Rewolucja to zmiana wartości, nie jakaś banalna modyfikacja norm. Wraz z rewolucją rodzą się nowe sytuacje, nowe instytucje a stare warunki i przywileje są niszczone, atmosfera sprawiedliwości i równości zaczyna zajmować miejsce tyranii i podziałów społecznych.
Alfredo Bonanno

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Wybór publicystyki Poznańskiej Koalicji Antywojennej z roku 2003

rozbrat.org

CO PO WOJNIE?
W Iraku trwają ciężkie walki. Wojska amerykańskie zajmują Bagdad, w którym panuje nieopisany chaos. Codziennie słyszymy, że tak szczupłe siły nie są w stanie spacyfikować wielkiego miasta, tymczasem nie widać, aby Waszyngton w pośpiechu mobilizował jakiekolwiek większe siły z zamiarem zaprowadzenia porządku. Nasuwa to podejrzenie, że komuś może zależeć na destabilizacji... Koalicjanci myślą raczej o formach okupacji Iraku i jego odbudowie. Nie wiadomo jednak, jak USA wyobrażają sobie kontrolowanie kraju, ani nie widać starań, aby zapobiec rozprzestrzenieniu się konfliktu na cały region.

Wszystkie proamerykańskie twory państwowe na Bliskim Wschodzie są niedemokratycznymi reżimami, utrzymującymi się na powierzchni dzięki dobrze zorganizowanym siłom policyjnym (w Egipcie znów po aresztowaniach wielu uczestników manifestacji antywojennych znikło bez śladu).

Wedle badań opinii publicznej, w krajach takich jak Egipt, Arabia Saudyjska czy Jordania od 70 do 90 procent ludności nie popiera swoich rządów i prezentuje stanowisko antyamerykańskie.

Groźba rozszerzenia konfliktu
Trudno wyobrazić sobie umiędzynarodowienie konfliktu irackiego na szczeblu regionalnym. Gdyby jednak do tego doszło, skutki byłyby katastrofalne. W Kurdystanie irackim siłom inwazyjnym udało się zrzucić desant żołnierzy sił specjalnych, którzy mają za zadanie stworzenie tam frontu północnego. Działania strony amerykańskiej ograniczają się jak dotąd jedynie do wsparcia lotniczego.

Część Kurdów współpracuje z siłami koalicji. Ich życzliwość ma jednak swoją określoną cenę - szeroką autonomię, a najlepiej niepodległość irackiego Kurdystanu. Podobnie jak w 1991 roku obietnice Waszyngtonu pozostają w sferze półsłówek i niedopowiedzeń. Były prezydent George Bush senior już raz wezwał Irakijczyków do buntu przeciw Saddamowi, po czym obojętnie wydał ich na pastwę żądnego zemsty dyktatora.

Wątpliwe jest, by nawet w obliczu ochłodzenia stosunków z Ankarą Amerykanie aktywnie powstrzymali napływające do Kurdystanu irackiego jednostki tureckie. To zaś oznacza, że chwilowy sojusz z Kurdami pryśnie w chwili pokonania wspólnego wroga. Niedawno byliśmy świadkami naprawdę entuzjastycznego powitania Peszmergów przez ludność Kirkuku. Podobnie entuzjastycznie do sukcesów swych oddziałów podchodzą mieszkańcy Mosulu.
Sukcesy kurdyjskie wywołały natychmiastową reakcję Turcji, dla której niepodległy Kurdystan iracki - w dodatku zasobny w ropę naftową - jest nie do przyjęcia. Ankara postawiła koalicji antyirackiej ultimatum, w wyniku którego jednostki kurdyjskie wycofały się ze zdobytego ich rękami Kirkuku. Tak więc pierwszy akt "kurdyjskiej Jałty" mamy już za sobą...

Ostrożnie z Iranem...
Delikatną kwestię stanowił szturm na Karbalę, miejsce męczeństwa Al-Husajna. Sytuacja była niewątpliwie delikatna dla agresorów, ponieważ jedna bomba zrzucona na kompleksy sakralne mogła wywołać trudne do wyobrażenia reakcje szyitów. Iran już jest podrażniony zachowaniem wojsk koalicji, a szyickie bojówki Hezbollahu w Libanie nigdy nie ukrywały wrogości wobec USA. Tymczasem amerykańscy oficjele występują z oskarżeniami o wspieranie przez Iran i Syrię reżimu w Bagdadzie.

Co prawda wciągnięcie Teheranu w konflikt wymagałoby aktu wyjątkowej bezmyślności ze strony prezydenta Busha, bowiem liberalizujący się Iran dawno już odszedł od retoryki antyamerykańskiej (mit wrogości podtrzymywany jest jednostronnie przez administrację waszyngtońską) i obecnie skupia się na kwestiach gospodarczych, mozolnie odbudowując gospodarkę, zrujnowaną latami wojny z Irakiem.
Irańczycy ponieśli w tej wojnie ogromne straty w ludziach i obecnie nie chcą kolejnej wojny. Marzą o polepszeniu poziomu życia. Warto dodać, że zaliczony do "osi zła" Iran stanowi jedyną oprócz Turcji i Izraela w ogóle funkcjonującą demokrację na Bliskim Wschodzie...

Reakcja Damaszku na zbombardowanie przez Amerykanów autobusu wiozącego syryjskich robotników była ostra i po części wymuszona nastrojami społecznymi. Baszar al-Asad otworzył granice kraju dla ochotników pragnących walczyć przeciw agresorom, co pociągnęło za sobą wojownicze ostrzeżenie Donalda Rumsfelda skierowane pod adresem Syrii. Ciekawe, że to nikt inny, tylko właśnie Rumsfeld ściskał ongiś rękę Saddama Husajna, wiernego sprzymierzeńca Waszyngtonu w dziele zwalczania rewolucji w Iranie... Ostatnio ten sam polityk wyjaśnił, że zapowiedź reperkusji wobec Syrii nie oznacza wojny. Świeżo rozbudzone poczucie wrogości pozostanie jednak na długo. Trzy lata temu trudno było spotkać Syryjczyka, który osobiście nienawidziłby Amerykanów, ale to już przeszłość.
Irakijczycy nie chcą Amerykanów

Dla Irakijczyków, którzy szczerze nienawidzą Saddama, agresor zewnętrzny jest jednak większym złem. Amerykanie stają w obliczu partyzantki miejskiej, która w kilkumilionowym Bagdadzie oznaczać będzie zwielokrotnienie problemów, na jakie napotkali w trakcie operacji w Somalii i prób kontrolowania jej stolicy Mogadiszu. Nie będzie to drugi Wietnam, głównie z racji ukształtowania terenu i braku lasów tropikalnych, ale dla kontrolowania kraju "siły policyjne" z pewnością musiałyby liczyć bliżej 200 niż 100 tysięcy żołnierzy.

Dodajmy, że oprócz ogromnych wydatków wojskowych oznacza to stałe straty w ludziach, na które amerykańska opinia publiczna nie jest przygotowana. Od północnego zachodu, a częściowo także północy i wschodu, Irak graniczy z Syrią i Iranem, które nie są zainteresowane w najmniejszym nawet stopniu uszczelnianiem granic. Tak więc na długości kilku tysięcy km partyzanci iraccy będą mogli swobodnie przemieszczać się i przerzucać zaopatrzenie. Rzeczywiste stanowisko Arabii Saudyjskiej, Jordanii i Turcji stanowi wciąż wielką niewiadomą.

Kto przejmie władzę?
Koalicja nie będzie w stanie zagwarantować integralności terytorialnej kraju, co doprowadzić może do wojny domowej. Irak jest sztucznym tworem, ongiś terytorium mandatowym Ligi Narodów, faktycznie powołanym do życia przez Wielką Brytanię po I wojnie światowej na obszarze idealnie odpowiadającym koncesji na poszukiwania i eksploatację ropy naftowej, udzielonej przez Turcję Osmańską zdominowanej wkrótce potem przez kapitał brytyjski Turkish Oil Company.
Zasoby ropy znajdują się na kurdyjskiej północy i szyickim południu, natomiast władzę w kraju od 1921 roku (od momentu osadzenia emira Fajsala na tronie irackim po sfałszowanym referendum) sprawują arabscy sunnici z centrum kraju, stanowiący około jednej czwartej jego ludności.

Iraku nie łączą żadne klasyczne czynniki państwotwórcze - łącznie z religią i językiem. Kurdowie nie wyobrażają sobie życia pod jednym dachem z poplecznikami Saddama Husajna, czemu trudno się dziwić. Ewentualny "nowy" Irak mógłby składać się z południa i środkowej części kraju, ale wtedy - jeżeli okupanci rzeczywiście wierzą w demokrację (w co szczerze wątpię, sadząc po przykładzie licznych "republik bananowych" w Ameryce Łacińskiej) - ster rządów musieliby przejąć dwukrotnie liczniejsi szyici, posiadający na swoim terytorium bogate złoża ropy naftowej. Na to nie zgodzi się jednak ani Waszyngton, uczulony na dźwięk słów "szyici" i "Iran", ani też tradycyjnie rządzący mieszkańcy centrum kraju, w większości sunnici.

Kurdowie sięgają po niepodległość
Po dziesięcioleciach zwodzenia i masakr Kurdowie prawdopodobnie nie zgodzą się na cokolwiek innego oprócz pełnej niepodległości, a to oznacza, że niedługo Waszyngton będzie musiał podjąć decyzję, czy zerwać z Kurdami, czy też z coraz mniej sojuszniczą Turcją, która przy okazji rozwiała chyba wszystkie wątpliwości co do poszanowania przez rząd w Ankarze praw człowieka, prawa narodów do samostanowienia i kilku jeszcze zasad obowiązujących w państwach demokratycznych. Unia Europejska powinna mieć już za sobą dylemat, czy zapraszać Turcję do członkostwa...
Niepotwierdzone dotąd doniesienia mówią o tajemniczym mordzie na jednym z ajatollahów w południowym Iraku. Jednocześnie oddziały amerykańskie nie kiwnęły palcem, by zapobiec dokonującym się w Bagdadzie grabieżom. Jeszcze bardziej zadziwiające jest, że ofiarą szabrowników w pierwszym rzędzie padły placówki niemieckie i francuskie - państw najostrzej sprzeciwiających się wojnie. Tymczasem pieczołowicie ochraniano samochody inspektorów ONZ.

Powszechne ubóstwo Irakijczyków na pewno przyczyniło się do obserwowanych zajść, choć nie zapominajmy, że dwóm uwięzionym dziennikarzom polskim ubogi nauczyciel bez widocznego żalu zwrócił kluczyki do ich samochodu - niewątpliwego rarytasu, łatwego do ukrycia w ogarniętym chaosem kraju...

Powróćmy jednak do kwestii przyszłości Iraku. USA zastanawiają się, jak sprawić, żeby nieznana i nieakceptowana przez nikogo grupa czterdziestu kilku "opozycjonistów" (nasuwa się analogia z rządem lubelskim) z nominacji Waszyngtonu mogła rządzić bez wolnych wyborów, które nieuchronnie oddałyby władzę w ręce szyitów? Administracja USA będzie próbowała przekonać społeczność międzynarodową (a przynajmniej amerykańskiego wyborcę), że w obliczu powszechnej anarchii, grabieży oraz mordów tylko dłuższa okupacja kraju przez siły USA - ze szczególnym uwzględnieniem pól naftowych - przyniesie trwały pokój. Firmy, które będą spijały iracką śmietankę, zostały już dawno wyznaczone, a ostatnio propozycję przyjęcia "zaszczytnej roli pasera" Amerykanie złożyli Rafinerii Gdańskiej.

dr Adam Bieniek.
Autor jest adiunktem w Zakładzie Arabistyki Instytutu Filologii Orientalnej.
Artykuł ukazał się 14 kwietnia 2003 r. w "Naszym Dzienniku"

 



Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian