Kapitalizm kreuje warunki kontroli i dominacji na poziomie nigdy wcześniej niespotykanym poprzez technologię informacyjną, która nie może być używana do niczego innego, jak utrzymywania władzy.
Alfredo Bonanno

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Wybór publicystyki Poznańskiej Koalicji Antywojennej z roku 2003

rozbrat.org

PIOTR KWIATKIEWICZ - CUI BONO?

Mocarstwa, rywalizując o wpływy i podział bogactw na Bliskim Wschodzie, a w szczególności nad Zatoką Perską, stworzyły sobie nowego groźnego przeciwnika. Za ich sprawą pojawił się fundamentalizm islamski. Samo pojęcie fundamentalizmu jest niezwykle mgliste, traktować je należy bardziej jako wytwór wyobraźni. Na Zachodzie kojarzy się je zwykle z islamem. Pełni przy tym rolę straszaka: emanuje obrazem uzbrojonego po zęby terrorysty, reprezentującego niecywilizowaną religię, gotowego podrzynać gardła Amerykanom i Europejczykom. Jest to oczywisty fałsz.

Fundamentalizm odnosi się do wszystkich religii, tak dziś, jak i w przeszłości. Radiowe audycje polskiej rozgłośni "Radio Maryja" nie odbiegają treścią swych antysemickich przekazów od stacji palestyńskich. Machinę nienawiści napędza gra polityczna. Na Bliskim Wschodzie fundamentalizm zarzuca się przeciwnikom politycznym Stanów Zjednoczonych. Bo niby dlaczego oskarża się o niego Iran, a nie Arabię Saudyjską? To ostatnie państwo znacznie mocniej tkwi w korzeniach tradycyjnego islamu. Status kobiet jest tu nieporównywalnie niższy niż w jakimkolwiek innym państwie na świecie. W retoryce Białego Domu to jednak Teheran, a nie Rijad, uchodzi za synonim fundamentalizmu. Powód jest prosty - Amerykanie nie kontrolują wydobycia ropy w Iranie, a Arabia Saudyjska znajduje się w ich strefie wpływów. W czasach "zimnej wojny" Stany Zjednoczone gotowe były wspierać ortodoksów islamskich w Afganistanie i nie przeszkadzał im radykalizm religijny tamtejszych plemion. Amerykańskiej opinii publicznej przedstawia się fundamentalistów jako terrorystów. Brak w tym jednak konsekwencji. Waszyngton finansował islamskie bojówki w Algierii zastraszające ludność tego kraju. Od 1991 roku ich ofiarą padło kilkadziesiąt tysięcy cywilów, a mimo to tylko w Ameryce istnieje przedstawicielstwo Muzułmańskiego Frontu Ocalenia. Członkowie tego ugrupowania nie są określani przez Amerykanów jako terroryści. Takie miano przypisano natomiast fundamentalistom egipskim, którzy w porównaniu do Muzułmańskiego Frontu Ocalenia mogą uchodzić za liberałów. Jakiego więc kryterium używa Biały Dom, nadając komuś status terrorysty? Dlaczego są nimi fundamentaliści egipscy, a nie algierscy? Różnica jest tylko jedna - w Algierii jest ropa naftowa, a w Egipcie jej nie ma. Ponadto rządy w Kairze są całkowicie uległe Waszyngtonowi, a więc wszelka opozycja przeciw nim stanowi zagrożenie dla amerykańskich interesów. Biały Dom nie ma takich wpływów w Algierii, stąd nie chce zamykać sobie drogi do tamtejszych złóż naftowych, potępiając jedną z głównych sił politycznych tego kraju. Podobnie ma się sprawa oskarżeń o wspieranie terroryzmu, wysuwanych przez Stany Zjednoczone wobec niektórych państw. W 1990 roku na liście takich krajów znajdowała się między innymi Syria. W żaden sposób nie przeszkodziło to Jamesowi Bakerowi złożyć wizyty w Damaszku, aby skłonić rząd tego kraju do uczestnictwa w "Pustynnej Burzy". Przez krótki czas Syria przestała być postrzegana jako mecenas terroryzmu, choć swój proceder kontynuowała. Trzeźwą ocenę postawy amerykańskiej przedstawił sekretarz generalny Hezbollahu Hassan Nasrallah: "Jeśli ma nas nie dziwić, że Stany Zjednoczone płacą trzy miliardy dolarów syjonistom, to dlaczego ma dziwić nas to, że Iran pomaga finansowo Hezbollahowi czy innym grupom oporu, które chcą wyzwolić swój kraj".

Poruszając problem terroryzmu w kontekście islamu, trudno nie wspomnieć o zamachach, które wstrząsnęły światową opinią publiczną. Mimowolnie przed oczami przesuwają się nam sceny z ataków przeprowadzonych 11 września 2001 roku. (...) Dla wielu przeciwników polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, szczególnie na Bliskim i Środkowym Wschodzie, wydarzenia z 11 września 2001 roku stanowiły prawdziwy cios. Nie mieli wątpliwości, iż Stany Zjednoczone właśnie wśród nich będą szukały sprawców zamachu. Wyrazy solidarności z cierpieniem narodu amerykańskiego przesłał Castro, Kadafi, Arafat, Husajn. Ten ostatni potępił inicjatorów zamachu, bardzo wyraźnie odcinając się od nich. Nie powstrzymał się jednak od udzielenia Amerykanom rady. Delikatnie napomknął o nadziei, jaką niesie tragedia z 11 września na zmianę bliskowschodniej polityki Białego Domu. Według irackiego prezydenta przysparzała ona Stanom Zjednoczonym wielu wrogów. Rządzący w Afganistanie Talibowie odżegnali się od jakichkolwiek związków z aktem terroru. W wydanym oświadczeniu znacznie dobitniej, niż to zrobił Saddam, podkreślili odpowiedzialność władz amerykańskich za zaistniałą sytuację. Okrutnie brzmiące "sami są winni za los jaki ich spotkał" obiło się głośnym echem.

Jasir Arafat wyraził żal i smutek, w jakim pogrążyli się Palestyńczycy w poczuciu solidarności z rodzinami ofiar. Stało to w jaskrawym kontraście z tym, co działo się na ulicach miast Autonomii Palestyńskiej. Telewizja pokazywała ogarnięty szałem radości tłum Palestyńczyków wznoszący antyamerykańskie hasła. Poproszony o komentarz dla polskiego radia i telewizji znany publicysta - Eli Barbur natychmiast zakwestionował szczerość wypowiedzi przywódcy Autonomii Palestyńskiej i trudno było nie przyznać mu racji. Podobnie jak premier Sharon, dał do zrozumienia, iż nikt inny nie może lepiej zrozumieć nieszczęścia, jakie spadło na Amerykanów, niż Żydzi w Izraelu, których podobne cierpienia spotykają na co dzień. Niemal identycznej treści przesłanie przekazał Putin w przemówieniu transmitowanym przez rosyjską telewizję. Bezpardonowo nawiązał do problemu czeczeńskiego terroryzmu. Prezydent Bush obiecał Amerykanom przykładnie ukarać winnych zbrodni. Tu pojawił się problem: kto jest sprawcą? Okazała się nim organizacja Al-Kaida kierowana przez Osamę bin Ladena. Służby specjalne posiadały informacje, które mogły udaremnić zamach. Ogłoszona Człowiekiem Roku 2002 przez amerykański tygodnik "Time" Coleen Rowley, agentka biura FBI w Minneapolis, apelowała do swych przełożonych o zainteresowanie się działalnością Zacariasa Moussaouiego kilka miesięcy przed 11 września. Podejrzewała go o udział w przygotowaniach do większego spisku terrorystycznego. Przełożeni zlekceważyli jej raporty. Moussaoui był na pokładzie jednego z porwanych samolotów. Przypadek pani Rowley nie jest odosobniony. Historycy, podobnie jak prokuratorzy, analizując zdarzenie, zobowiązani są zadać pytanie o motyw, cui bono? (czyli komu to miało przynieść pożytek?) Zastanówmy się, kto odniósł korzyść. Na pewno nie talibski reżim w Afganistanie, gdyż interwencja zbrojna Stanów Zjednoczonych odsunęła talibów od władzy. Al-Kaida została zdziesiątkowana i pozbawiona pomocy finansowej. Ucierpiał wizerunek wyznawców islamu. Natomiast FBI i CIA wzmocniły swoją pozycję, która podupadła po zakończeniu "zimnej wojny". Kongres wyraźnie zwiększył ich budżety. Mossad, który zwykle potrafi określić, co jadł na kolację ostatniego wieczoru dowolny ekstremista islamski, tym razem wykazał się zaskakującą wręcz nieznajomością tematu lub po prostu nie był zainteresowany przekazaniem informacji. Inne interpretacje: izraelski wywiad nie dostarczył wiadomości, bo Amerykanie je posiadali, albo dostarczył je wcześniej i amerykańskie służby specjalne wykorzystały je dla swoich celów. W każdym bądź razie Izrael mógł dzięki wydarzeniom z 11 września w ramach "działań antyterrorystycznych" bez przeszkód tłumić rozpoczętą na początku tego miesiąca II Intifadę. Nie wiele różniło się podejście do ataku na World Trade Center rosyjskich agencji wywiadowczych. Jeszcze w czasach Związku Radzieckiego GRU szkoliło wszelkiej maści bojowników arabskich. Mając doskonałe kontakty z Libią, Syrią Irakiem, Iranem i Jemenem Pn., czyli głównymi mecenasami islamskiego terroryzmu, Moskwa nie tylko inwigilowała środowiska ekstremistów, ale i wywierała wpływ na ich działania. Zamach w Stanach Zjednoczonych dał prezydentowi Putinowi podobne korzyści, jakie odniósł Izrael. Teraz, nie oglądając się na głosy sprzeciwu opinii publicznej na Zachodzie, topi czeczeńską rebelię we krwi. Już wcześniej kierowano pod adresem mieszkańców "zbuntowanej prowincji" oskarżenia o terroryzm. Rozgłosu nabrało jeszcze w 1999 roku wysadzenie w powietrze budynków w Moskwie i Wołgodońsku. Pojawiły się wtedy pierwsze przypuszczenia, iż wspomniane akty terroru, w których śmierć poniosło ponad trzysta osób, sprowokowane zostały przez FSB. Zdaniem jednej z najbardziej znanych i niegdyś wpływowych osobistości rosyjskiej sceny politycznej, Borysa Bieriezowskiego: "...wysadzenie w powietrze domów w Moskwie i Wołgodońsku jest dziełem rąk rosyjskich służb specjalnych. Jestem tego pewien, ponieważ to, co zaszło w Riazaniu, jest dokładnym schematem wydarzeń w Moskwie i Wołgodońsku. Schematem, którego nie udało się zrealizować". Wypowiedź odnosi się do sytuacji, gdy w rosyjskim mieście Riazań odnaleziono ładunki wybuchowe. Władze ogłosiły udaremnienie kolejnego aktu terroru. Do podłożenia materiałów przyznało się FSB, tłumacząc incydent szkoleniem. W dniu 12 października 2002 roku świat przeraził kolejny zamach. Wybuch na wyspie Bali zdewastował dwa znajdujące się naprzeciwko siebie kluby nocne "Padi Bar" i "Sari Club". Druga bomba wybuchła w pobliżu konsulatu amerykańskiego. W zamachach zginęło ponad czterysta osób, a niemniej niż trzystu zostało rannych. Ofiary pochodziły z dziewiętnastu krajów. Ta ostatnia informacja każe wątpić, aby sprawcą zbrodni była Al-Kaida, jak sugeruje to CIA. Organizacja bin Ladena, od momentu interwencji amerykańskiej w Afganistanie, stara się nie przypominać o swoim istnieniu. Krótko przed zamachem na Bali prezydent Bush zapowiedział działania zbrojne przeciw państwom wspierającym terror. Adresatem tej groźby był Saddam. Biały Dom miał poważne trudności ze skonsolidowaniem nowej antyirackiej koalicji. Zawiedli go nawet sojusznicy znad Tamizy. Tony Blair musiał liczyć się z niechęcią społeczeństwa swego kraju do awanturniczego przedsięwzięcia w Zatoce Perskiej. Wiadomość o śmierci obywateli brytyjskich na Bali zniosła tę przeszkodę. Przed 12 października tylko trzydzieści sześć procent poddanych Jej Królewskiej Mości dopuszczało możliwość czynnego zaangażowania się Wielkiej Brytanii w amerykańską akcję przeciw Irakowi. Pokazany przez stacje telewizyjne obraz z płyty lotniska, na którym wylądował samolot z ciałami ofiar, niósł ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. Wnikał w niezwykle wrażliwą sferę brytyjskiej mentalności - w głęboko zakorzenioną w tutejszej świadomości społecznej dumę z potęgi ich państwa. Co gorsza, naruszał ją i wprowadzał element niepewności. Konwój samochodów do transportu zwłok w asyście wojskowych i policyjnych pojazdów sprawiał wrażenie jakby przywieziono poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie bohatersko broniąc ojczyzny. Sceneria nieodparcie przywodziła wspomnienia sprzed dwudziestu lat, gdy sprowadzano trumny z zabitymi w wojnie o Falklandy. Podobnie jak wtedy obiektywy kamer zarejestrowały łzy i rozpacz rodzin zamordowanych, a fragmenty pogrzebów z kroczącymi w żałobnym kondukcie przedstawicielami władz państwowych emitowały główne serwisy informacyjne. Nagłówki gazet nawołując do działań odwetowych doskonale odzwierciedlały nastroje panujące na wyspie. Dziesięć dni po krwawym zamachu na Bali liczba Brytyjczyków popierających uczestnictwo swej armii w działaniach przeciw Irakowi uległa niemal podwojeniu. Według sondaży, aż pięćdziesiąt siedem procent społeczeństwa postrzegało udział własnych żołnierzy w bliskowschodniej akcji inicjowanej przez Biały Dom za nieodzowny. (...) Rzucane przez przywódców mocarstw hasła nawołujące do zaprowadzenia zachodniego porządku na Bliskim Wschodzie nasuwają nieodparte skojarzenia z żałosnym dla Europejczyków epizodem średniowiecznych wypraw krzyżowych. W 1095 roku papież Urban II na Synodzie w Clermont zaapelował o obronę Grobu Świętego przed niewiernymi. Skierowanie rzesz do walki z wyznawcami islamu miało pozwolić mu na realizację jeszcze jednego celu - wzmocnienia pozycji Stolicy Apostolskiej w sporze z Cesarstwem i zjednoczenia wokół niej społeczeństwa europejskiego w obliczu wyimaginowanego zagrożenia. Dziś Grobem Świętym stały się roponośne pola Bliskiego Wschodu. Hegemonię Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej przypieczętowuje krucjata przeciw fundamentalizmowi islamskiemu. Przypuszczalnie krzyżowcy skierują się po Bagdadzie do Teheranu.

Powyższy tekst pochodzi z książki poznańskiego historyka Piotra Kwiatkiewicza "Amerykańska krucjata - konflikt w Zatoce Perskiej", która ukazała się właśnie w księgarniach. Fragment publikujemy za zgodą autora.
 



Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian