Wolność powinna i może bronić się sama i byłoby niebezpiecznym absurdem krępować ją pod pretekstem jej ochrony, ponieważ moralność nie ma innego źródła, bodźca, przyczyny i celu niż wolność, i ponieważ sama nie jest niczym innym jak wolnością.
Michał Bakunin

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Wybór publicystyki Poznańskiej Koalicji Antywojennej z roku 2007

Poznańska Koalicja Antywojenna

SZUBIENICA ZAMIAST PRAWDY

Koniec ubiegłego roku przyniósł wiadomości o śmierci dwóch krwawych dyktatorów. Najpierw przyszedł koniec na Augusto Pinocheta, potem na Saddama Husajna. Los obu tyranów wskazuje na pewne podobieństwa, ale jeszcze bardziej znaczące są różnice. Szczególnie dotyczy to sposobu w jaki zeszli ze sceny historycznej. Porównanie ich mówi nie tylko o naturze współczesnej dyktatury, ale przede wszystkim o tych, którzy uzurpują sobie miano społeczności międzynarodowej, świata demokratycznego albo po prostu cywilizacji zachodniej.

Przypomnijmy, że Pinochet umierał w otoczeniu rodziny i swoich popleczników ciesząc się do końca praktyczną bezkarnością i pełnią praw. Kiedy hiszpański sędzia Baltasar Garzon doprowadził do aresztowania dyktatora w Anglii, w roli strażników jego skóry wystąpiło aż trzech premierów - Tony Blair z Wielkiej Brytanii, Jose Maria Aznar z Hiszpanii i Eduardo Frei z Chile. Inni szacowni reprezentanci cywilizacji zachodniej nie protestowali gdy dyktator wymykał się wymiarowi sprawiedliwości. Także i dziś entuzjaści rzeźnika z Santiago nie muszą się z niczego tłumaczyć. Nikt na przykład nie odmawia podawania ręki Markowi Jurkowi oraz Markowi Kamińskiemu, którzy swego czasu pielgrzymowali do londyńskiego szpitala, w którym leczył się Pinochet aby wręczyć mu ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej. Przeciwnie obaj panowie uchodzą za tzw. poważnych polityków i mają czelność występować w imieniu wyższych wartości moralnych. Zapewne w swoim mniemaniu mają do tego pełne prawo. W końcu jeden jest Marszałkiem Sejmu Rzeczypospolitej, drugi jej europosłem.

O ile publiczne obnoszenie się z poparciem dla Pinocheta może otwierać drogę do politycznej kariery w IV RP, o tyle z Saddamem sprawa wygląda zupełnie inaczej. Iracki dyktator nie zaznał emerytury pod parasolem ochronnym liderów społeczności międzynarodowej. Został pokonany w wojnie, upokorzony podczas aresztowania i stracony na oczach całego świata. Jeden ze współczesnych mistrzów tortur i masowych represji został osądzony, a drugi sprawiedliwości uniknął. A przecież obaj przez długie, zimnowojenne lata byli pupilami przywódców tzw. wolnego świata. Cieszyli się czymś więcej niż tylko sympatią i uznaniem lokatorów Białego Domu. Jeden czerpał z tego korzyści do końca życia, drugi w pewnym momencie popadł w niełaskę. Oto ponury paradoks i kolejny przykład do niekończącej się listy podwójnych standardów, które stosuje amerykańska polityka zagraniczna.

Doprawdy trudno oprzeć się wrażeniu, że sposób w jaki osądzono, skazano i stracono irackiego tyrana nie był przypadkowy. Trybunał, przed którym odbywał się proces nie gwarantował bezstronności. Największa Amerykańska organizacja obrony praw człowieka Human Rights Watch potępiła sąd jako całkowicie niewiarygodny. Waszyngton wywierał naciski na dobór składu sędziowskiego i wpływał na jego zmiany. Rację miał jeden z najwybitniejszych brytyjskich znawców problematyki bliskowschodniej Tariq Ali gdy nazwał tę egzekucję kpiną ze sprawiedliwości, barbarzyńskim linczem w kolonialnym stylu. W tym szaleństwie była jednak metoda. Narastająca codzienna przemoc okupacji, tajemnicza śmierć dwóch obrońców, tempo w jakim sąd apelacyjny odrzucił pozew i wykonanie wyroku zaledwie cztery dni potem stwarzają nieodparte wrażenie, że komuś bardzo zależało na tym aby Saddam nie odpowiedział za inne, znacznie poważniejsze zbrodnie. Bo przecież ominął go proces o najbardziej osławioną z nich - dokonanie masakry w kurdyjskim mieście Halabdża gdzie zagazowano tysiące cywilów. Być może chodziło zatem o to aby oskarżony nie powiedział zbyt wiele. O czym? Może o swoich protektorach, przyjaciołach, czyli mówiąc bez ogródek o wspólnikach.
Saddam Husajn przez całe dekady cieszył się tolerancją Waszyngtonu. Było tak już gdy jego partia Baas dokonywała zamachu stanu skierowanego przeciw republikańskim rządom w Bagdadzie (1963). Później, po przejęciu władzy, w 1979 r., gdy niszczył społeczne dziedzictwo rewolucji irackiej roku 1958, Saddam nie musiał się przejmować amerykańskim umiłowaniem praw człowieka. Waszyngtonowi nie przeszkadzało gdy reżim basistowski masakrował najpotężniejszy na Bliskim Wschodzie ruch komunistyczny, niszczył związki zawodowe i dławił prawa pracownicze. Na otwartą przyjaźń USA dyktator zasłużył w roku 1980, gdy jego wojska najechały na pogrążony w rewolucyjnej gorączce Iran (który podczas rządów zainstalowanego przez siebie Szacha, Amerykanie wspierali... przeciw Irakowi). Przez następne 8 lat Saddam otrzymywał wielomiliardowe kredyty, nowoczesny sprzęt wojskowy i cały wachlarz usług wywiadowczych.

W roku 1982 mszcząc się za nieudany zamach na życie Saddama jego siepacze zmasakrowali 148 szyitów we wsi Dżubail. Właśnie za tę zbrodnię dyktator zawisł na stryczku. Kilkanaście miesięcy po masakrze specjalny wysłannik prezydenta Ronalna Reagana, pełniący do niedawna funkcję Sekretarza Obrony i architekt obecnych wojen w Afganistanie i Iraku, Donald Rumsfeld ściskał się z dyktatorem i jego ministrem spraw zagranicznych Tarikiem Azizem w Bagdadzie. Nie skończyło się na przyjaznych gestach. W 1984 roku administracja Reagana dostarczyła reżimowym naukowcom irackim ponad dwa tuziny próbek wirusowych i biologicznych wąglika, dżumy i jadu kiełbasianego. W roku 1986 słynny dziennikarz Bob Woodword (ten od afery Watergate) ujawnił, że CIA pomagała Irakijczykom namierzać irańskie cele do ataków z zastosowaniem iperytu.

W marcu 1988 w Halabdży wyprodukowane w USA i dostarczone Saddamowi w ramach "kontraktów na sprzęt rolniczy" śmigłowce użyły broni chemicznej przeciw bezbronnej ludności cywilnej. Cztery miesiące później amerykański gigant budowlany, powiązany z republikanami Bechtel, został wybrany przez władze w Bagdadzie do budowy wielkiej fabryki chemicznej. Z kolei w październiku 1989 roku prezydent Bush senior podpisał dyrektywę ws. bezpieczeństwa narodowego określającą dobre stosunki z Bagdadem jako służące amerykańskim interesom i stabilizacji w regionie.
W pewnym momencie jednak wszystko się popsuło. Saddam nie wyczuł intencji Waszyngtonu i najechał na Kuwejt. To, co było dobre w 1980 okazało się niedopuszczalnym pogwałceniem prawa międzynarodowego w 1990. Błąd kosztował życie 150 tys. ludzi podczas wojny w Zatoce i prawie miliona w wyniku barbarzyńskich sankcji nałożonych na Irak przez ONZ pod naciskiem USA. Iraccy cywile płacą w dalszym ciągu.

Chęć ucieczki od ujawnienia nowych okoliczności powiązań reżimu Saddama z Waszyngtonem i państwami Europy (w tym Rosją), to tylko jedna z prawdopodobnych przyczyn takiego a nie innego końca byłego irackiego dyktatora. Haniebny lincz jakiego się na nim dopuszczono miał także bardziej aktualny kontekst. Katowski spektakl ku uciesze gawiedzi miał odciągnąć uwagę od amerykańskich klęsk w Iraku, miał też praktycznie wpłynąć na rozniecenie sekciarskich konfliktów i pogłębić proces rozpadu tego kraju. Trzeba być bardzo naiwnym żeby nie dostrzec, że termin egzekucji wybrano wyłącznie po to by poniżyć Irakijczyków wyznania sunnickiego. Odbyła się ona w dniu religijnego święta, które powinno być wolne od publicznego zadawania śmierci. Fakt, że szyici obchodzą to samo święto zaledwie dzień później podkreśla jeszcze prowokacyjnie antysunnicki charakter daty wykonania wyroku na dyktatorze. W tym wypadku dwa dni zwłoki oznaczałyby dużą różnicę.

W grudniu 2006 roku w Iraku zginęło 109 amerykańskich żołnierzy co jest jednym z najgorszych wskaźników od początku okupacji. Spośród prawie 4 tys. ataków zbrojnych jakie co miesiąc notuje się w Iraku ponad 60% wymierzonych jest przeciw wojskom okupacyjnym. Nic dziwnego, że liczba Amerykanów, którzy zginęli w Irackim bagnie przekroczyła już magiczne trzy tysiące a liczba rannych idzie w dziesiątki tysięcy. To, co stało się udziałem zwykłych obywateli Iraku trudno nazwać mianem innym niż piekło. Nawet wedle zaniżanych oficjalnych raportów władz w Bagdadzie, w drugiej połowie minionego roku ginęło miesięcznie po ok. 2000 cywilów. Wedle źródeł niezależnych od rządu codziennie ginie 500 osób.
Według danych Wysokiego Komisariatu ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) ponad półtora miliona Irakijczyków opuściło kraj od marca roku 2003. Stanowi to 7% populacji kraju. Co miesiąc z kraju ucieka 100 tysięcy ludzi. Obecnie milion uchodźców z Iraku wegetuje w obozach na terenie Syrii, 750 tys. przebywa w Jordanii, 150 tys. w Kairze. Jak zauważył Tariq Ali uchodźcy ci nie budzą sympatii Zachodu, a ich cierpienie nie obchodzi Zachodnich mediów. Uchodźcy z Iraku nie zasługują na uwagę organizacji w rodzaju Polskiej Akcji Humanitarnej, mimo, że państwo polskie przyczyniło się do ich tragicznego losu. Znacznie łatwiej użalać się nad losem cierpiących Kosowarów czy Czeczeńców bo przy okazji wypatrywania drzazg w cudzych oczach można ukryć belkę tkwiącą we własnym.

W listopadzie ubiegłego roku niezależny ośrodek analityczny Iraq Centre for Research and Strategic Studies (ICRSC), przeprowadził trzytygodniowe badanie opinii publicznej, z którego wynika, że tylko 5% Irakijczyków uważa, że sytuacja w ich kraju jest dziś lepsza niż przed rozpoczęciem wojny w roku 2003. Przeciwnego zdania jest 89%. Aż 79% Irakijczyków uważa, że ich sytuacja ekonomiczna pogorszyła się, a 95% odczuwa zasadnicze pogorszenie w kwestii bezpieczeństwa. Co ciekawe tylko 50% Irakijczyków określa się mianem muzułmanów (spośród nich 34% jako szyitów i 14% jako sunnitów). W ten sposób potwierdzają się podejrzenia, że to Amerykanie są siłą rozniecającą waśnie etno-religijne. Demokracja, którą wielkodusznie ofiarowali obywatelom Iraku nie opiera się na pluralizmie politycznym. Wręcz przeciwnie - uprzywilejowuje tożsamości etniczne i religijne. Wedle prawa wyborczego wymyślonego przez nowojorską kancelarię adwokacką Friedmana Irakijczycy nie głosują na partie i programy polityczne, ale na kurie religijno-etniczne. Niezależnie od wyniku głosowania określona ilość miejsc w bagdadzkim parlamencie ma przypaść szyitom, sunnitom i Kurdom. Tak oto okupanci upolitycznili religię i przynależność etniczną Irakijczyków. Doprawdy nietrudno zauważyć, że beneficjantem wywołanego w ten sposób podziału dzielnicowego są nie tyle przywódcy fundamentalistycznych ugrupowań i milicji, które dokonują dziś czystek etnicznych ile amerykańskie koncerny. Znacznie łatwiej będzie dobrać się do irackich zasobów gdy za partnera do interesów będą miały nie silne państwo, ale mozaikę skłóconych bantustanów etniczno-religijnych.

Wielu obserwatorów wskazuje, że obecna sytuacja w Iraku to triumf Saddama zza grobu. Nie mają racji. W szczególności wtedy gdy tak jak pewien ekspert cytowany na portalu Gazety Wyborczej twierdzą, że okupanci zarazili się od Irakijczyków terrorystycznymi metodami, za pomocą których obecnie "stabilizują kraj", oraz że to korupcyjna kultura stworzona w czasach reżimu Saddama nauczyła przybyszów zza oceanu ekonomicznych przekrętów przy tzw. odbudowie. W gruncie rzeczy tego rodzaju efektowne sformułowania powtarzają zgrane, rasistowskie stereotypy. Nie odbierając "zasług" reżimowi Baas należy przypomnieć, że przynajmniej od roku 1991 poważną konkurencją w dostarczaniu Irakijczykom wzorców okrucieństwa i niegodziwości stali się Amerykanie. Dość powiedzieć, że dziś kurdyjskie więzienia wzorowane są na Guantanamo. To samo dotyczy grabieży irackich zasobów, którą amerykańskie korporacje przeprowadzają pod orwellowska nazwą odbudowy. Naftowa korporacja Halliburton, którą w latach 1995-2000 kierował obecny wiceprezydent USA Dick Cheney już w chwilę po opanowaniu Iraku otrzymała kontrakt na 600 milionów dolarów. Halliburton nie wywiązał się z umowy... a w nagrodę dostał następny kontrakt, tym razem na 4 miliardy. Czyż trzeba dodawać, że Cheney otrzymuje ze swej dawnej firmy "alimenty" w wysokości miliona dolarów rocznie, aby zrozumieć jak wygląda wolny rynek w wykonaniu neokonserwatystów Busha juniora? Od samego początku okupacji, od czasów rady zarządzającej Paula Bremera, który za pomocą 100 dekretów zmienił ustrój gospodarczy Iraku (łamiąc przy tym Konwencje Genewskie), tworzono warunki do masowej grabieży kraju posiadającego drugie co wielkości złoża ropy naftowej na świecie. Wszyscy, którzy mieli w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości powinni je porzucić w momencie gdy brytyjski dziennik "The Independent" z 7 stycznia br. doniósł o tym, że iracki parlament pracuje pod kierunkiem amerykańskich ekspertów nad ustawą mającą wprowadzić nowe reguły eksploatacji tamtejszych pól naftowych. Dzięki nim koncerny naftowe ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii (Shell, BP, Exxon) uzyskają swobodny dostęp do bogactw Iraku. Ustawa ma umożliwić zagranicznym korporacjom eksploatowanie irackich złóż przez trzydzieści lat. W ten sposób, po raz pierwszy od roku 1972, gdy Irak znacjonalizował przemysł, zachodnie koncerny będą mogły eksploatować ropę na tak wielką skalę. Co więcej ustawa pozwoli im na zatrzymywanie, w początkowym okresie, ponad 75% zysków z wydobycia ropy. Zważywszy, że gospodarka Iraku w 70% zależy od ropy oznaczałoby to faktyczną likwidację wszelkiej suwerenności kraju.

Dziś w okupowanym i pogrążonym w kolejnej wojnie Iraku nie ma już Saddama, jest natomiast jego dawny faworyt, koncern Bechtel. Budowlana korporacja, podobnie jak jej naftowe siostry w rodzaju Schell czy BP, znowu inkasuje zyski z publicznej kasy zdruzgotanego wojnami kraju. I ten fakt najlepiej tłumaczy stawkę, o którą toczy się gra. Z Saddamem czy bez niego.

Przemysław Wielgosz
Tekst pochodzi z dziennika "Trybuna".


Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian