Radykalna teoria nie ma nic do stracenia i do szanowania. Krytykuje siebie, jak i wszystko inne. Nie jest doktryną, którą trzeba przyjąć na wiarę, ale prowizorycznym uogólnieniem, które wymaga ciągłej weryfikacji.
Ken Knabb

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Wybór publicystyki Poznańskiej Koalicji Antywojennej z roku 2007

Poznańska Koalicja Antywojenna

GORZKA LEKCJA - CZTERY LATA WOJNY IRACKIEJ

Niepotrzebna, bezsensowna, nieuzasadniona i nie do wygrania to tylko część określeń, jakimi posługuje się większość komentatorów pisząc o wojnie w Iraku przed czwartą rocznicą jej rozpoczęcia. Można się spodziewać, że wkrótce któryś z decydentów administracji prezydenta Busha przyzna oficjalnie, że wyprawa ta była fatalnym błędem, podobnie jak po latach ocenił wojnę wietnamską jej "ojciec" - b. sekretarz obrony Robert McNamara.

Już teraz rzecznicy inwazji, rozpoczętej 19 marca 2003 atakami z powietrza i ofensywą lądową z Kuwejtu dzień później, odczuwają bolesny katzenjammer i myślą tylko o jednym - jak z zachowaniem twarzy wycofać się z tej awantury, aby nie zwiększać wielowymiarowej klęski. Jej rozmiary ukazuje przede wszystkim katastrofa humanitarna, jaka spotkała Irakijczyków, kompromitując państwa koalicji pod wodzą USA. Inwazja i potem okupacja miały bowiem wyzwolić Irak od dyktatury Saddama Husajna i uczynić ten kraj bezpiecznym i szczęśliwym, a ludziom zapewnić wolność i demokrację.

Tymczasem nad Eufratem i Tygrysem toczy się -ze szczególnym nasileniem od prawie roku - podwójna wojna: przeciw wojskom koalicji i domowa (między szyitami i sunnitami). Ludzie giną codziennie i nikt nie jest pewny życia. Jedyny ratunek to ucieczka za granicę, gdzie każdego dnia ciągną długie konwoje. Mimo upływu czterech lat gospodarka nie została odbudowana. Wydobycie i eksport ropy, będącej głównym źródłem dochodów państwa, drepczą w miejscu pozostając w tyle za produkcją i sprzedażą w 2002 r. Utrzymują się wysokie bezrobocie i bieda. Gdyby coś takiego zdarzyło się w Europie, poruszone byłyby niebo i ziemia, by przerwać hekatombę i ukarać winnych. Za o wiele mniejsze winy stawiani są przed haskim trybunałem ds. zbrodni wojennych w b. Jugosławii politycy i wojskowi odpowiedziami za zbrodnie w Chorwacji, Bośni i Kosowie.

Kolejna klęska to bezsilność wojsk okupacyjnych. Okazało się, że najsilniejsza, dysponująca najbardziej nowoczesnym uzbrojeniem armia świata nie jest w stanie poskromić drobnych grup rebelianckich posługujących się na pół prymitywną bronią, nawet robioną domowym sposobem.

Powstaje naturalne pytanie: dlaczego doszło do tego wszystkiego i dlaczego po czterech latach od rozpoczęcia inwazji nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy się to skończy. Ostatni raport 15 amerykańskich agencji wywiadowczych rokuje pogorszenie sytuacji i ocenia, że będzie trwać jeszcze przez 12 -18 miesięcy. Jest to zresztą kolejny taki termin.

Odpowiedź na pytanie o powód tego impasu nie jest prosta. Częściowo dają ją słowa przerażenia jednego z polskich arabistów na początku wojny, gdy wojska amerykańskie jeszcze znajdowały się w zwycięskim pochodzie z Kuwejtu do Bagdadu. Mówił on "TRYBUNIE": - Cóż to za szaleństwo! Czy amerykańscy arabiści są tak głupi, czy też decydenci w Waszyngtonie w ogóle nie prosili ich o rady?

Oczywiście, najpewniej było to drugie. To znaczy, że Biały Dom, Pentagon i Departament Stanu zdecydowali się na zbrojną i polityczną interwencję na obszarze, który rządzi się zupełnie innymi prawami i gdzie panuje odrębna tradycja polityczna i społeczna, której ważkim czynnikiem są więzy religijne, plemienne i rodowe. System ten jest daleki od doskonałości, w najnowszej historii stanowił glebę dla okresowych konfrontacji, przewrotów i dyktatorskich rządów przynoszących części ludności wiele cierpień. W Europie system ten słusznie byłby potępiany i dawno uległby radykalnym przemianom. W świecie arabskim stał się jednak niemal czymś naturalnym, co nie znaczy, że zamrożonym. Powoli kiełkuje ruch reformatorski. Z tym, że - poza radykalnymi grupami - szuka własnych rozwiązań i nie jest skłonny do mechanicznego powielania zewnętrznych wzorców i niechętnie, wręcz z wrogością traktuje próby narzucania zagranicznych wzorców. Tymczasem taka była istota inwazji w marcu 2003 r. Co gorsza, naruszyła ona historycznie ukształtowane relacje między-etniczne i między-religijne oraz nieformalne instytucje plemienne i rodowe. Przyniosło to dwa skutki. Pobudzone zostały zastarzałe sprzeczności, szczególnie między sunnitami a szyitami, a jednocześnie zjednoczyły przygniatającą większość ludności przeciw obcym okupantom. Paradoksalnie zbrojne ugrupowania sunnitów i szyitów, które wzajemnie utopiłyby siebie w morzu krwi, pragną jak najszybszego wyjścia obcych wojsk. Takie pragnienie demonstrują najwięksi przegrani - ci, którzy stanowili opokę reżimu Saddama Husajna, jak i teoretycznie wygrani - ci, którzy czuli się dyskryminowani przez ten reżim. Dla amerykańskich inicjatorów wojny jest to wręcz niezrozumiałe i trudne do uznania jako realny fakt. Dlatego od początku usiłowali działać zgodnie z własnym przekonaniem, że najlepiej wiedzą, czego potrzeba Irakijczykom i kto nimi powinien rządzić. Gdy zaś odczuli na sobie sprzeciw, butnie zawyrokowali, że wrogowie to wyłącznie terroryści, których należy zlikwidować z użyciem siły zbrojnej. Kiedy powoli zaczęli dochodzić do wniosku, że bombami i rakietami nic się nie rozwiąże, że trzeba rozmawiać, było już za późno, bo mleko się rozlało.

Na domiar złego opanowany chaosem Irak stał się rajem dla islamskich ekstremistów w rodzaju Al Kaidy. Pozbawieni bezpiecznej bazy w Afganistanie przenieśli się nad Tygrys i Eufrat, gdzie zaczęli ściągać awanturnicy opętani wykoślawiającymi islam zbrodniczymi hasłami wymierzonymi nie tylko w Zachód, ale przede wszystkim we własne społeczności. To szczególnie wstydliwa sprawa dla organizatorów wojny irackiej. Rozpętali ją pod sztandarem wojny przeciw terroryzmowi, ale doprowadzili do tego, że Irak stał się jego największą ofiarą.

Trzecia klęska, czy może na razie tylko porażka to osłabienie mechanizmów globalnej polityki USA i jej wiarygodności. Proces ten rozpoczął się wraz z ujawnieniem fałszu argumentów uzasadniających rozpoczęcie tej wojny. Irak Saddama Husajna nie posiadał broni masowego zniszczenia i nie miał żadnych związków z Al Kaidą, jak głosił prezydent Bush. Podkopało to zaufanie do decyzji podejmowanych w Waszyngtonie. Tym bardziej że okazało się, iż rację mieli przeciwnicy wojny, szczególnie z kręgu najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Osłabiło to pozycje USA na innych frontach, m.in. w Ameryce Łacińskiej. Nie chwycił ambitny program budowy pokoju i demokracji na tzw. Szerokim Bliskim Wschodzie - hałaśliwie nagłośniony taki cel praktycznie spadł z porządku dziennego. W bezpośrednim, arabskim sąsiedztwie Iraku zrodził się lęk, że chaos wywołany przez USA nad Tygrysem i Eufratem może się rozlać na region Zatoki, Syrię, Jordanię, a także Turcję. Inaczej mówiąc Irak, który według zapowiedzi prezydenta Busha miał się stać ożywczo promieniującym modelem dla krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu, wywołał w tym regionie ból głowy i strach. I raczej zahamował kiełkujące dążenia do oczekiwanych na Zachodzie reform i modernizacji.

Amerykańskie niepowodzenia dodały bodźca państwom, które z różnych, czasem sprzecznych powodów nie pogodziły się z jednobiegunowym światem powstałym po zakończeniu zimnej wojny i upadku ZSRR. Rosja i Chiny dojrzały możliwość budowy wielobiegunowego świata, a więc do sytuacji, w której losy naszego globu nie będą zależeć wyłącznie od Stanów Zjednoczonych. Ograniczeniu uległa skuteczność polityki USA zmierzającej do dyktowania innym państwom, jak się mają rządzić i do izolowania tych reżimów, które Waszyngton uznaje jako swych wrogów. W następstwie, mimo przyciskania do muru Korei Północnej i Iranu, Phenian faktycznie wychodzi z tej konfrontacji niemal zwycięsko, a wiele świadczy, że do kompromisowego porozumienia może dojść również z Teheranem. W obu wypadkach administracja Busha nie znalazła poparcia dla swych pogróżek użycia siły. I jak na razie trzyma się drogi dialogu, czego domagają się inni międzynarodowi gracze. Nie wiadomo, jak by to było, gdyby wydarzenia irackie potoczyły się inaczej. Jest to, jak dotąd, właściwie jedyny jasny punkt w irackiej tragedii.

Lekcja iracka pokazała jednak coś znacznie więcej - konieczność liczenia się z różnorakimi realiami w poszczególnych krajach i regionach naszego globu. Panujące tam sytuacje mogą się nie podobać w Ameryce czy Europie. Nie oznacza to jednak prawa do narzucania rozwiązań politycznych, społecznych i ekonomicznych, które mają rację bytu na tych dwóch obszarach kulturowo-cywilizacyjnych.

Zygmunt Słomkowski

Jak giną ludzie
Nie ma dokładnych danych o stratach cywilnej ludności Iraku. Według szacunków pisma "Lancet" z lipca 2006 r, "w następstwie wojny" zginęło do 655 tys. Irakijczyków. Pozarządowa organizacja lraq Body Count, która rejestruje dane podawane przez media, podaje liczbę 55 tys., w tym 2.900 policjantów. IBC zastrzega jednak, że o wielu wypadkach śmierci nie informowano. Natomiast irackie ministerstwa zdrowia i spraw wewnętrznych liczbę zabitych cywilów szacują na ponad 100 tys. Misja Pomocowa ONZ w Iraku podała zaś, że tylko w 2006 r. zginęło prawie 34.500 Irakijczyków. Przed marcem 2003 za granicą żyto ok. 500 tys. emigrantów. Obecnie jest ich ponad 2 min. Ponadto niewiele mniej jest uchodźcami we własnym kraju chroniąc się poza swoimi domami. Do połowy marca 2007 r. straty wojsk koalicyjnych byty następujące: USA - 3.190 (plus ponad 23.700 rannych), W. Brytania -132, Włochy - 33, Polska -19, Ukraina -18, Bułgaria -13, Hiszpania -11, Dania - 6, Salwador - 5, Słowacja -4, Łotwa - 3, Australia - 2, Estonia - 2,Holandia - 2,Rumunia - 2, Tajlandia - 2, Węgry - 1, Kazachstan -1.

Jak żyją
Dotychczas USA zapłaciły za wojnę w Iraku ponad 350 mld dolarów, a są już wystawiane nowe rachunki. Przygniatającą większość wydatków pochłonęło utrzymanie armii ekspedycyjnej, tylko drobną część przeznaczono na odbudowę. Władze irackie mają bardzo małe dochody, ponieważ gospodarka nie funkcjonuje. Jej stan ilustrują liczby dotyczące produkcji na początku tego roku i w ostatnim roku przed wojną (w nawiasach): ropa naftowa -1,21 min baryłek dziennie (2,58 min), elektryczność - w skali całego kraju 3570 MW, dzienne zaopatrzenie przez 7,5 godziny. W Bagdadzie - 2200 MW, dzienne dostawy przez 4,5 godziny (2500 MW, dzienne dostawy 16-24 godziny), telefony stacjonarne - ponad 1 min linii (833 tys.), komórki - ponad 8 min (80 tys.), woda pitna - zaopatrzenie dla 10,7 min ludzi (12,9 min), kanalizacja - dostępna dla 10,7 min ludzi (6,2 min). Wg raportu Biura ONZ ds. Pomocy w Iraku z października ub. roku, prawie 5,6 min Irakijczyków żyje poniżej progu ubóstwa i jest to o 35 proc. więcej niż przed 2003 r. Przedstawiciele władz i organizacje pozarządowe szacują, że bezrobocie w skali całego kraju przekracza 60 proc. Większość ludności utrzymuje się dzięki przydzielanym racjom żywnościowym finansowanym przez rząd, międzynarodowe organizacje charytatywne i niektóre kraje. ONZ-owska organizacja Światowy Program Żywnościowy ostrzegła, że jeśli pomoc ta zostanie zmniejszona lub przerwana, 47 proc. mieszkańców Iraku, których jest 28 min, znajdzie się bez jedzenia.

Za Trybuna nr 65 (5182) 17-18.III.2007

 



Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian