieście. Potrzebujemy silnych oddolnych organizacji, które na co dzień zdołają wpływać na urząd miasta. Głęboko demokratyczne zmiany nie polegają na roszadzie w obrębie istniejącego układu władzy. Kompetencja musi być konsekwencją społecznego i ideowego zaangażowania, a przede wszystkim efektem szerokiej dyskusji społecznej. Danielewski w swoim artykule dramatycznie spłaszcza problem. Przemawia przez niego, wbrew temu co twierdzi, nie wyobraźnia, ile jej brak. Scenariusz jaki rysuje to nie political fiction, ale horror.

Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian