Skręt kiszek

Stanisław Krastowicz
Drukuj

stadion miejskiZ dziennikarskimi dociekaniami nt. Poznania postanowił podzielić się z nami redaktor Gazety Wyborczej Adam Kompowski, w artykule-komentarzu pt. „Mieszkamy w jednym z lepszych miejsc. Pocieszmy się”. Jakby się ktoś nie zorientował, bo w sumie trudno, to chodzi o Poznań. Można powiedzieć, że w świąteczno-sylwestrowo-noworocznym okresie wiele rzeczy uchodzi i można je zrzucić na karb związanej z nim głupawki. Ewentualnie obdarowani przez najbliższych i podchmieleni, mamy prawo świat widzieć lepszym, niż jest w rzeczywistości. Ale redaktor Kompowski na poważnie sięga po pewne dane i serwuje nam dobrze znaną śpiewkę dochodzącą nieustannie z ratusza – „stolica Wielkopolski bryluje”. I tu moglibyśmy powiedzieć, a co tam, każdy reżim miał na swoich usługach propagandzistów sukcesu. Byli nimi i uniwersyteccy profesorowie, i dziennikarze. Tym razem jednak Adam Kompowski przedstawia nam się nie jako sprzedajny wyrobnik pióra, który pisze bo musi wyżywić rodzinę, ale przekorny i krnąbrny socjolog krytyczny.

I jako ten socjolog krytyczny postanowił dowieść, że Poznań jest najlepszym miejscem na ziemi, co powinno nas ucieszyć. Mają na to wskazywać dane ekonomiczne. Po pierwsze twierdzi, że zaświadcza o tym jedno z najwyższych w Polsce, w przeliczeniu na głowę mieszkańca, PKB. Naprawdę napisano już wiele tomów, mówiących o tym, dlaczego ten wskaźnik jest mało wiarygodny, zwłaszcza w odniesieniu do mierzenia szczęścia, szczególnie wówczas kiedy wzrost PKB łączy się jednocześnie ze wzrostem nierówności społecznych. Potraktowanie też Poznania jako autarkicznej gospodarki i sięgnięcie po ten wskaźnik jako miary sukcesu miasta prezydenta Grobelnego, to delikatnie mówiąc nadużycie. Tak izolowany Poznań realnie natychmiast podupadłby gospodarczo, gdyby np. przestała napływać do niego masa ludzi pracujących w tutejszych zakładach pracy i zaopatrująca się w tutejszych centrach handlowych. Najmniej co czwarty, a być może nawet co trzeci (są różne szacunki) pracownik zatrudniony na terenie miasta, pochodzi spoza jego granic. Każdego dnia wypracowuje żmudnie poznańskie PKB, którym, nazbyt pochopnie, Adam Kompowski obdzielił tylko osoby Poznań zamieszkujące. Podobnie jest z mierzeniem bezrobocia. Osoby, które do pracy do Poznania dojeżdżają, podają szybciej ofiarami zwolnień, ale w poznańskich statystykach nie figurują. O dobrych poznańskich zarobkach, najlepiej zaświadcza ostatni protest pracownic żłobków.

Po drugie redaktor Kompowski postanowił rozprawić się z malkontenctwem dotyczącym problemu naszego wysokiego zadłużenia budżetu miasta. „Sam dług mi nie przeszkadza – pisze śmiało - wziął się przecież stąd, że skorzystaliśmy z wyjątkowej szansy wykorzystania unijnych pieniędzy, do których trzeba było zawsze dołożyć tzw. wkład własny.”  I ta teza ma się nijak do rzeczywistości. Popatrzymy na ostanie dziesięć lat. Od 2002 roku do 2008 roku włącznie, zadłużenie miasta Poznania oscylowało w okolicach 0,5 mld. złotych.  Nie było ostatecznie istotnie skorelowane z napływającymi bezpośrednio do budżetu dotacjami z Unii Europejskiej. Od 2009 roku dług nagle podskoczył o ok. 1,5 mld. złotych. W tym samym okresie (od 2009 roku) dotacje UE do budżetu miasta wynosiły wielokrotnie mniej - 0,33 mld. złotych. (Średniorocznie dotacje unijne do budżetu miasta wynosiły w latach 2004-2012 ok. 3,5 proc. dochodów). Wzrost zadłużenia nałożył się natomiast na rozpoczęcie realizacji najdroższej inwestycji w mieście, modernizacji stadionu miejskiego, która pochłonęła ok. 0,8 miliarda zł. Unia nie dała na stadion ani grosza. Adam Kompowski o stadionie nie wspomina. Nie pasowałby do tezy przez niego forsowanej.

Takich wątpliwych tez w tekście jest więcej.  Pisanie, że Łódź – w przeciwieństwie do Poznania – nie wykorzystała swojej szansy, jest wyjątkową socjologiczno-ekonomiczną perwersją po wstrząsie jakim doznała Łódź na skutek załamania się produkcji przemysłu włókienniczego i odzieżowego. Było to związane z pewnymi gwałtownym procesami globalnymi, o których mechanizmach tutaj nie miejsce pisać. Adamowi Kompowskiemu wydaje się natomiast, ze wystarczy jakiś rodzaj mentalności, „poznańska kupiecko-rzemieślnicza tradycja” (to raczej mit, towarzyszu redaktorze!), indywidualna przedsiębiorczość itd., wszystko to, co łechta drobnomieszczańskie samozadowolenie. U mnie wywołuje to raczej skręt kiszek, podobny jak u Kompowskiego słowa o walce klas w ustach, wspomnianego przez niego, profesora marksisty.

Ja lubię Poznań, doceniam jego zalety, ale nie znoszę jednak tego typu – zafundowanej przez redaktora Kompowskiego – „naukowej” retoryki, której jedynym chyba celem jest podchlebienie się władzy i reklamodawcom , oraz uspokojenie co niektórych sumień. I to pod pretekstem krytycznej analizy.