Rozbrat. Zostajemy tutaj

Michał Borowy (Krytyka Polityczna)
Drukuj

demoPodstawowym kłamstwem, które wciąż powtarzają nam ludzie z Ratusza, jest to, że jesteśmy jakąś marginalną grupką, że jesteśmy niereprezentatywni. Dla nich najwygodniej jest twierdzić, że nas nie ma albo że jesteśmy „bezdomni” i mamy się po prostu wynosić. Dlatego przyszliśmy tutaj dziś, aby im pokazać, że jesteśmy, że jest nas dużo, i że to oni nie są reprezentatywni! A przede wszystkim, że Rozbrat zostaje! - mówią mieszkańcy.

Z okna jednej z kamienic wywieszono czarno-czerwoną flagę, a półtora tysiąca ludzi, zgromadzonych pod Ratuszem, podchwyciło hasło: ROZBRAT ZOSTAJE! Jest godzina 19.00, Poznań, rynek, słuchamy przemówienia na demonstracji w obronie skłotu Rozbrat.

Na początku było to po prostu rozwiązywanie problemu mieszkaniowego.

Na teren skłotu wiedzie wąska uliczka wzdłuż płotu salonu samochodowego. Po jej przekroczeniu, najbardziej rzuca mi się w oczy wszechobecna zieleń. Niewielkie, parterowe budynki otoczone są drzewami i krzewami, a mury pokrywają kolorowe graffiti i wolnościowe hasła. Spodziewam się jednego, dużego domu, a zastaję coś, co bardziej przypomina małą wioskę. Jest to przestrzeń organiczna, bujna, przesiąknięta duchem swoich mieszkańców i ideą zrób-to-sam; antyteza estetyki centrów handlowych i bezosobowych, uładzonych osiedli. Na kilka godzin przed manifestacją przechadzam się po terenie skłotu.
Ludzie zaczęli odnawiać te zrujnowane budynki i osiedlać się w nich. Nie ma mieszkań komunalnych, wiele osób nie ma gdzie mieszkać, i nie ma pieniędzy, żeby wynająć mieszkanie. Grupa, która zakładała Rozbrat, również była w takiej sytuacji i rozwiązała ten problem nie pytając się urzędników – opowiada jeden z mieszkańców.

*
16.00, do stołu ustawionego w dużej koncertowni zaczyna ustawiać się kolejka. To Kolektyw „Jedzenie zamiast Bomb”, działający od lat na Rozbracie, wydaje obiad dla wszystkich gości. Posiłki są wyłącznie wegetariańskie i zazwyczaj JzB przygotowuje je dla bezdomnych w Poznaniu, którzy co niedzielę, o stałej godzinie czekają na Dworcu Zachodnim. Rozdawaniu jedzenia towarzyszy kolportaż pacyfistycznych ulotek, stąd nazwa akcji, organizowanej przez podobne grupy na całym świecie.

To nie jedyny przejaw tego, co skłot daje miastu. Działa na nim bezpłatny punkt naprawy rowerów oraz Biblioteka Anarchistyczna, która raz na pół roku zalewana jest ludźmi szukającymi materiałów do prac magisterskich, doktoranckich. Bo pewne książki można znaleźć tylko tutaj.

W kilku dużych pomieszczeniach, specjalnie w tym celu wyremontowanych, odbywają się warsztaty z sitodruku, spotkania klubów dyskusyjnych i różnych organizacji społecznych, wystawy niezależnych artystów – gościły tu takie postaci jak Zbigniew Libera czy Dorota Nieznalska. Gdy Galeria Miejska Arsenał odmówiła pokazania pracy Rafała Jakubowicza Arbeitsdisziplin (przedstawiającej fabrykę VW w Antoninku widzianą zza ogrodzenia z drutem kolczastym), miejsce dla niej znalazło się na Rozbracie. Swoją siedzibę ma tu Oficyna Wydawnicza Trojka, niemal codziennie odbywają się próby różnych zespołów – w tym miejscu zaczynała punkowa Apatia, a nawet raper Peja. Nie sposób zliczyć imprez kulturalnych, które mogły się odbyć dlatego, że było w Poznaniu takie miejsce jak Rozbrat.

Pozostały po nich plakaty, którymi od podłogi do sufitu wytapetowany jest korytarz w części mieszkalnej skłotu.
To jest forma samoorganizacji i zależy nam na tym, aby ta forma się rozszerzała. Tu nie chodzi tylko o utrzymanie Rozbratu, ale o bycie inspiracją do tworzenia kolektywnych przestrzeni w innych częściach Poznania, czy w innych miastach. Nasze przesłanie jest proste: samoorganizacja społeczna i rewindykacja tego, co nam odbiera władza - mówią mieszkańcy.

*
Zbliża się godzina 17.00, w sali dużej koncertowni gromadzi się kilkaset osób. Przygotowania idą pełną parą, wszędzie ktoś coś zwija, przenosi albo ładuje na przyczepę. Przedstawiciel organizatorów z wysokości niewielkiej sceny wyjaśnia plan.
- Demonstracja zaczyna się na placu Mickiewicza, tam się ustawiamy i stamtąd wyruszamy na  Rynek, a potem pod Urząd Miasta. Nie spodziewamy się kontrdemonstracji, w Poznaniu praktycznie nie ma nazioli, to grupka kilku frustratów.

Pamiętajmy, po co tam będziemy, jaki jest nasz cel, i nie dajmy się sprowokować. Druga ważna rzecz, to solidarność – nie możemy dać się rozbić policji, dlatego najlepiej iść w kordonie, w otoczeniu ludzi, których znamy i wiemy, czego się po nich spodziewać. Wyjmujemy wszystkie kolczyki, tyczy się to w szczególności panów – przy ewentualnym zatrzymaniu mogą się o coś zahaczyć, po co to komu. Wiadomo, że Ratusz woli pałować niezadowolonych obywateli, zamiast z nimi rozmawiać, dlatego wynajęliśmy prawnika, jest pod telefonem, zapiszcie teraz numer.

Plan powtórzony zostaje także po angielsku ze względu na gości z zagranicy. Ludzie wychodzą,  składają transparenty, rozwijają własne flagi, lub biorą te przygotowane przez skłotersów, szukają ekip, z którymi przyjechali. Wrze jak w ulu. Bandamy, kaptury, kominiarki.
Ostatni papieros i nadchodzi czas wymarszu.

*
Rozbrat zajmuje trzy działki. Największa z nich, należała kiedyś do firmy Darex. Jej właściciel, na początku lat dziewięćdziesiątych, wziął duży kredyt pod zastaw nieruchomości. Nie mógł lub nie chciał go spłacać i uciekł za granicę. Popadające w ruinę budynki zajęli anarchiści.

Obecnie, teren został przejęty przez bank, który chce go zlicytować. Pierwsza taka próba podjęta została w maju 2009 r., nie zgłosił się jednak żaden chętny. Wtedy doszło do pierwszej wielka mobilizacja w obronie Rozbratu. W piątek, 26 marca, centrum kultury niezależnej Wielkopolski znów znajdzie się pod młotkiem, tym razem po znacznie obniżonej cenie.
Dlatego, w sobotę 20 marca, przyjechaliśmy do Poznania.

*
Dopiero gdy kolejne grupy wychodzą na ulicę, dociera do mnie jak dużo nas jest. Idziemy luźnym wężem w stronę placu Dwóch Krzyży. Po drodze mijamy sześciu policjantów na koniach, ustawionych w rządek na skraju parku; wydają się śmieszni, przywodzą na myśl ołowiane żołnierzyki lub jakąś groteskową, futurystyczną parodię średniowiecznych rycerzy. Dochodzimy do placu, który powoli zapełnia się, w większości zamaskowanym, tłumem. Gra muzyka, po chwili zaczynają się przemówienie, m. in. Kolektywu Rozbrat, Stowarzyszenia „My-Poznaniacy”, Partii Zielonych, Lewicowej Alternatywy, skłotersów z innych miast, a także klubu KP z Wrocławia.

Jesteśmy tutaj nie tylko w obronie naszego domu, jesteśmy tu także dlatego, że nie zgadzamy się na sposób, w jaki obecna władza zarządza miastem. Niezależnie od tego, co sobie wyobraża Ryszard Grobelny, Poznań to nie firma! Politycy forsują obecnie plan zagospodarowania Sołacza, na który nie zgadzają się jego mieszkańcy, na którym Rozbrat zaznaczony został jako nieużytki, i który tę część miast chce zamienić w osiedle willi. Kontenery dla biednych, centrum dla bogatych, to recepta miasta na rozwój – ten sam mechanizm stosują władze przy „rewitalizacji” kamienic w centrum. Po remoncie czynsz podnoszony jest kilkakrotnie, a dotychczasowi lokatorzy, których na to nie stać, trafiają do tzw. kontenerów socjalnych. To tworzenie getta, bomby społecznej, i na to nie ma zgody. Poznań to nie firma!

Ruszamy, skandując „Odzyskujemy miasto!”. Idziemy zwartym blokiem, otoczonym transparentami. Pierwszym przystankiem pochodu jest NH Hotel. Członkowie Inicjatywy Pracowniczej informują zgromadzonych, że właściciel hotelu jest również właścicielem fabryki paneli podłogowych pod Poznaniem, w której nagminnie łamane są prawa pracownicze.
Stary Rynek. Przemówienia przedstawicieli różnych organizacji, jest po zmroku. Nagle fasadę jednej z kamienic rozświetla lekko drgający, wielki obraz z rzutnika: domek na tle czarnej gwiazdy, symbol Rozbratu. Chwila na kwestie techniczne, i jednostajny obraz zastępują filmy prezentujące działalność skłotu. Wypowiadają się na nich m. in. członkowie Teatru Ósmego Dnia, czy Tomasz Polak (dawniej ks. Węcławski). Z potężnych głośników na dachu auta rozlega się muzyka.

Opuszczamy rynek w świetle rac i przy dźwiękach fenomenalnej grupy samby Rytmy Oporu. Pięćdziesiąt osób z bębnami idzie na czele pochodu, ciarki przechodzą po plecach.

Na placu pod magistratem demonstracja ma swój finał. Kilka przemówień, podziękowania. Tłum przesuwa się pod budynek Urzędu Miasta. Przechodnie stoją i się przyglądają, popierają demonstrantów.

Oni organizują mnóstwo warsztatów, na przykład sitodruku, które gdzie indziej nie mogłyby się odbyć, albo trzeba by było za to zapłacić duże pieniądze. Takie miejsce powinno zostać. Można przyjść w miłej atmosferze i sporo się nauczyć. Miasto chce ich zniszczyć, bo jest dobra lokalizacja i pewnie chcą tam wybudować jakąś nową Galerię Malta. – mówi mieszkaniec Poznania.
Skłotersi ustawiają przed nim makietę Rozbratu, mały żółty domek z napisem rozwiewającym wątpliwości. Do drzwi przybite zostają tezy o rozwoju Poznania. Stoję przy makiecie, słyszę świst. Odwracam się i widzę czerwoną racę eksplodującą w oknie. Nie mija sekunda jak dołączają do niej kolejne, zaczyna się kanonada. Słychać potężny huk, ktoś musiał rzucić także klasyczną petardę. Płoną kukły prezydenta miasta i dewelopera. Dziennikarze podchodzą niebezpiecznie blisko, flesze błyskają jak szalone, a śladem rac sypią się na fasadę jajka i puszki z farbą, ktoś podbiega i zaczyna sprejować hasła na murze. Jest mnóstwo dymu z płonących szmat, a po chwili robi się go jeszcze więcej; granaty dymne zakrywają plac szarożółtą chmurą.

*
Ta demonstracja to ostrzeżenie dla potencjalnego kupca, że jeżeli będzie chciał kupić tę działkę, jeżeli będzie chciał nas eksmitować, wyrzucić stąd, lub cokolwiek innego nam zrobić, to będzie miał poważny problem. To komunikat: nie będzie z nami łatwo, zostajemy tutaj.

Michał Borowy

Artkuł ukazał się na stronie Krytyki Politycznej http://www.krytykapolityczna.pl/

Tego samego autora

Brak pasujących artykułów