Kapitał musi dla siebie zawłaszczać naszą przestrzeń. Jest to praktycznie jego obowiązek. Nie może on pozostawić miejsca dla kreatywności, naszej zdolności, aby zrobić coś samemu, naszego pożądania czegoś nowego.
Alfredo Bonanno

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Co robić? Kryzys a związki zawodowe

Jarosław Urbański
Mamy kryzys. Nie powinno nas to specjalnie dziwić. Kapitalistyczna gospodarka targana jest recesją dość często i regularnie, mniej więcej co dziesięć, kilkanaście lat. Wskazują na to nie tylko wskaźniki markoekonomiczne, ale także cyklicznie występujące fale niepokojów społecznych, będących efektem kryzysów gospodarczych.

Poprzedni kryzys wiązał się z problemami rynków dalekowschodnich (1996–1997) i rosyjskiego (1998), co gospodarka Polska odczuła szczególnie boleśnie. Skumulowanie się negatywnych zjawisk skutkowało wysokim, przekraczającym 20 proc., bezrobociem i wieloma wystąpieniami pracowniczymi w 2002 i 2003 roku. Jeszcze wcześniej, w odpowiedzi na negatywne następstwa transformacji ustrojowej, byliśmy świadkami erupcji niezadowolenia robotniczego w latach 1992–1993. Obecnie ten scenariusz się powtarza. Dzisiejsza zapaść, która będzie prawdopodobnie skutkować społecznymi protestami za 2-3 lata, różni się tym, iż jest „głębsza” i „bardziej rozległa”.

Wystrzegajmy się roli naprawiaczy
Jak w takich okolicznościach powinny zachować się związki zawodowe? Otóż nie powinny one szukać – moim zdaniem – rozwiązań gospodarczych i „łapać się” za naprawianie mechanizmów ekonomicznych, już i tak rozregulowanych. Nie powinny też w pierwszym rzędzie wymyślać cudownych antykryzysowych zabezpieczeń socjalnych, bo kryzys jest okresem, który nie daje szans na ich wprowadzenie. Związki zawodowe wiedząc, że bessa już jest i będzie skutkować w niedalekiej przyszłości społecznymi niepokojami, powinny zająć się organizowaniem pracowników do protestów oraz opracować listę żądań socjalnych i politycznych. Dziś potrzebny jest konkretny propracowniczy program zmian wręcz ustrojowych. Tylko bowiem konsekwentny ruch protestu społecznego, a nie wyciszanie nastrojów niezadowolenia, daje szansę, że w wyniku kryzysu pracownicy ostatecznie umocnią swoją pozycję. Wygrają. Powinno to też oznaczać umocnienie się związków zawodowych. Problem leży jednak w tym, iż zazwyczaj, podobnie jak elity rządzące, są one zaskoczone wybuchem społecznym i stają się raczej zachować dotychczasowe status quo, niż stać się katalizatorem zmian.

Solidarność zamiast partykularyzmu
W momencie gospodarczej hossy, związki zawodowe na poziomie branżowym i zakładowym mogą sobie pozwolić na pewien partykularyzm, na obronę interesów konkretnych grup zawodowych, które reprezentują. Niskie bezrobocie, dobra kondycja finansowa firm, „propaganda sukcesu” itd., sprzyjają walce o wyższe wynagrodzenia na poziomie zakładów pracy. W okresie bessy, z jaką mamy obecnie do czynienia, przeciwnie. Związki zawodowe muszą wyjść poza swoje branżowe i zawodowe partykularyzmy i opowiedzieć się za postulatami broniącymi klasę pracowniczą jako całość. Strategia obrony wyłącznie interesów branżowych i zakładowych przestaje być skuteczna. Wzrastające bezrobocie, „propaganda kryzysu”, paraliżuje opór w pojedynczych zakładach. Większej wagi nabierają działania organizujące pracowników w szerszej skali i pod ogólnymi hasłami.

Czy ruch protestu pracowniczego ma tym razem szansę wygrać? Jest to pytanie niebagatelne, przede wszystkim z uwagi na mobilizację społeczną. Brak wiary we własne siły „podcina skrzydła”. W socjologii znana jest teoria „samospełniającego się proroctwa”. U zarania naszych poglądów na temat ewentualnego sukcesu, leży w dużej mierze to, czy faktycznie zostanie on osiągnięty, czy nie. Skrótowo mówiąc, wiara w powodzenie ma dość duże znaczenie. Na co w takim układzie musimy zwrócić uwagę? Co nam sprzyja? (Nie będę pisał co nam nie sprzyja, bo ta część refleksji, jak wiadomo, jest dobrze znana i nagminnie uprawiana).

Wykorzystać „wojnę na górze”
Musimy pamiętać, że negatywne skutki kryzysu wpływają nie tylko na klasę pracowniczą, ale także pracodawców i władzę. Kurczenie się gospodarki, czy tylko jej spowolnienie, zaostrza konkurencję między poszczególnymi przedsiębiorcami czy ich grupami. Mnożą się bankructwa. Trwa wyścig o wpływy polityczne, dzięki którym można sięgnąć po środki publiczne dla ratowania danych zakładów pracy czy branż, po publiczne zamówienia. Ponieważ różne grupy biznesmenów mają różne interesy, a pula środków jest ograniczona, w łonie władzy, pod naporem różnych lobby, dokonują się pęknięcia, trwa walka. Oczywiście elity władzy robią wszystko, żeby zachować wewnętrzną spójność, ale w okresie kryzysu nie jest to łatwe. W skrajnej wersji rozpad struktury władzy hamuje wojskowy zamach stanu i ustanowienie dyktatury – znamy to z historii. Ale pod naporem sprzeciwu społecznego i frakcyjnych walk w łonie elity władzy, takie rozwiązanie nie zawsze jest możliwe. Jest rzeczą szczególnie szkodliwą, kiedy związki zawodowe, zamiast zająć się obroną interesów pracujących, popierają którąś z frakcji biorących udział w „wojnie na górze”.

W celu uniknięcia negatywnego dla ruchu pracowniczego scenariusza rozwoju wypadków, sięga się często po różnego rodzaju taktyki, pozwalające zagrożenie takie zminimalizować. Część znaczących rewolt robotniczych miała miejsce w specyficznych momentach. Na przykład do poznańskich wydarzeń w czerwcu 1956 r. doszło w trakcie Międzynarodowych Targów, strajk w sierpniu 1980 r. wybuchł w czasie olimpiady w Moskwie. Być może to przypadkowa koincydencja, ale wielce pouczająca i... pożyteczna. A życie samo podsuwa nam podobną perspektywę – Euro 2012.

Walk przybywa
Co jeszcze daje nam nadzieje na sukces? Wzrastający poziom walk pracowniczych. Odwołując się do statystyki i biorąc pod uwagę takie wskaźniki, jak liczba demonstracji, blokad i strajków, możemy stwierdzić, że liczba „potyczek”, choć okresowo raz spada, raz rośnie, jest wyraźnie w Polsce większa, niż jeszcze 9-10 lat temu.

Ten wzrost napięcia społecznego i natężenia walk daje się zaobserwować w skali globalnej, np. w Chinach liczba protestów społecznych wzrosła od niespełna 10 tys. w 1993 r. do blisko 60 tys. w 2003 r. (wg oficjalnych danych). Obecnie mówi się o 80 tys. konfliktów rocznie, a władze Chin dwoją się i troją, aby zapobiec wybuchowi społecznego niezadowolenia wobec dramatycznej sytuacji ekonomicznej i gwałtownego spadku zatrudniania. Notabene, brak szerszej perspektywy międzynarodowej w działaniach związków zawodowych, ich narodowy partykularyzm, poważnie je osłabia. Polskie związki zawodowe powinny zatem inicjować współpracę ze związkami i organizacjami robotniczymi z innych krajów, również tych najodleglejszych, celem wymiany informacji, wspierania się finansowego, organizowania akcji solidarnościowych itd. Od czasów pierwszej międzynarodówki korzyści z tego typu kooperacji są oczywiste.

Napięcie rośnie - czasu coraz mniej

Wreszcie wiadomym jest, że związki zawodowe nie są w stanie „ogarnąć” sytuacji na wszystkich frontach. Potrzebna jest refleksja nad tym, jaka branża, który segment rynku pracy, jakie procesy społeczne okażą się w najbliższym czasie najważniejsze dla ruchu protestu pracowniczego. Czy opór społeczny zasadzać się będzie w dalszym ciągu na mocno uzwiązkowionych zakładach pracy sfery budżetowej (nauczyciele, służba zdrowia) i powiązanych z państwem przedsiębiorstwach (górnictwo, energetyka), czy też główną rolę odegrają nowe sektory i jakie? Przemysł samochodowy czy może edukacyjny? A może mobilizacja oprze się na prekariacie – rzeszy najgorzej zarabiających i najbardziej wykorzystywanych pracowników zatrudnionych na „śmieciowych umowach” (tymczasowych, agencyjnych, cywilno-prawnych)? Może decydujące znaczenie będą mieli młodzi pracownicy, którzy niedawno weszli na rynek pracy, nie obciążeni bagażem historycznych uwarunkowań, nie pamiętający warunków pracy i życia przed 1989 r.? Lub powracający z emigracji ekonomicznej? W refleksji tej chodzi o to, żeby późniejszy, ewentualny wysiłek skierować w odpowiednim kierunku. Generowanie debaty i badań na ten temat powinno być kolejnym zadaniem związków zawodowych.

Jak zatem widzimy, pracy do wykonania jest sporo, a świadomość zadań, jakie przed nami stoją, dość – wydaje mi się – nikła. Czasu natomiast jest coraz mniej.

Tekst ukaże się w najbliższym wydaniu Trybuny Robotniczej z d. 5 lutego 2009 r.

Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian