Partie polityczne to naturalna forma organizacji władców aktualnych czy potencjalnych, rady czy samorządy to naturalna forma organizacji mas.
Leszek Nowak

Jesteś na archiwalnej wersji strony internetowej - przejdź na aktualną wersję rozbrat.org

Urok biedy nie do odparcia

Asia Kubiakowska

BerlinCi, którzy mogą sobie finansowo pozwolić na świadomy wybór miejsca zamieszkania, zbiorowo chcą się przeprowadzać do „fajnych” dzielnic. „Fajne” czytaj: centrum miasta, krajobraz starych, zapomnianych kamienic, atmosfera ulicznego życia mieszkańców, kwitnąca scena alternatywna ratująca przed mieszczańską nudą. A przy okazji tanio. Fantazje klasy średniej, aby być się tej rzeczywistości częścią, stały się narzędziem społecznego wykluczenia i rujnowania przestrzeni miejskiej. 

Szaleństwo kontrolowane

W programie każdego ambitnego turysty odwiedzającego duże europejskie miasto jest „wyprawa do dzielnicy alternatywnej”. Przedsięwzięcie to ma na celu dodanie wycieczce nutki szaleństwa i spontaniczności. Okazuje się, że nawet dobrze sytuowane, spokojne rodzinki pragną zachwycić się chaotycznym życiem ulicy, popodglądać mieszkańców, których raczej nie zdarzyłoby się im spotkać w swojej grzecznej, wypucowanej okolicy. Spacerując po nowojorskim Brooklynie, berlińskim Kreuzbergu, czy warszawskiej Pradze, fotografują zapuszczone kamienice i wąskie uliczki, na których ku swej uciesze nie natykają się na kolejny moloch H&M, a na małe sklepiki z lokalnymi produktami dla lokalnych nabywców. Analogiczne motywacje kierują ludźmi, którzy marzą o przeprowadzce do „fajnej dzielnicy”. Nie chcą mieszkać z podobnymi do siebie ustabilizowanymi mieszczanami. Pragną uczestniczyć w „alternatywnej rzeczywistości”, która wydaje im się ciekawsza, atrakcyjniejsza. Za realizację tego pragnienia są w stanie odpowiednio zapłacić. W ten sposób ściągają na swoją wymarzoną okolicę nieodwracalne zmiany, mniej „fajne” dla lokalnych mieszkańców, którzy mieli być barwną dekoracją w życiu entuzjastycznych nowych lokatorów. Jak pokazuje historia „alternatywnych dzielnic” zachodnich, w pewnym momencie chętnych do podziwiania „lokalnego kolorytu” zaczyna być tak dużo, że znika miejsce dla tych, którzy pierwotnie stanowili o atrakcyjności okolicy.

Części miasta cieszące się taką wyjątkową popularnością to zazwyczaj byłe dzielnice robotnicze, położone w centralnej części miasta. Do zapomnianych i bezwartościowych budynków wprowadzają się ludzie nie mający raczej wiele wspólnego z pieniędzmi i karierą: artyści, środowiska kontrkulturowe, społeczni i polityczni kontestatorzy. W dzielnicy „wykluczonych”, prócz tego że tanio, wspólnotowo i bez policji (bo kogo interesuje bezpieczeństwo biedaków?), zaczyna kwitnąć odważna sztuka i polityka. Choć na tym etapie krajobraz dzielnicy poważniej się nie zmienia, a lokalni mieszkańcy – być może poza ewentualną konfuzją –  skutków nowych migracji specjalnie nie odczuwają, przemiany te zwiastują przyszłe komplikacje. Wiadomo, że jedną ze sprytniejszych, a zarazem skuteczniejszych strategii kapitalistycznych jest tłumienie buntu przez jego utowarowienie. Bunt jest ładny, modny i generalnie sexy. Na tym można nieźle zarobić, a i przy okazji unieszkodliwić tych, którym nie podoba się obowiązujący system.

Nudna dzielnica nudnych ludzi

Do dzielnic zdobywających sobie powoli sławę „fajnych” i „alternatywnych” sprowadzają się stopniowo studenci, intelektualiści, osoby dobrze wykształcone – ludzie bądź z przyzwoitą sytuacją materialną, bądź z takiej sytuacji perspektywą. Pieniądze do wydania w kieszeniach nowych lokatorów muszą – zgodnie z obowiązującą „logiką rynku” – pociągać za sobą pojawienie się kreatywnych przedsiębiorców, którzy te pieniądze chętnie zagospodarują. Powstają „przemiłe” (ale jakie drogie!) kawiarenki, otwierane są awangardowe (choć dla mniej „awangardowych” mieszkańców - niedostępne) kluby. Czynsze idą w górę, biedniejsi mieszkańcy lądują na bruku. Nie szkodzi – pojawia się więcej przestrzeni dla coraz bogatszych zainteresowanych. Aby sprostać im oczekiwaniom (już mało mającym do czynienia z „alternatywnym życiem”), budynki są restaurowane, odnawiane, upiększane.  Obok kawiarenek zaczynają pojawiać się jeszcze droższe sklepy: z wygodnymi ubraniami, ekologiczną żywnością.

Wieloletni mieszkańcy dzielnicy są w ten sposób eksmitowani: bezpośrednio – przez zaporowe ceny czynszów i usług, pośrednio – przez nowobogacką, snobistyczną estetykę życia. Ulica przestaje być spontanicznym miejscem spotkań, przestrzenią artystycznej i politycznej ekspresji. Priorytetem stają się mieszczańskie fetysze czystości – sterylności i przesadnej kontroli wynikającej z histerycznego strachu przed utratą prywatnego mienia. W „wyglansowanej” dzielnicy nie ma już miejsca na sztukę uliczną, graffiti na murach i budynkach. Pierwotnie stanowiły one atrakcję cieszącą oko odwiedzających. Sympatia grzecznych, dobrze sytuowanych odbiorców okazuje się jednak zgubna dla ulicznej twórczości. Zafascynowani nią nowi lokatorzy nieświadomie przynoszą wraz ze swoją przeprowadzką także swoje potrzeby i przyzwyczajenia estetyczne. Ulice są coraz czystsze, budynki odmalowywane, a graffiti sklasyfikowane zostaje jako wandalizm zakłócający porządek. Nowi mieszkańcy ze zmian się cieszą, a  władze jeszcze bardziej: czy można wyobrazić sobie wygodniejszą metodę na bezkonfliktowe usunięcie z głównego deptaka napisu: „MIASTO NIE JEST NA SPRZEDAŻ”?

Nowi lokatorzy wnoszą ze sobą także nowoczesny styl życia: „life style” nastawionego na konsumpcję indywidualisty. Model ten, wykreowany przez współczesny kapitalizm, nietrudno zdemaskować jako kolejną strategię władzy. Skrajna indywidualizacja skutecznie uniemożliwia masowy sprzeciw. Poza tym: człowiek pogrążony we własnej alienacji i samotności raczej nie znajdzie czasu ani energii na samodzielne kształtowanie swojego otoczenia. Jednym słowem: czym słabsza wspólnota, tym silniejsza kontrola polityczno-ekonomicznych macek nad jednostkami. Z nowymi, indywidualistycznie nastawionymi mieszkańcami, rozpadowi ulec muszą stopniowo sąsiedzka wspólnota i zażyłe relacje między pochodzącymi z różnych środowisk współlokatorami.

W efekcie dzielnica przestaje być atrakcyjna już nawet dla nowych lokatorów. Zaczyna coraz bardziej przypominać nudne i drogie miejsca, z których zechcieli się jakiś czas temu wyprowadzić. Miejska przestrzeń przestaje się podobać, staje się zbyt oczywistym wyrazem nowobogackich gustów i potrzeb. A przeglądanie się w krzywym zwierciadle jest dla dobrze usytuowanych lokatorów raczej średnio zabawne.

Co słychać na berlińskim Kreuzbergu?

Berlińska dzielnica Kreuzberg jest sztandarowym przykładem opisanych wyżej procesów. Ponad 30% ludności Kreuzbergu to imigranci: głównie z Turcji, ale także Włoch, Polski, Rosji, byłej Jugosławii. Kreuzberg to tradycyjnie dzielnica robotnicza, dziś zamieszkiwana głównie przez niższą klasę średnią i bezrobotnych. Od lat siedemdziesiątych stopniowo zajmowane były na Kreuzbergu opuszczone, zapomniane przez miasto i właścicieli budynki. Zasiedlały je grupy potrzebujące przestrzeni mieszkalnej, wywodzące się z niższych warstw społecznych. Ceny mieszkań i usług, dopasowane do zarobków mieszkańców, do niedawna były najniższe w Berlinie. Dzielnica słynie z alternatywnej sceny artystycznej i radykalnej polityki. Choć granicząca ze ścisłym centrum, do tej pory skutecznie opierała się prywatyzacji i drożyźnie. Z jednej strony silne tradycje masowego, lewicowego protestu, inicjatywa i sieć anarchistycznych squatów, z drugiej strony - duża część budynków pozostawała przez długi czas w rękach spółdzielni mieszkaniowych, chroniących obywateli przed nadchodzącą falą drożyzny.

Dziś oba punkty oparcia są systematycznie unieszkodliwiane. Ogromna większość kamienic znalazła się w prywatnych rękach, często zagranicznych inwestorów. Odgórnie zaplanowane renowacje stały się powszechną zmorą lokatorów, którzy najpierw zmuszani są do mieszkania na „placu budowy”, a potem dostają rachunek za dokonane upiększenia w postaci podwyżki czynszów. W ostatnim czasie opłaty za mieszkania, w przeciwieństwie do zarobków, wzrosły błyskawicznie. Obecnie mieszkańcy Kreuzbergu wydają na czynsz średnio 40-50% swoich dochodów (podczas gdy w Monachium nie więcej niż 20-29%).

Umowy z mieszkańcami do niedawna licznych alternatywnych projektów mieszkaniowych są zrywane z byle powodu, jak drzwi na klatce schodowej (1) (rozwiązanie to było konieczne dla realizacji koncepcji domu: połączenie publicznej dostępności i organizacji wydarzeń społeczno-kulturalnych na dolnych piętrach, powierzchnia mieszkalna na wyższych). Squaty i polityczne „Hausprojekte” są systematycznie zastraszane i przeszukiwane przez policję, a mieszkańcy nie raz padają ofiarą policyjnych pałek. To ostatni przypadek ewakuowanego przez nieskromne siły porządkowe (włącznie z helikopterem) projektu Brunnenstrasse 183 oraz bardzo prawdopodobny scenariusz dla takich miejsc jak queerowo-anarchistyczne Liebig 34, czy Rigaer 94.

Do tego dochodzi prywatyzacja przestrzeni publicznej. Projekt Mediaspree – realizowana od lat dziewięćdziesiątych największa berlińska inwestycja, ma na celu zagospodarowanie całego nadrzecznego terenu wzdłuż Szprewy pod ogromne, nowoczesne budynki komunikacyjnych gigantów (między innymi O2, MTV, BASF, Universal Music, Toyota). Budowa nadrzecznych biurowców zagraża ważnym i symbolicznym inicjatywom, takim jak kultowy, reaggowy klub Yaam, czy queerowy Wagenplatz Schwarzer Kanal, organizujący masę wydarzeń kulturalnych i stanowiący schronienie przed wszelkimi formami dyskryminacji. Realizacja Mediaspree wymagała ponadto zniszczenia części East-Side-Gallery, najdłuższego istniejącego kawałka muru berlińskiego, w całości pokrytego graffiti. Budowa kompleksu została po części sfinansowana z publicznych środków: to przecież „projekt społecznego użytku”. Obywatelom wystawiono też rachunek za budowę całej infrastruktury koniecznej dla działania Mediaspree (ulice, mosty, oświetlenie). Publicznej przestrzeni zielonej wzdłuż Szprewy powoli można szukać ze świeczką.

Kolejnym sztandarowym przykładem obecnej transformacji Berlina są plany zagospodarowania zamkniętego w październiku 2008, położonego na południe od Kreuzbergu lotniska Tempelhof. Mimo masowego sprzeciwu mieszkańców (2) oraz alternatywnych projektów zagospodarowania Tempelhof jako przestrzeni publicznej, teren został sprzedany prywatnym firmom. Te zbudują na terenie gigantyczne, grodzone osiedle luksusowych apartamentów Columbia-Quartier. Na 10,6 hektarach przestrzeni powstanie 1500 „innowacyjnych, ekologicznych apartamentów”. Na sąsiadującym na wschodzie z Tempelhof 8,5 hektarach Schillerkiez zbudowane zostanie dalszych 1200 luksusowych mieszkań. W południowej części miasta, na granicy ubogich dzielnic Tempelhof, Neuköln i Kreuzberg powstanie ogromna przestrzeń dla bogaczy, chroniona płotem i kamerami przed obecnością pozostałych mieszkańców dzielnic.

Akumulacja – ewakuacja


W tekstach odnoszących się do realiów niemieckich, czy brytyjskich traktuje się najczęściej o „pionierach” (osobach które jako pierwsze zasiedlają pustostany i zniszczone budynki, zmieniając dzielnicę twórczą działalnością) oraz „gentryfikatorach”, będących konsumentami artystycznej i społecznej działalności tych pierwszych. Ich „wkładem” w okolicę są już głównie pieniądze. Trudno jednak wtłoczyć w wąskie socjologiczne kategorie przykładowo studentów, którzy – być może pierwotnie idealistyczni i bez specjalnych środków do życia, stają się z czasem nobliwymi pracownikami TVP, czy Gazety Wyborczej. Trudno też, aby przez „artystę” automatycznie rozumieć osobę krytyczną społecznie, która zastanawia się nad szerszym kontekstem otwarcia drogiej galerii na warszawskiej Pradze. Jednocześnie, pozostanie na poziomie analizy miejskiej fluktuacji warstw społecznych nie nasuwa jeszcze żadnej konstruktywnej odpowiedzi na pytanie, jak poradzić sobie ze zjawiskiem zwanym gentryfikacją (3).

Urbanizacja i transformacja struktury miejskiej jest wyrazem przemiany kapitalizmu i wynika z logiki systemu. Kapitał dąży do wiecznego pomnażania i akumulacji, stosując coraz to nowsze i bardziej kreatywne strategie. Każda faza kapitalizmu niesie ze sobą określone wyobrażenie miasta, w których system produkcji mógłby się idealnie realizować. Począwszy od ciasnego miasta przemysłowego, oferującego małe, brudne klitki robotnicze, miasto przejęło z czasem funkcję manifestacji klasowej władzy, a przy okazji imperialnej potęgi. Slumsy wypierane były stopniowo przez zastępy szerokich ulic zastawionych kamienicami. Ideałem miasta nowoczesnego stała się przestrzeń funkcjonalnie podzielona, w której klasa średnia znajduje dla siebie przytulny kącik na przedmieściach, robotnicy mniej przytulny kącik na blokowiskach, zaś centrum to miejsce poszkodowanych społecznie nieudaczników. To, w jakim kierunku zmieniają się współcześnie zachodnie miasta, związane jest stricte z neoliberalnym stadium kapitalizmu gruntownie przekształcającym społeczeństwa. Śródmieście zajmują nie masy robotnicze, a ludzie parający się szeroko pojętym handlem i usługami. „Od lat siedemdziesiątych rozpoczyna się ruch wsteczny w kierunku centrum, związany z nowym stylem życia opartym na dziale usług." (4) Centrum staje się przede wszystkim miejscem handlu i konsumpcji, a zarazem przestrzenną manifestacją społecznego uprzywilejowania. Obok siedzib koncernów, instytucji politycznych i luksusowych sklepów centralna część miasta oferować ma mieszkania dla społecznych elit.

Kluczowym elementem systemu neoliberalnego jest zarazem nowa forma globalnej organizacji pracy. Coraz ważniejszą rolę w produkcji bogactwa odgrywa międzynarodowy rynek finansowy. Miasta muszą konkurować o światowych inwestorów, a przestrzeń miejska jest świadomie kształtowana tak, aby obiecywała pewny zysk.  

Gdzie w tym wszystkim rola państwa?

Integralnym elementem neoliberalnego systemu kształtującego przestrzeń miejską jest polityka państwa. Akceptując kapitalizm jako taki, trudno oczekiwać radykalnych państwowych instrumentów hamujących procesy urynkawiania przestrzeni miejskiej. Gentryfikacja jest polityką państwową (tyle tylko że zamaskowaną pod pojęciem „rewitalizacji”), a postępujące procesy podwyższania rynkowej wartości centralnie położonych dzielnic przedstawiane są z dumą jako oficjalne sukcesy. „Urzędnicy, politycy i inni od lat próbują sprzedać Pragę jako dzielnicę, która zmienia się, w którą warto inwestować. Obraz rewitalizacji w dokumentach promujących ten pomysł brzmi nieźle: tu będziemy otwierać więcej miejsc kultury, będą inwestycje, będzie więcej miejsc pracy, będziemy remontować kamienice. A kto nie chce, aby jego stara, rozpadająca się kamienica nareszcie została wyremontowana? (…) Ale podstawą muszą być przystępne ceny lokali. Bez tego wielu mieszkańców Pragi nie będzie tu mogło zostać. Tworzy się błędne koło: im więcej atrakcji będzie na Pradze, tym więcej ludzie będą mogli zarobić na spekulacji nieruchomościami, na wynajmie mieszkań itd. Ceny pójdą w górę.”(5) Warunki mieszkalne się polepszą, ale to nie obecni mieszkańcy są tych zmian adresatem. Ludzie biedni, starsi, bezrobotni, słabo wykształceni stają się przeszkodą na drodze do rentowności i atrakcyjności dzielnicy.

Elementem polityki państwa musi być przystosowywanie się do nowych form zarządzania. Oznacza to masowe prywatyzowanie dóbr publicznych: budynków i spółdzielni mieszkaniowych, transportu, wody, prądu, bezpieczeństwa, edukacji, opieki... Tym samym to do zagranicznych koncernów zaczyna należeć regulowanie wysokości czynszów, decyzje o zagospodarowaniu budynków i wynajmie mieszkań. Prawo chroni właściciela, co pozbawia obywateli udziału w kształtowaniu ich najbliższego otoczenia. Dwa filary kapitalistycznego państwa: świętość prawa i prywatnej własności, stają się batem na gorzej usytuowanych społecznie i ekonomicznie, odbierając im możliwość samostanowienia.

Prawo do miasta – jak je egzekwować?

Wydaje się, że jakiekolwiek konstruktywne stanowisko w sprawie intratnej dla inwestorów rewitalizacji dzielnic mieszkalnych musi wykroczyć poza paradygmat obecnej polityki państwa socjaldemokratycznego, funkcjonującego w symbiozie z globalnym neoliberalizmem. Wymaga refleksji nad konsekwencjami systemu opartego na logice akumulacji kapitału, asekurowanej przez system prawny. „Gentryfikacja jest możliwa tylko w społeczeństwach, w których zaspokajanie potrzeb mieszkańców i ich udział w podziale dóbr i usług regulowane są przez rynek i mechanizmy konkurencji. W ten sposób elementarna potrzeba mieszkaniowa, związana ze społecznymi relacjami i strukturą miejską, natyka się na logikę finansowego zysku.”(6) Sztandarowym hasłem ruchu sprzeciwu wobec procesów gentryfikacji na berlińskim Kreuzbergu, czy w St. Pauli w Hamburgu stał się w związku z tym postulat „prawa do miasta”. Odgórnemu przekształcaniu miasta pod dyktando kapitalistycznych potrzeb przeciwstawia się demokratyczną kontrolę nad sposobem produkcji i nad dystrybucją zysku czerpanego z przestrzeni miejskiej. Logiczną taktyką wydaje się zarazem minimalizacja zysku (wartości dodatkowej) jako takiego, jednym słowem: antykonsumpcjonizm. Czym większy popyt na drogie kawiarnie i sklepy, tym więcej ich powstaje.

Wyegzekwowanie prawa do miasta może się powieść jedynie pod warunkiem samoorganizacji i kolektywnego sprzeciwu mieszkańców. Oznacza to świadome przeciwdziałanie tendencjom indywidualizującym i alienacyjnym, zdiagnozowanym wyżej jako ukryta strategia władzy. Pierwszym celem procesów gentryfikacyjnych będą zawsze lewicowe projekty mieszkaniowe, próbujące wypracowywać alternatywną formę kolektywnego życia i działania. Przykładem są trudności, jakie stwarza się projektom we Wrocławiu, Poznaniu, czy Warszawie. Domaganie się demokratycznego kształtowania przestrzeni miejskiej, bojkot konsumpcji i kultu pieniądza, nienadzorowana działalność polityczna, czyli to wszystko, o co chodzi w lewicowych projektach mieszkaniowych, nie może być na rękę polityczno – ekonomicznym elitom. Zachodzi więc mało zaskakująca prawidłowość, że to właśnie pierwotnie bezwartościowe budynki, zagospodarowane pod przestrzenie mieszkalne i zaangażowane społecznie projekty, jako pierwsze okazują się znajdować na obszarze intratnej przebudowy. Za jednym zamachem inwestorzy zarabiają, a polityczne elity neutralizują zbyt ciętego przeciwnika. Dlatego też walka o to, aby alternatywne projekty społeczno - mieszkaniowe nie zniknęły z mapy miasta, leży we wspólnym interesie mieszkańców. W miastach niemieckich walka przeciw gentryfikacji, przybierająca formy demonstracji, społecznych zamieszek, wywierania nacisku na władze miasta, czy squatingu – toczą się od wielu lat. W ten sposób oddolne inicjatywy blokują (lub przynajmniej - manifestując swoje interesy - próbują blokować) samowolę „uatrakcyjniania” dzielnic pod dyktando inwestorów. Póki co, polskie miasta zaliczają powtórkę z rozrywki na Zachodzie, tyle tylko że w przyspieszonym i pod wieloma względami bardziej ekstremalnym wariancie. Można odnieść wrażenie, że tempo i intensywność, z jakimi Polska włączyła się w wolny obieg światowego kapitału, nie pozostawił ani chwili na dynamiczny, oddolny rozwój przestrzeni miejskiej – spontaniczne zagospodarowywanie pustostanów, rozwój inicjatyw społecznych sprzeciwiających się prawu rynkowej opłacalności. Wygrywamy za to światowe konkursy na największe supermarkety i centra handlowe, a grodzone, strzeżone osiedla dla klasy średniej stały się rzadko poddawaną pod rozwagę normą. Najwyższy czas, aby i w Polsce mieszkańcy dopomnieli się o swoje „prawo do miasta”. Czas na refleksję, kto steruje procesami przemiany przestrzeni miejskiej i kto czerpie z nich zysk. „Lefebvre miał rację sądząc, że rewolucja będzie albo w pełnym znaczeniu tego słowa miejska, albo nie zdarzy się w ogóle.” (7) – podsumowuje swój manifest „Prawo do miasta” David Harvey.

Przypisy

1 Przypadek projektu Liebig 14
2 Inicjatywy „Tempelhof dla wszystkich” (www.tfa.blogsport), „Zagospodarowanie Tempelhof” (www.nachnutzung-thf.de) i „Czy zesquatowałeś już kiedyś lotnisko” (tempelhof.blogsport.de), - inicjator demonstracji, która 20 czerwca 2009 podjęła stłumioną przez policję próbę symbolicznego zajęcia lotniska.
3 Termin gentryfikacja pochodzi od angielskiego gentry (szlachta). Oznacza proces dążący do nobilitacji miejsca, nadania mu wysokiego statusu, a tym samym podwyższenia jego rynkowej wartości. W praktyce jest to adaptacja starych śródmieść przez nowo powstałą klasę średnią. Naturalnym elementem procesu jest wypieranie mieszkańców gorzej usytuowanych społecznie i ekonomicznie.
4 A. Holm, Die Vergesellschaftung der Stadt na portalu inicjatywy “Wir bleiben alle”: wba.blogsport.de
5 Rewitalizacja czy gentryfikacja?, Wolna Praga, No. 6, marzec 2009
6 What the fuck is Gentrification? na portalu inicjatywy “Wir bleiben alle”: wba.blogsport.de
7 D. Harvey, The right to the city na portalu inicjatywy “Wir bleiben alle”: wba.blogsport.de


Źródła informacji:


Wir bleiben alle!: wba.blogsport.de
A. Holm, Die Vergesellschaftung der Stadt, wba.blogsport.de
D. Harvey, Right to the city, wba.blogsport.de
MieterEcho. Zeitung der Berliner Mietergemeinschaft E.V., nr. 336, październik 2009 i nr. 337, grudzień 2009
Nie chcę się wyprowadzać – czekam na strajk czynszowy, www.lokatorzy.pl

Tego samego autora

Brak pasujących artykułów


Komentarze

0| 6 | wower2011-05-26 10:24
Gwoli wyjaśnienia, ani nie napisałem tego artykułu, ani żadnego innego na tej stronie, ani nie kleje plakatów, więc zwracanie się w liczbie mnogiej do mnie nie ma głębszego sensu.

Ależ oczywiście masz rację, gentryfikacja w Poznaniu przebiega inaczej niż w Berlinie, generalnie procesy przebiegające szybciej można łatwiej zauważyć niż, te które trwają bardzo długo. Faktem jest natomiast, że jeszcze w latach 90. 80 m. mieszkanie na Łazarzu czy na Wildzie kosztowało tyle, co niespełna 40 m. w blokowisku na Winogradach, podobna zależność była jeśli chodzi o czynsze, teraz trend dąży w przeciwnym kierunku. Po prostu nie załapałeś się na pierwszą fazę tego procesu, jesteś więc zarazem jego uczestnikiem, jak i ofiarą. Proces ten nie przebiega tak szybko, z prostej przyczyny - wbrew propagandzie, mało jest osób, które są na tyle bogate by móc ten trend przyspieszyć - no wybacz jeżeli prawie 70% Polaków zarabia poniżej 2 tys. brutto, a za klasę średnią uchodzi ktoś kto zarabia trochę powyżej tej kwoty... no cóż polska "klasa średnia" w takim Berlinie to są właśnie ludzie, padający ofiarami procesu gentryfikacji w jego pierwsze fazie. Na razie ludzie ze "zdolnością kredytową" wypierają tych którzy w banku mogą założyć sobie tylko konto. Cytując klasyka jest to "gentryfikacja na miarę naszych możliwości"...

Co do dużej roli władz miasta (i państwa), w tym procesie już pisałem, co do wpływu na jego kształt - no cóż, w Egipcie jeszcze w październiku nikt nie spodziewał się że Mubarak, odjedzie ze stanowiska inaczej niż przez naturalny zgon, pod koniec lat 70. w Polsce, cała opozycja zmieściła by się w twoim mieszkaniu, jak mawiają "Największy błąd popełnia ten, kto myśląc, że może zrobić niewiele nie robi nic"
0| 5 | Andrzej2011-05-25 12:15
Przecież ja nie neguję tego, że opisane w Waszych artykułach procesy nie zachodzą w tej chwili - zgadzam się po części z opisanym w powyższym artykule mechanizmem. Tyle, że nie widzę w naturalnej migracji mieszkańców niczego złego. Klasa średnia, która, jakby nie patrzeć, stanowi większość społeczeństwa, opisana jest tu bezzasadnie pogardliwie, a to właśnie ona moim zdaniem jest zdolna wpłynąć na rewitalizację zaniedbanych dzielnic.

Ja wybrałem Łazarz jako miejsce, gdzie będę mieszkał, bo rzeczywiście lubię tę dzielnicę i lubię miasto, a w świetle artykułu powinienem mieć wyrzuty sumienia i skoro pracuję i nie przymieram głodem, to muszę kupić dom pod miastem w getcie dla bogaczy (nie lubię domów i nawet gdybym lubił, to na dom nie byłoby mnie stać). Nie kupiłem apartamentu w zrewitalizowane j kamienicy w wykwaterowanymi lokatorami tylko zająłem mieszkanie do remontu po małżeństwie, które wyniosło się pod miasto. Nie zamieniłem domku z american dream na trendy dzielnicę, tylko po wielu latach wynajmowania mieszkań w całym Poznaniu udało mi się wziąć kredyt. Mieszkanie kosztowało tyle, co podobne mieszkania na Ratajach, Piątkowie, Jeżycach czy Wildzie, nie zgadzam się więc, że stare dzielnice są tańsze. Mając do wyboru markety i lokalne sklepy i punkty usługowe wybieram te drugie, a czasami piję kawę w „przemiłych (ale jakich drogich!) kawiarenkach", podobnie jak widuję rozbratowców w Mięsnej, w której piwo pije się miło, "ale jakie drogie!" (zresztą w lokalnym pubiku na Łazarzu jest złotówkę tańsze, a w drogich knajpach na rynku złotówkę droższe). Wraz z poprzednimi właścicielami ubyły z miasta dwa samochody, a z nami przybyły dwa rowery.
Uderzyło mnie to, że jestem antybohaterem tego artykułu, a zupełnie nie w tym leży problem. Artykuł dotyczy Berlina, może tam taki mechanizm ma przełożenie, ale nie ma związku z Poznaniem. Stare dzielnice nie są i nie były tańsze od nowszych (oczywiście nie mówię o okolicach uchodzących za ekskluzywne). Mieszkańcy tych dzielnic to nie tylko biedni. Nie dzielą się dodatkowo tylko na tubylców i przybyłych z "grzecznych, wypucowanych okolic" (ja nie przybyłem znikąd, bo nie pochodzę z Poznania). Zupełną nieprawdą jest, że "ci, którzy mogą sobie finansowo pozwolić na świadomy wybór miejsca zamieszkania, zbiorowo chcą się przeprowadzać do fajnych dzielnic", bo trend jest zupełnie odwrotny, większość tych, którzy mogą sobie kupić mieszkanie, wyjeżdżają właśnie w przeciwnym kierunku, a Poznań w granicach miasta stracił przez ostatnie 20 lat czterdzieści tysięcy mieszkańców. Wystarczy spojrzeć, ile pustostanów pojawiło się w centrum i to niekoniecznie z powodu wysokich czynszów, a raczej z chęci wyniesienia się z centrum.
Mam wrażenie, że to właśnie autorka patrzy na tych niezamożnych mieszkańców starych dzielnic jak na Indian, których należy zamknąć w rezerwacie. Ja po przeprowadzce do starej dzielnicy nie widziałem nigdy tej ich barwnej egzotyki, którą mogę zniszczyć, bo to tacy sami ludzie jak ja.
Autorka dzieli mieszkańców miasta tylko na trzy kategorie: biednych, nieświadomych, bezwolnych, którzy muszą się wynieść po podwyżce czynszu; tych których stać na mieszkanie - zepsutych, sztucznych, ociekających bogactwem, którym się w [cenzura] poprzewracało; i podobnych jej, przenikliwych, którzy prześwietlili tajne mechanizmy i mogą ratować te biedne stworzenia z pierwszej grupy przed bestiami z drugiej. A świat nie jest czarno-biały; ja dużo pracuję, mam zdolność kredytową, kupuję więc mieszkanie w powojennej kamienicy z kredytem na całe życie i nie czuję, że mam cokolwiek z nowobogackimi wspólnego.

Natomiast ogromne niebezpieczeńst wo leży w czym innym. Spójrz, że gentryfikacja Śródki i Łazarza to wynik wyłącznie działalności rewitalizacyjne j władz miasta, dla których pomiędzy tymi dwoma pojęciami zazwyczaj stawiany jest znak równości. O ile jeszcze na Śródce próbowano wyjść do mieszkańców, to rewitalizacja Łazarza to najczystsza gentryfikacja (zresztą podniesienie cen mieszkań i czynszów było jednym z założeń tych działań). Mogę naliczyć ponad dziesięć wielkich kamienic na terenie Johow Gelande które zostały w gentryfikacyjny sposób wysiedlone na apartamenty, a instrumenty ku temu dało deweloperom miasto swoim programem rewitalizacji. Deweloperzy zawsze będą dążyć do maksymalizacji zysku, takie są założenia gospodarki wolnorynkowej, problemem są niesłychanie wąskie horyzonty władz miejskich, które nie widzą celu w przeciwdziałani u wolnej amerykance deweloperów. To władze niszczą miasto na wszelakie sposoby (może często nawet w dobrej wierze, tylko są po prostu głupi), wpychając kolejne centra handlowe do miasta, nie dążąc do rozbudowy alternatywnej dla samochodów infrastruktury transportowej, nie mogąc poradzić sobie z planami zagospodarowani a przestrzennego, nie dbając o tworzenie jakiejkolwiek infrastruktury na terenach anektowanych przez deweloperów, wyprzedawając publiczne przestrzenie, nie dbając o publiczne przedszkola, mieszkania komunalne, nie mając żadnej wizji miasta, a nawet idąc na zawoalowane korupcyjne układy z deweloperami. Władze mają amerykańskie podejście do miasta, jako przestrzeni gdzie się powinno pracować, spać i kupować. Ja nie widzę w tym momencie możliwości wpłynięcia na miasto, bo większość urzędników jest tam po prostu zaściankowych, a prezydent Grobelny nawet gdyby zobaczył któryś z Waszych plakatów, to by go nie zrozumiał. Dlatego zgadzam się, że budownictwo komunalne i wszystko o czym piszesz byłoby dobrym rozwiązaniem, tyle, że ja w ogóle nie biorę go pod uwagę, bo żaden polityk poznański nie zwraca na takie sprawy uwagi i myśli, że zapewnienie większości mieszkańców chleba i igrzysk wystarczy do doskonałego funkcjonowania miasta.
A przynajmniej w Poznaniu artyści mogą sobie stawiać kontenerarty, malować murale, klasa średnia niech się sprowadza, bo miasto pustoszeje, a takie czynniki tu nie wpłyną znacząco na czynsze. Żeby tutaj dało się zaobserwować mechanizm z artykułu, musiałoby być więcej bogatych chętnych do powrotu do miasta, i musiałby się odwrócić najpierw trend urban sprawl.
Takie działania jak masowe robienie apartamentowców z kamienic łazarskich uderzają w najbiedniejszyc h mieszkańców, bezpośrednio wysiedleniem, pośrednio podwyżką czynszów. Natomiast przy założeniu braku zapaści gospodarczych w Polsce i stabilnym wzroście stare dzielnice będą powoli zyskiwać na wartości tak czy siak, za czym pójdzie podwyżka czynszów, bo to w końcu centrum lub najbliższe okolice centrum miasta. Chodzi o to, żeby proces był łagodny dla mieszkańców, o co powinno zadbać głównie miasto, a na co nie liczę.
0| 4 | wower2011-05-25 08:38
Ale jak już pisałem, fakt że ty tutaj napiszesz, że jesteś czemuś przeciwny, nie znaczy że to się nie odbywa w tej chwili. Twój przykład z blokowiskami, jest trochę chybiony, bo co prawda nie są one jeszcze tak jednolite społecznie, co jest spadkiem PRLu, ale po pierwsze ujednolicanie (w dół) cały czas trwa i spowalnia je jedynie fakt, że mieszkania są w Polsce tak absurdalnie drogie, że na zakup nowego stać jedynie naprawdę bogatych.

Poza prywatną inicjatywą deweloperów, istnieje jeszcze np. budownictwo komunalne czy spółdzielcze. Remont zamieszkanej kamienicy może także wyglądać różnie, może być nastawiony na lokatora z wielką kasą (łączenie mieszkań, drogie materiały itp.), albo na potrzeby mieszkańców (wymiana instalacji, ocieplenie itd.). Na to wszystko ma wpływ polityka miasta i państwa: wsparcie i preferowanie inicjatywy spółdzielczej, nad prywatną, preferencyjne, zabezpieczone kredyty na remonty, z obostrzeniami dot. wysokości czynszów czy wysiedlania lokatorów, budownictwo komunalne (nie mylić z socjalnym). Natomiast w wypadku gdy polityka ta idzie w dokładnie odwrotnym kierunku, to dlaczego się dziwisz, że ludzie bezwzględnie zwalczają każdą zmianę - w warunkach takiej,a nie innej polityki, każda zmiana in plus oznacza wysiedlanie lokatorów, a w polskich warunkach skazuje na bezdomność. Akurat przykład Łazarza jest tu dobry, mam tam znajomych i rodzinę, w ciągu kilku lat narosło tam zjawisko "dogęszcznia" mieszkań, lokatorzy nie mogąc znieść wzrostów kosztów mieszkania wyprowadzają się do sąsiadów i gnieżdżą się w dwie rodziny w jednym mieszkaniu, a na ich miejsce wchodzą biura lub apartamenty dla bogatszych.

Zmiany w dzielnicy mogą być pozytywne, ale wymagało by to całościowej zmiany polityki państwa i miasta, o co zdaje się akurat działacze grup związanych z Rozbratem walczą, natomiast bez niej pozostaje walczyć o swoje interesy, bo mimo wszystko lepiej jest mieszkać o odrapanej kamienicy niż pod mostem...
0| 3 | Andrzej2011-05-24 10:51
Zgadzam się z tym, że nie należy szykanować i usuwać z dzielnic obecnych mieszkańców przez windowanie czynszów, jestem również przeciwny eksmisji lokatorów z miejskich kamienic w celu zrobienia z nich ekskluzywnych apartamentów, jednak Twoja wizja miasta w stylu "lewicowca o wąskich horyzontach" nie zakłada tego, że bez zupełnego napływu kapitału i pewnych elementów gentryfikacji te stare dzielnice staną się (lub w niektórych miejscach już się stały) po prostu slumsami, a ponadstuletnie kamienice zaczną się walić jedna po drugiej. To co dzieje się w tej chwili na Górnym Łazarzu ma wiele elementów jawnej gentryfikacji (zresztą już w założeniu projektantów planu rewitalizacji), ale (bez wpuszczenia deweloperów) jaką widzisz alternatywę dla tej dzielnicy, w której cenne kamienice nie były remontowane od budowy i zostały zapuszczone przez czterdzieści lat komunistycznej polityki socjalnej? Skazać ją na śmierć?
W którymś z artykułów zarzuca się że na sławie "złodziejskiej dzielnicy" Chwaliszewa chce się zrobić enklawę bogatych i zabić jej charakter. Może odwracając kota ogonem - pozostając przy przykładzie Górnego Łazarza - należałoby usunąć wszelkich ubogich i zgentryfikować ją do cna, żeby ocalić jej charakter ekskluzywnej dzielnicy urzędników, prawników i lekarzy, jaką była w I połowie XX wieku?
Spójrz na przykład blokowisk, które w Polsce nie są gettami biedoty jak na zachodzie. Mieszka w nich pełen przekrój społeczeństwa, od biednych do zamożnych, robotnicy, inteligencja, pewnie też biznesmeni. I właśnie taka mieszanina stanowi miasto, bo bezrobotny popatrzy na sąsiada z "klasy średniej", który zajmuje takie samo mieszkanie i może postanowi bardziej aktywnie poszukać pracy; bo ktoś o ksenofobicznych poglądach zobaczy, że sąsiad nie mówi dobrze po Polsku, a jednak jest miły; bo ktoś rozjeżdżający codziennie miasto samochodem zobaczy, że sąsiad dojeżdża do pracy rowerem i wsiądzie na swój, a mieszkając w zamkniętym osiedlu domków jednorodzinnych , gdzie nawet po papierosy jedzie się samochodem, nigdy nie przyjdzie mu do głowy; bo alkoholik pod presją zróżnicowanej struktury społecznej sąsiadów przestanie szczać na klatce, a w kamienicy, w której ma kilku takich kumpli i szczają razem, nie przestanie. W mojej, jak to nazywasz "otwartej drobnomieszczań skiej" (co jest zresztą oksymoronem) wizji miasta maksymalne wymieszanie struktury społecznej prowadzi do większej otwartości i większego prawdopodobieńs twa nauki - w gettach, czy to biedy, czy bogactwa panuje taka sama stagnacja prowadząca dzielnice po równi pochyłej do śmierci. Dlatego w gruncie rzeczy nie widzę wielkiej tragedii w tym, że ktoś biedniejszy wyniesie się z kamienicy z piecem na Jeżycach do bloku z CO na Ratajach, a ktoś bardziej majętny z bloku na Ratajach do mieszkania w kamienicy i gruntownie je wyremontuje. Natomiast jestem przeciwny polityce miasta wysiedleń do baraków i sprzedaży miejskich kamienic.
Co do gentryfikacji Chwaliszewa - to chyba najbardziej zdegradowana dzielnica w Poznaniu, w jaki więc sposób ucywilizować ją, nie sprowadzając tam deweloperów do zabudowany ogromnych połaci pustych działek? Napływu kapitału na Chwaliszewo nie da się i nie powinno się zatrzymywać, należałoby raczej uczyć mieszkańców, jak mogą się organizować, by walczyć o swoje prawa z bezwzględnymi deweloperami. A tak naprawdę konflikt pomiędzy mieszkańcami (mającymi swoje prawa, ale blokującymi często rozwój miasta) a deweloperami (wpływającymi na rozwój, ale często bezwzględnie niszczącymi to, co zastali) powinno łagodzić miasto, które oczywiście staje prawie zawsze po stronie silniejszych.
Tak czy inaczej, jestem pod pozytywnym wrażeniem ilości artykułów o gentryfikacji i powagi podejścia do problemu, mam jednak wrażenie, że niektórzy z autorów (tak jak i Ty w komentarzu) momentami padają ofiarą własnej ideowej ksenofobii. A szkoda, bo wiele obserwacji jest trafnych i dla wielu na pewno odkrywczych, jednak zamiast dotrzeć do innych z dyskusją, mam wrażenie, że jest ona skierowana jednak głównie do tych, którzy myślą identycznie, a więc bezcelowa. Tak jest też niestety z rozwieszanymi plakatami, które choć ciekawe estetycznie, są dla większości przechodniów (niezorientowan ych w anarchistycznyc h tematach) niezrozumiałe - przypomina mi to przykład KontenerArtu - w założeniu otwarty do społeczeństwa, a jednak odwrócony plecami.
0| 2 | wower2011-05-19 15:53
Tyle, że od napisania, że coś "powinno" tak wyglądać, nie koniecznie tak to będzie wyglądać. Autorka nie snuje teorii, tylko opisuje proces jaki zachodzi, obojętnie czy się on komuś podoba czy nie. Ten proces trwa, i powoduje (szczególnie w Polsce) tragedie ludzkie. Nie każda rewitalizacja prowadzi do gentryfikacji, tylko tak która z góry projektuje infrastrukturę przeznaczoną dla mieszkańców o wyższych dochodach, a nie jest nastawiona przede wszystkim na zaspokojenie potrzeb obecnych mieszkańców. Taka rewitalizacja może nie uczyni miasta "ciekawszy" w stylu "otwartego drobnomieszczan ina" jaki prezentujesz, ale pozwoli ludziom normalnie żyć. Natomiast co do gentryfikacji "spontanicznej" to przeczytaj np. to:
http://www.rozbrat.org/kultura/przestrzen/2075-artysto-nie-gentryfikuj

Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian